cz. 21
Święta
wielkanocne minęły mi jak zwykle w samotności. Znaczy względnej, bo dzieliłem
się jajkiem ze swoimi sąsiadami i Teofilem, który zeżarł mi połowę pokarmów z
koszyczka.
Tak
czy inaczej dziś miałem na późniejszą godzinę jednak to wcale nie zmieniało
faktu, iż będę zmuszony siedzieć do późna jako opiekun balu karnawałowego.
Znaczy karnawałowego – był by karnawałowy gdyby nie nagły remont i zwiane z nim
opóźnienia. W chwili obecnej nazywał się on po prostu balem przebierańców.
- Cudownie, czyż nie? - szepnąłem, pakując
swój strój.
Tak,
w naszej placówce istnieje dość głupia tradycja polegająca na przebieraniu się
również i opiekunów balu.
Ciekawe
za co przebierze się reszta? - przemknęło mi przez myśl, gdy zapinałem kieszeń
z drugim śniadaniem.
Za
chwilę do torby wrzuciłam też pudełko tabletek od Waltera.
Od
pamiętnego dnia pocałunku (znaczy dla mnie pamiętnego) po każdej lekcji ze
Stern'em miałem mokre sny. Nie ważne ilu tabletek się nałykałem pościel i tak
była do prania.
Pięknie
prawda?
W
tym tygodniu już trzeci raz rozwieszałem prześcieradło.
Jak
tak dalej pójdzie to przestanę się wyrabiać z dokupywaniem proszku –
pomyślałem, zmykając drzwi od domu.
Niedługo
potem parkowałem już przed gmachem szkoły, który bielał w słońcu wiosennego
dnia.
Mimo
drobnych problemów, Rosjanie dość ładnie odnowili nam elewacje.
Wszedłem
do środka, zabrałem dziennik i ruszyłem do kantorka.
- Kurczę, muszę skserować testy – jęknąłem,
dowiadując się, że dziś szósta F ma napisać sprawdzian z EDB.
Na
szczęście Kate udostępniła mi swoje wersje testu i nie musiałem tego siajstwa
jeszcze szukać na internecie.
Zszedłem
więc na dół do biblioteki i zająłem się kserowaniem pytań na jednej z wolnych
drukarek.
- Co tam Pedro? - usłyszałem głos naszej
bibliotekarki pani Witch.
- A nic, sprawdziany drukuję – uśmiechnąłem
się do niej przyjaźnie, dokładając papieru.
- W takim razie nie przeszkadzam – kobieta
podrapała się po nienaturalnie długim nosie, po czym zajęła się czytaniem
jakiejś książki z narysowanym wielkim, czarnym kotłem.
Jak
ona nie jest wiedźmą to mi się podobają kobiety – pomyślałem, odbierając
kolejny plik zapisanych kartek.
Niedługo
potem byłem gotowy na spotkanie z tymi bachorami. Wszedłem pewny siebie do
klasy i zacząłem rozdawać tym baranom test.
- Podpiszcie się, napiszcie datę oraz numer
klasy. A, i pamiętajcie poprawne odpowiedzi zaznaczamy ptaszkiem.
- A jak ktoś nie ma ptaszka to można
długopisem? - spytała Jessica.
A
jak ktoś nie ma mózgu to może myśleć dupą – pomyślałem, podchodząc do blondyny.
Klasa
wybuchła śmiechem.
- Zamieniam zdanie, poprawne odpowiedzi
zakreślacie kółkiem, a panna Peppersalt dodatkowo zamalowuje tuszem.
- A można tym do powiek...
- Nie!
***
Wróciłem
do Kate z pełnym naręczem kartek.
Cholera,
jak raz musiała przyjść cała ta ich zawszona klasa – zgrzytnąłem zębami, odkładając
trzydzieści sprawdzianów na dno torby – przynajmniej będę miał co robić w domu
– pomyślałem, wyjmując sok.
- Hej Pedro, co tam? - spytała rudowłosa,
zerkając mi przez ramię.
- Praca – mruknąłem – wzięłaś kostium?
- Ależ oczywiście – wyszczerzyła się rudowłosa
– Nie zgadniesz za co się przebiorę – powiedziała dumna z siebie.
- No jak mi nie dasz żadnej wskazówki to nie
zgadnę.
- Za najgorętszą postać z bajki jaka
kiedykolwiek istniała.
- Znaczy za Hadesa?
- Tak. Co? Nie! No co ty? Za Jessicę Rabbit –
wyciągnęła rubinową suknię – widzisz?
- Uhum – kiwnąłem głową, szykując swój
kostium.
- A ty za co się przebierasz? Znów wampir?
- Nie, tym razem coś bardziej przyziemnego dla
odmiany...
- Super – przerwała mi Karter – Ej, pomożesz mi
pociąć karteczki na głosowanie?
- Jakie głosowanie?
- Chłopaki chcą zmiany kapitana.
- O, nie wiedziałem – udałem zdziwienie, chodź
wcale mnie to nie zaskoczyło biorąc pod uwagę zachowanie Noah'a na ostatnim
turnieju – A kiedy to głosowanie? - spytałem, biorąc drugą parę nożyczek i
czystą kartkę.
- Za godzinę na długiej przerwie – odparła
ruda, składając wycięte kartki na pół.
- A wyniki na korku?
- Dokładnie. Jak myślisz kto wygra?
- Mam swojego faworyta – uśmiechnąłem się
kącikami ust, myśląc o pewnym czekoladowookim szatynie.
***
Po
godzinie użerania się z tapeciarami z 5 C miałem szczerze po kokardkę kobiet
jak na jeden zawszony dzień. Nie dość, że nie dały mi sprawdzać testów to
jeszcze myliły się w liczeniu punktów.
Ale
to jeszcze nie było takie złe istna apokalipsa zaczęła się gdy jedna z nich
złamała paznokieć.
Ja
rozumiem, że stadne ojojanie zmniejsza ból, ale nie przez pół godziny!
- Co się tak trzymasz za głowę? Migrena? -
spytała Pointer, mijając mnie na korytarzu.
- Piszcząca 5 C - westchnąłem.
- To może idź do Ruth po jakiś Ibuprom, chyba
że wolisz moją sulpadeinę.
- A co to?
- Taki lek przeciwbólowy, dużo mocniejszy od
tych zwykłych.
Mając
przed oczami wizję marudzącej pielęgniarki oraz w perspektywie otrzymanie
jedynie jakiejś bezwartościowej rady uznałem, że wole skorzystać z pomocy
Irene.
- Cokolwiek - jęknąłem.
- W takim razie chodź - skinęła na mnie,
znikając na schodach.
Poszedłem
do jej pracowni, cały czas masując obolałe skronie.
W
sali nie zastaliśmy nikogo prócz porozstawianych tu i ówdzie preparatów z
alkoholem lub formaliną.
Czarnowłosa nalała mi wody do swojego kubka po
kawie, po czym wrzuciła jakąś musującą tabletkę.
- Zaraz powinno się rozpuścić - powiedziała,
podchodząc do nerki - ale lepiej byś to potem popił - dodała, otwierając
rzeźbę, w której wnętrzu znajdowały się butelki z...
- Samogon?
- Własnej produkcji - odkorkowała butelkę
zębami
Teraz
już wiem czemu ta cholerna rzeźba była aż tak ciężka, niosłem konia, a
właściwie nerkę trojańską.
- Dwa łyki, sulpadeina i znów dwa, bo inaczej
zwymiotujesz.
Nie
bylem przekonany co do tego rodzaju kuracji, jednak jak już się powiedziało A
to trzeba powiedzieć i B... - sięgnąłem po butelkę.
- Z czego to to jest!? - syknąłem, czując
płomienie w gardle.
- Na jabłkach pędzony, teraz szybko wypijaj
lekarstwo - podsunęła mi szklankę.
Pierwszy
łyk był straszny, zupełnie jakbym pił jakiś wywar z gorzkich orzechów,
smażonych na starym, plastikowym oleju i zjełczałym maśle.
Rany
boskie jakie to było obrzydliwe - pomyślałem tuż przed tym jak poczułem, że
żołądek wywraca mi się na druga stronę.
- Nie myśl. Pij - nakazała brunetka,
pociągając dwa łyki z otwartej flaszki.
Po
chwili odstawiłem kubek na bok i odebrałem biologicy bimber.
- No, no, no, nie tyle, bo mi się upijesz –
zachichotała, zabierając mi samogon.
- Okropieństwo - jęknąłem.
- Ale za to już głowa nie boli, prawda?
Odruchowo
dotknąłem skroni i faktycznie migrena minęła jak ręką odjął.
- Dzięki – mruknąłem, opuszczając królestwo Pointer.
Ile
to trzeba mieć szczęścia, aby zaraz po kuracji u Irene napatoczyć się na pana
dyrektora.
- O! Pedro, tu jesteś - ucieszył się Oliver.
- Uhum - nieuśmiechaniem się z zażenowaniem
strając się oddychać nie w jego stronę.
- Jest pewna sprawa. Zastąpisz po balu Amber w
świetlicy.
- Ja!? Ale czumu!?
- Bo jedzie do lekarza, a ty dziś jesteś od
dopiero trzeciej lekcji.
- Ale...
Nagle
zobaczyłem jak Macmillan zaczyna mocniej węszyć.
- Ależ oczywiście panie dyrektorze –
powiedziałem szybko się od niego odsuwając - To ja lecę się przygotować na
następne zajęcia... - rzuciłem, wbiegając na schody.
Jasna
cholera, blisko było!
***
Jeszcze
tylko dwie lekcje, potem trzy godziny balu, potem do dwudziestej świetlica i
będę wolny – myślałem podliczając głosy.
- No i? Nie pomyliłam się? - spytała Kate,
kręcąc się na krześle.
- Na razie wynika, że nie. Jest osiem głosów
na Stern'a i tylko trzy na Proudson'a.
- Czyli mamy nowego kapitana! - ucieszyła się
ruda, pisząc wielkimi czerwonymi literami, że nowym liderem Proud Lions zostaje
Daniel Stern - powiesisz na dole? - spytała, bo ja się muszę wiesz...
przygotować – potrząsnęła sukienką.
- Kate, to dopiero za dwie godziny.
- Ale muszę się umalować, wiesz znaleźć tusze
w torebce, dobrać kolor szminki, zastosować odpowiednie pudry...
- No już dobra, dobra, wywieszę –
skapitulowałem, nie chcąc słyszeć nic więcej na temat jej kosmetyków.
Akurat
trwała przerwa obiadowa. Podszedłem do głównej tablicy i począłem szukać
jakiejś wolnej szpilki, aby przypiąć Karter'owe orędzie.
- Kurcze, jak potrzeba to nigdy nie ma, a jak
człek siada to zawsze ktoś podłoży – mruczałem, zaglądając do dziur w
niewymienianej od zeszłego stulecia podłodze.
Nagle
dostrzegłem jeden ze srebrzystych pręcików. Szybko spróbowałem podważyć go
paznokciem jednak to niewiele dało. Za to wpadłem na pomysł by podważyć jedną
szpilkę inną. Wyjąłem z tablicy taką, która przytwierdzała plakat odnośnie
nowej daty balu karnawałowego i jakoś wydłubałem drugą pineskę, po czym
przyczepiłem nową informację.
- Gotowe – uśmiechnąłem się i zerknąłem na
zastępstwa – Co!? Znów 6F czy ktoś chce mnie tutaj wykończyć!?
***
Jest!
Przeżyłem! – pomyślałem, z radością zamykając drzwi sali gimnastycznej – i
nawet nie mam tym razem guza – uśmiechnąłem się, chowając klucze do kieszeni.
Odwróciłem
się w stronę kantorka i mój dobry humor diabli wzięli.
Daniel
właśnie obwieszczał Jessice radosną nowinę, a poropo swojego awansu w drużynie,
a ta go całowała w czasie gdy mijała ich klasa jej byłego chłopaka.
Coś
czuję, że nie tylko mi się ta sytuacja nie podoba – przemknęło mi przez myśl,
gdy przechodziłem obok nich na korytarzu.
- Pedro! Nie wiem który cień wybrać! -
wyskoczyła na mnie Karter – Pomocy!
- Jestem masażystą nie makijażystą –
stwierdziłam, odwieszając klucze na kołek.
- Ale no po prostu powiedz który lepszy! -
wyciągnęła w moim kierunku dwa identyczne pudełeczka z jakimś niebieskim
proszkiem oraz telefon z wizerunkiem postaci – No i? - zapytała z przejęciem.
- Bo ja wiem... - zerknąłem na zegarek od
Stern'a.
Kurcze
do balu zostało mało czasu – skrzywiłem się.
- Ja bym wziął ten z lewej.
- Czemu?
No
super...
- Bo widzisz... - myśl Pedro, myśl! - wydaje
mi się, że jest jaśniejszy, a jej powieki jakby połyskują więc...
- Dzięki! - cmoknęła mnie w policzek i
poleciała do lusterka się umalować.
Westchnąłem
i wydobyłem swój kostium. W prawdzie miałem mieć jeszcze jedną lekcję ale
wolałem sobie przebranie łącznie z maską na spokojnie przygotować, aby nie
robić wszystkiego na ostatnią chwilę tuż przed balem.
Nagle
zadzwonił dzwonek. Na Kate czekała siódma A, a na mnie czwarta B z ich
nadmiernym entuzjazmem.
***
Wychodząc
spocony i zmęczony po zajęciach, ruszyłem do kantorka, aby coś przekąsić przed
dyskoteką.
Wyciągnąłem
kanapkę i zacząłem ją jeść obserwując wysiłki Karter w zakładaniu rajstop.
Wyglądało to co najmniej ciekawie biorąc pod uwagę jakie figury przy tym robiła
stękając jakby wykonywała jakąś ciężką pracę.
Po
posiłku poszedłem pod nasz służbowy prysznic w nauczycielskiej łazience.
- Znów nie ma mydła – zgrzytnąłem zębami
rozglądając się po pomieszczeniu.
Na
szczęście tak rzadko tu z Kate bywamy, że w dispenserze zaczepionym tuż przy
umywalce znajdowało się nieco pomarańczowego płynu.
- Teraz się tylko nie wyrąbać – szepnąłem,
stając bosą stopą na lodowatej podłodze.
Zdążyłem
powiedzieć i się radośnie poślizgnąłem, trafiając głową w czyściutką, białą
powierzchnię umywalki.
Po
łazience rozszedł się syk ból bólu. Przez moment siedziałem patrząc na beżowe
kafelki i trzymając się za czoło.
I
to by było na tyle jeśli chodzi o dzień bez guzów – pomyślałem, z trudem
podnosząc się do pozycji siedzącej i biorąc mydło.
Za
chwilę dokończyłem kąpiel i zacząłem się jako tako ubierać byle dojść do
kantorka.
Wychodząc
z łazienki zobaczyłem kątem oka zbiegającego po schodach jakiegoś ucznia o
blond włosach.
- Pewnie zapomniał czegoś z szatyni –
westchnąłem, wchodząc do Kate – no i jak tam rajstopki? - zapytałem nieco
złośliwie, biorąc się za zakładanie własnego kostiumu.
- Super – mruknęła wpychając sobie w cycki
telefon – tylko nie umiem założyć gorsetu.
- Na kij ci gorset? - spytałem, zakładając
policyjny mundur.
- Sukienka wymaga – stwierdziła – błagam
pomóż.
Westchnąłem
i z niedopiętymi spodniami zabrałem się za walkę z gorsetem.
Jak
dobrze, że Janet też miała gorset na studniówce i widziałem jak ją Tom ubiera,
bo inaczej nie miałbym zielonego pojęcia od czego zacząć.
- Złap się biurka i pochyl – powiedziałem,
zakładając jej to cholerstwo na talię.
- No dobra – wykonała polecenie, a ja zabrałem
się za sznurowadła.
- O rany Pedro... Och...
- Mocniej? - spytałem usłużnie.
- Tak! Jeszcze... Och... tak prawie
idealnie... - jęczała Karter.
- Co tu się wyprawia!? - do kantorka wparował
nagle Jafar z bajki o Alladynie.
- Och! - pisnęła wystraszona Ruda.
- Gorset wiążemy zboczeńcu, a ty co myślałeś?
- warknąłem na Terry'ego.
- Doprawdy góro mięcha z niedopiętym
rozporkiem? - wskazał laską na moje spodnie.
Zaraz
mu normalnie jebnę – pomyślałem - niech no tylko skończę z Kate.
Po
drobnej sprzeczce w pełni ubrani ruszyliśmy na salę gimnastyczną
- Strasznie długo was nie było, a dzieciaki
już się schodzą – przywitała nas Cruella De Mon.
- Wybacz Irene, byli byśmy szybciej gdyby nie
pewni dwaj idioci – zachichotała ruda, potrząsając biustem.
- Uważaj, bo ci wyskoczy – warknęła Pointer,
wchodząc na salę gdzie facet od muzyki przebrany za satanistę puszczał jakąś
ostrą muzę.
- Ej, Luci za co się przebrałeś? - podbiegła
do niego Kate.
- Nie przebrałem się, nie miałem czasu –
odparł Lucius, przełączając na inny tryb kule dyskotekową.
Tymczasem
w sali przybywało uczniów, więc ja aby nie przeszkadzać, stanąłem sobie
grzecznie pod koszem i obserwowałem gibiące się na parkiecie dzieciaki.
W
sumie naliczyłem chyba z osiemnaście księżniczek, osiem wróżek i pięć Lar
Croft.
Słabo
się kobity postarały w tym roku – pomyślałem, przechodząc ze swoimi strojowymi
statystykami na chłopców.
Tu
było większe urozmaicenie, no i oczywiście ciekawsze rzeczy do oglądania ( ͡° ͜ʖ
͡° )
Pierwsze
co mi się rzuciło w oczy to wielkie, tekturowe skrzydła Buzz'a Atsral'a.
Kolejnymi interesującymi kostiumami byli Meksykanin w nowych szatach króla oraz
Afroamerykanin w stroju Doktora Facilier'a. Jakiś chłopak cały pomalował się na
czarno-biało i robił za Charlie'go chaplin'a chodź dużo bardziej przypominał mi
Hitlera, ale to może tylko moje zdanie.
Jednak
najbardziej urzekł mnie szeryf Chudy niestety tańczący z pasterką Bou jaką była
Jessica. Kiedy się bliżej przyjrzałem panu tancerzowi okazało się, że to nie
jakiś tam uczeń ale Daniel.
Westchnąłem
ze smutkiem i rozejrzałem się, nagle dostrzegając stół z przekąskami.
Podszedłem i zdjąłem maskę aby skosztować kilku maślanych ciasteczek.
- A teraaaaaaz taniec odbijaniec! - zawołał
chłopak od muzyki.
To
moja szansa – nasunąłem maskę wilka i wyruszyłem na polowanie.
Najpierw
trafiłem między dwie okrągłe laski udające siostry kopciuszka, a potem w
stalowe objęcia czerwonego kapturka. Na szczęście udało mi się z tej pułapki
wydostać, a następnie dopchnąć w pobliże Pięknej i Bestii oraz mojego cowboy'a.
Może
nie powinienem tego robić – pomyślałem - ale przecież on nie wie, że to ja, a
druga okazja może już się nie nadarzyć...
Przy
kolejnym skoku muzyki udało mi się jakoś pozbyć kręcących się koło Chudego
panienek.
- No hej wilczku – zachichotał szatyn, patrząc
na mnie zadziornie.
- Łuf, Łuf – zaszczekałem, nie chcąc by się
domyślił z kim ma do czynienia.
Rany,
jak on cudnie wygląda w tych łaciatych spodniach – pomyślałem z rozmarzeniem,
nawet nie zauważając kiedy mojego,
małego szeryfa porwał niedźwiedź Baloo.
- E? - jęknąłem, widząc jak chłopak znika w
tłumie – bywa – szepnąłem wracając pod kosz.
Wkrótce
część osób pozajmowała ławki i zajęła się jedzeniem.
- Pedro ja z Terrym idziemy zapalić,
przypilnuj sali – powiedziała Pointer, opuszczając sykotekę.
Skinąłem
głową i przez jakiś czas krążyłem pod ścianami poszukując mojego szeryfa.
Niestety bezskutecznie. Kiedy Irene wróciła po sali kręcił się wielki pociąg
ściągający łasuchów z powrotem na parkiet, a potem nagle rozbrzmiały pierwsze
takty Makareny.
Powiem
szczerze bawiłem się przednio i nawet udało mi się na jakiś czas zapomnieć o
Danielu oraz łażącej za nim krok w krok Jessice, aż do momentu gdy....
- Ej co to za świństwo? - warknęła Cruella
łapiąc jedną z kartek które nie wiadomo skąd zaczęły fruwać po sali.
- Okropieństwo!
- A to ciota!
- i ja na niego głosowałem?
- nie mówiłeś, że jesteś pedałem! - usłyszałem
wrzask Peppersalt akurat gdy zgasła muzyka, a na sali rozbłysły światła.
- Ale ja nie...
- Teraz już rozumiem czemu ci przy mnie nie
stawał.
- Jessica! - zawołał rozpaczliwie szatyn.
- Wal się, ja chcę być z prawdziwym facetem, a
nie reklamą „twój tyłek, nasz żel” - dziewczyna rzuciła mu w twarz jakąś
kolorową porno ulotką z jego wizerunkiem – Jesteś zerem – dodała, po czym
wyszła.
Reszta
uczniów dziwnie patrzyła gdy Stern wybiegł za rozzłoszczoną do granic
możliwości blondyną.
Chciałem
iść za nimi, coś zrobić ale zatrzymała mnie Kate.
- Musimy to posprzątać i zawiadomić
McMillan'a.
Spojrzałem
jeszcze za dzieciakiem,a potem powoli pokiwałem głową.
***
W
świetlicy byłem nie długo po zakończeniu dyskoteki i zebraniu wszystkich
ulotek.
Wszedłem
do małego domku jednak nigdzie nie było ani śladu Amber tylko masa dzieci
oglądających Króla lwa lub odrabiających lekcje.
- Szuka pan, pani Right? - zapytała jakaś
szczerbata dziewczynka.
- Tak, gdzie ona jest?
- Siedzi z tym smutnym chłopcem w toalecie –
powiedziała dumna z siebie – czy dostanę gwiazdkę?
- Tak, masz gwiazdkę – powiedział z
roztargnieniem, szukając drzwi od łazienki.
Kiedy
tam zajrzałem zobaczyłem Amber oraz Daniela. Chłopak był cały czerwony i nieco
się trząsł, a szatynka go przytulała i coś szeptała.
Na
szczęście Right mnie zobaczyła i gestem pokazała abym poczekał na zewnątrz.
Nie
musiałem nawet długo czekać.
- On bardzo cierpi, dziewczyna z nim zerwała –
westchnęła Amber, ubierając się – posiedź z nim proszę, tylko raz na jakiś czas
zerkaj na resztę świetlicy albo zagroź że odbierzesz gwiazdki jak będą
niegrzeczni to powinno ci zapewnić spokój.
- Dobrze – pokiwałem głową, po czym zamknąłem
za nią drzwi.
Sprawdziłem
czy w głównej salce nie dzieje się armagedon i migiem poleciałem do Daniela.
Chłopak
wyglądał jak cień samego siebie. Twarz ukryta w dłoniach, kolana pod brodą i
dywan chusteczek.
Kupka
nędzy i rozpaczy – przemknęło mi przez myśl gdy siadałem koło niego.
Teraz
byliśmy bez masek i musiałem bardzo uważać na słowa.
- Nie znam się za bardzo na pocieszaniu.... –
zacząłem, podając chlipiącemu szatynowi chusteczki higieniczne – Ale uwierz mi,
że ta dziewczyna nie jest warta twoich łez.
- Skąd pan może to wiedzieć? - burknął
nastolatek.
- Stąd, że zasługujesz na kogoś kto nie pyta
czy odpowiedzi można zamalowywać tuszem do powiek.
Chłopak
na moment się uśmiechnął lecz zaraz ponownie zmarkotniał.
- Ale teraz cała szkoła ma mnie za pedała –
zaszlochał.
Wyjąłem
kolejną chusteczkę.
- No i co? U nas w szkole uczy pełnoprawny gej
nikt nie ma z tym problemu.
- Pan ma z nim problem.
- A bo mnie ten pedał wkurza – widziałem jak
kąciki ust kasztanowookiego uniosły się lekko w górę - Po za tym dyrektor już
wie o tych ulotkach, a w poniedziałek poszukamy sprawcy tego głupiego żartu.
- A co z uczniami? Będą się na mnie dziwnie
patrzyli.
- Tak, tydzień, w najgorszym wypadku miesiąc.
Jak im pani Pointer z Fosterem i Green przydzwonią sprawdzianami to szybko
zapomną gdzie jest góra, a gdzie dół, a co dopiero co się działo na jakimś tam
balu.
- Jest pan pewny? - spojrzał mi prosto w oczy.
- Jak tego, że Kate jest ruda, a trawa zielona
– puściłem mu oczko i wstałem - A teraz chodź, bo coś za cicho w tej świetlicy.
***
Cisza
zwiastuje burzę w moim wypadku oznaczała grające w butelkę czternastolatki.
Dobrze,
wypić wodę z doniczki to jedno ale paradować po korytarzu zupełnie nago to już
co innego.
Miałem
szczęście, że w tamtej chwili nie przyszedł żadne z rodziców bo bym miął
autentyczny problem.
Tak
czy inaczej zbliżała się godzina dwudziesta lecz w sali nadal bawiło się
jeszcze troje dzieci.
Pewnie
korki są – pomyślałem, widząc skupiającego się nad zadaniami z matmy Sterna.
Wtem
zadzwonił domofon. Odebrałem go i wpuściłem do środka jakąś wysoką kobietę o
kręconych włosach i wielkich pomalowanych na czarno oczach.
- Ja po synka.
- A synek jak się nazywa.
- A Krzysio.
- A pani godność?
- Angelina Serpilt.
Sprawdziłem
na liście i zawołałem chłopca do siebie.
Teraz
teoretycznie powinienem już powoli zamykać świetlicę – zerknąłem na zegarek –
ale w sumie mogę jeszcze poczekać tak do wpółdo z dzwonieniem.
Czas
nieubłaganie mijał dzieci wychodziły aż wybiła dziewiąta, a po Stern'a dalej
nikt nie przychodził.
Wybrałem
więc numer do jego ojca ale odpowiedziała mi sekretarka, potem do osoby przez
niego uprawnionej ale znów bez rezultatu.
- Daniel gdzie twoi rodzice? - spytałem w
końcu.
- Tata w delegacji, ma mnie odebrać pani
Hooch.
- A możesz do niej zadzwonić?
Chłopak
odpalił samrtfona i chwilę klikał.
- Nie odbiera... O! Mam esemesa... O rany...
- Co się stało?
- Jej mąż miał wypadek i nie może przyjechać.
- I co teraz? - spytałem przestraszony nową
sytuacją.
- Nie wiem – pisnął szatyn – mój dom jest
bardzo daleko i nie mam kluczy.
- Jak to nie masz kluczy?
- Zapomniałem? – jęknął, rumieniąc się ze
wstydu.
No
i masz babo placek, przecież nie zostawię go samego w świetlicy...
- A może mnie pan przenocować?
- Ja?
W
tedy się naprawdę przestraszyłem, chodź gdzieś tam głęboko skakałem z radości
na myśl, że Daniel będzie u mnie nocował.
- Cóż... - zacząłem niepewnie, rozglądając się
po pustej sali.
Wizja
która przyszła mi do głowy była tak niecenzuralna, że aż piękna.
Ale
nie, ja się miałem leczyć, a nie upodobniać do tych standardowych pedofilii.
Będę normalny i go jakoś przenocuję, no przecież to nie może być aż tak trudne?
- Ubieraj się – uśmiechnąłem się i zabrałem
jego plecak.
***
- Rozbierz się – rzuciłem, ciskając w mrok
korytarza torbą.
- A jest tu gdzieś włącznik światła? - zapytał
szatyn, błądząc ręką po ścianie.
- Jest – rozjaśniłem mrok, wyłaniając z niego
rząd stalowych wieszaków.
- Co chcesz na obiad?
- Chyba kolację – zachichotał Stern –
wystarczą mi dwa tosty.
- Na pewno tylko tyle?
- Tak – skinął głową, zrucając buty – O rany
ma pan kotka! - momentalnie podbiegł do Teofila i zaczął go głaskać.
- Tylko uważaj, bo boi się nieznajomych i nie
doty... - z nie zdążyłem dzieciak już był cały ukłaczony – nie ważne –
westchnąłem, obserwując jak nastolatek głaszcze go po brzuszku.
Dziwne,
mój kot zwykle unika obcych, a tu takie zaufanie... niesamowite.
Poszedłem
do kuchni zrobić obu nicponiom jeść i przy okazji wymyślić jakiś sensowny
sposób, aby utrzymać moje demony na wodzy.
- Mmm pyszne, jak pan to robił? - spytał
czekoladowooki, delektując się tostem.
- Szynka, ser i czosnek niedźwiedzi. To
naprawdę nic specjalnego – usieciowałem się, zajadając swoja porcję – masz
własną piżamę, czy ci coś pożyczyć?
- Mam swoją, tak samo jak ręcznik szczoteczkę
i mydło – przeżuł drugą kanapkę, popił herbatą i sięgnął po plecak – chce pan
się pierwszy kąpać?
- Nie, możesz iść.
- Ok – zabrał rzeczy i wyszedł.
Teraz
spokojnie, on się tylko kompie. Jest zupełnie nagi, oblewa go ciepła woda,a ja
mam taki fajny lufcik w drzwiach, można by było sobie pooglądać to i owo~
Kurwa!
– moje spodnie stały się stanowczo za ciasne – gdzie te pieprzone tabletki –
poleciałem do torby, odkorkowałem pudełku, a tam dupa, nie ma ani jednej
pastylki są za to leki nasenne.
Przecież
ja je, kurwa, niedawno kupowałem – pomyślałem ze zgrozą.
- No tak – palnąłem się w głowę – zostawiłem
je w łazience. Super.
A
tymczasem wzrok mój padł na stojącą niewinnie w rogu stołu herbatę Daniela.
W
sumie, nikt nic nie wie. Nikt tego nie widzi – przygryzłem wargę, ponownie
spoglądając na środki usypiające – a rano by się mu to jakoś wyjaśniło –
podrapałem się po bródce.
A
walić... - już miałem zrealizować swój szatański plan gdy drzwi do łazienki się
otworzyły i stanął w nich szatyn w uroczej czarnej piżamce z Vaderem.
- Wolne! - zawołał, susząc jedną ręką włosy.
- Już idę – zabrałem tabletki ze sobą starając
się zasłonić newralgiczne wypukłe miejsce.
***
- Dobra, ty śpisz tu a ja na kanapie w
salonie. Jak by ci Teo za głośno miauczał czy jakoś przeszkadzał to wywal go za
drzwi, ok? - spytałem ścieląc Stern'owi łóżko.
Nastolatek
niepewnie pokiwał głową.
- Dobrze, w takim razie dobrej nocy – powiedziałem,
opuszczając pokój.
Umyłem
zęby, rozścieliłem kanapę i położyłem się pod kocem jednak nie umiałem zasnąć.
Patrząc się w rozświetlony ulicznymi latarniami sufit myślałem o konsekwencjach
planu, na który wpadłem jakiś czas wcześniej. Smutna prawda o tym kim jestem
kuła w oczy. Nie miałem szans na bycie szczęśliwym, a co dopiero normalnym
Może
lepiej to po prostu przeczekać? Pointer mi już kiedyś mówiła, że procesy w
mózgu odpowiedzialne za zakochanie trwają raptem trzy lata.
Za
jakiś czas mi to po prostu minie zresztą on zdąży do tego czasu dorosnąć... -
zgrzytnąłem zębami i przekręciłem się twarzą do ściany tak aby nawet nie zerkać
w stronę swojego pokoju.
Byłem
na granicy snu kiedy nagle coś mnie
szturchnął w ramię.
- Panie Delashit.. B-bo ja miałem zły sen....
- Co? - szepnąłem, nie do końca ogarniając
sytuację.
- Mogę z panem spać?
- Co!? - momentalnie oprzytomniałem i
odwróciłem w jego stronę
Miał
oczy pełne łez i lekko się trząsł.
- P-prosze... - jęknął
Westchnąłem
ale pozwoliłem u się położyć, ba nawet go lekko przytuliłem.
- Dziękuję – usłyszałem po chwili tuż koło
swego ucha – dobranoc – jego ciepły oddech musnął moją skroń.
Panie,
czemu wystawiasz mnie na taką próbę – pomyślałem widząc, że nastolatek śpi już
w najlepsze – za co? - przemknęło mi przez myśl gdy chłopak mocniej wtulił się
w moje ramię, zamykając je w żelaznym uścisku.
Odczekałem
jeszcze parę minut aby być pewny, że już się nie obudzi i spróbowałem, uwolnić
rękę.
Leżał
tak blisko. Był taki uroczy i bezbronny, kiedy spał z tymi lekko uchylonymi
ustami.
Na
prawdę chciałem się odsunąć ale nie umiałem, coś samo mnie pchnęło bym
delikatnie podwinął jego podkoszulkę.
Ostrożnie
aby go nie obudzić, wsunąłem dłoń pod materiał.
Za
chwilę poczułem pod swoimi palcami ciepłą skórę.
Delikatnie
przejechałem dłonią po jego żebrach.
To
było wspaniałe doznanie czuć pod palcami niewielkie wzgórki mięśni i wałeczki
kości. Powoli zjechałem na jego talię i lekko wydęty po obiedzie brzuch.
Mam
nadzieję, że smakowała ci kolacja – pomyślałem, przesuwając dłoń na jego
biodro.
- Cudowny kształt... - westchnąłem,
spoglądając głodnym wzrokiem na małego piłkarza.
Niestety
w tym momencie chłopak niespodziewanie wierzgnął.
Momentalnie
zabrałem rękę i odwróciłem się do niego tyłem.
A
gdyby się obudził z moją łapą w spodniach!? Co ja sobie w ogóle myślałem! -
zgrzytnąłem zębami – tyle chociaż dobrego, że dalej śpi – stwierdziłem w
myślach, czując jak dzieciak się we mnie wtula.
Ergh,
ale przylepa – spróbowałem go odsunąć ale to tylko pogorszyło sprawę, bo szatyn
jeszcze mocniej ścisnął moją talię – dziecko błagam.... za jakie grzechy... - w
tej chwili czarnej rozpaczy z mroku wyłonił się zaciekawiony łeb Teofila, który
po obwąchaniu chłopaka przespacerował się wzdłuż łóżka, a następnie zwinął w
kłębek na mojej klatce piersiowej – Super, jeszcze mi tylko tego brakowało...

Komentarze
Prześlij komentarz