cz. 23
19 May
Dziś
jest ten dzień, muszę mieć portfel w pogotowiu i nadzieję, że tym razem nic mi
się nie zmieni w zastępstwach – pomyślałem, zerkając na powieszony w kantorku
kalendarz.
Na
korytarzu panowała jeszcze przyjemna cisza.
Szósta
F pojechała z Terrym na wycieczkę, a ja dostałem zastępstwo z siódmą A,
normalnie żyć nie umierać – uśmiechnąłem się i strzeliłem palcami, po czym
ruszyłem po dziennik.
- Dzień dobry panie Delashit – usłyszałem
przyjemny głos.
- Witaj Danielu – odwróciłem się do chłopaka –
jak samopoczucie? Koledzy nie dokazują?
- Nie, już nie – nastolatek obdarzył mnie
prześlicznym uśmiechem nieskazitelnie białych ząbków – Co dziś będziemy robić?
Miałem
w głowie kilka ciekawych sugestii, jednak biorąc pod uwagę jego wiek oraz
miejsce publiczne nie mogłem zaproponować żadnej z nich...
- A co byś chciał?
- Może jakiś sport kontaktowy? - mruknął z
jakąś dziwną nutką w głosie – koszykówka na przykład? - chłopak spojrzał
skrzącymi się oczami wprost na mnie.
Czy
on ze mną flirtuje? Nie, niemożliwe... to pewnie efekt korytarzowego echa.
- Może być, leć się przebrać i widzimy się na
dużej sali – mruknąłem, po czym szybko zmyłem się do pokoju nauczycielskiego.
C-czy
ja właśnie... czy on... te oczy...
Kurwa
Delashit, otrząśnij się!!! - sięgnąłem po dziennik i ruszyłem na górę.
A
co jeśli naprawdę to był flirt, a nie przypadkowy zlepek słów?
Ta
i chciał by takiego starego dziada jak ja, dobry żart – westchnąłem i
rozpocząłem wspinaczkę po schodach.
Przed
salą czekała już na mnie czereda chłopaków z A.
- Zapraszam do sali – otworzyłem drzwi oraz
dziennik na odpowiednim przedmiocie, po czym sięgnąwszy po długopis zacząłem
czytać listę obecności.
Nie
szukałem wzrokiem Daniela, nie byłem w stanie. Musiałem zatrzymać krążące w
mojej głowie myśli. Zmienić ich tok.
- Daniel Stern?
- Obecny, zwarty i gotowy!
O
rany – uśmiechnąłem się półgębkiem i zgrzytnąłem zębami – Pedro hamuj się.
Doczytałem
jakoś listę do końca i zarządziłem rozgrzewkę pozwalając, aby każdy z chłopców
zrobił ją po swojemu.
Może
to tylko moje zwyrodniałe przewrażliwienie ale przez co najmniej pół czasu
miałem wrażenie, że Stern specjalnie tak intensywnie ćwiczy biodra.
Nie
gap się tak na niego kretynie, bo jeszcze ktoś pomyśli, że ci się to podob... -
nie dokończyłem myśli, czując w dresach lekkie poruszenie.
No
i Super, tego mi jeszcze brakowało -,- trza było leki wziąć, a teraz masz babo
placek.
- Dobra moi mili, dosyć tego dobrego w rządek
i do dwóch odlicz – zawołałam, chyłkiem znikając w magazynku.
Dzięki
opatrzności mój drobny problem nie urósł zbytnio, a nawet po tych kilku krokach
nieco się zmniejszył.
Jest
dobrze, spokojnie to zaraz minie – pomyślałem, szukając odpowiednio nadmuchanej
piłki.
Za
chwilę wróciłem do dzieciaków i stwierdziłem, że drużyny są nierówne.
- Jeden na ławkę? - spytał przewodniczący
klasy.
- Nie – rzuciłem mu piłkę – zagram z wami –
zaśmiałem się, stając przy mniejszej grupce.
- Ok – i zaczęło się ustalanie kto kogo kryje.
Zaczynam
mieć wrażenie, że scenariusz mego życia pisze jakaś napalona nastolatka albo
inna cholera bo wyszło na to, że ja mam kryć Daniela.
Super,
ledwie sobie poradziłem z jednym problemem, a już nadciąga kolejny... Dajcie mi
umrzeć, niech na mnie zleci zawias, albo najlepiej cały kosz.
Ustawialiśmy
się do gry, gwizdnąłem i rozgrywka się rozpoczęła.
Ciekawie
się ogląda grę z góry zwłaszcza gdy piłka lata ci tuż pod nosem. Zabrałem ja
więc tym patałachom i poleciałem do kosza jednak tam już czekał na mnie Daniel.
- No i co teraz panie profesorze? - spytał
próbując odebrać mi piłkę.
- Jakoś sobie z tobą poradzę, zobaczysz –
puściłem mu oczko, zrobiłem lekki zwód, niby to przypadkiem podkładając nogę i
rzuciłem piłkę.
Pierwszy
kosz. Stern zabrał piłkę i chwilę myślał komu rzucić. W reszcie piłka
poszybowała gdzieś w głąb sali.
- nieźle – pochwaliłem.
Młody
odpowiedział mi szelmowskim uśmiechem, po czym zwiał.
- I tak cię dogonię – zachichotałem lecąc za
nim.
Niebawem
trafiliśmy w kłębowisko rąk próbujących uniemożliwić Martinowi rzut.
Uznałem,
że nie ma się co mieszać i poczekałem przy drabinkach na ewentualne podanie.
Oczywiście nie doczekałem się i musiałem odgwizdnąć dwa punkty dla drużyny
przeciwnej.
Ze
znudzeniem przespacerowałem się na drugi koniec boiska i stanąłem pod koszem.
Wysilcie
się trochę, nie będę grał za was – pomyślałem, obserwując przebieg akcji, w
wyniku której piłkę dorwał Daniel.
No
dobra, ruszę się – uśmiechnąłem się chytrze i pobiegłem za szatynem.
- A ty gdzie z tą piłeczką? - zagadnąłem,
stając nad nim i uniemożliwiając mu dalsze ruchy zwłaszcza, że przesuwając się
po boisku cały czas się o mnie ocierał.
- Do kosza – zachichotał kozłując w miejscu,
oczywiście tak abym nie mógł od gwizdnąć błędu.
Spryciarz
– przebiegło mi przez myśl – ale dobrze, i tak się do ciebie dobiorę.
Zaprowadziłem
go pod kosz ale tak by nie mógł do niego rzucić.
- No i co teraz? - uśmiechnąłem się chytrze.
- Jakoś sobie z panem poradzę – puścił mi
oczko, po czym mocno odbił piłkę pod moimi nogami, tak by złapał ją Martin.
Blondyn
rzucił ale nie trafił, piłka odbiła się od obręczy walnęła mnie w głowę i
wpadła.
- mówiłam, że sobie z panem poradzę – rzucił
daniel idąc w stronę drabinek.
Spojrzałem
groźnie na przewodniczącego ale odgwizdnąłem punkty i poszedłem po piłkę,
masując obolały łeb.
***
Przyszykowałem materiały, płyty leżały przy komputerze, rzutnik był odpalony, a
ekran wyciągnięty.
Idealnie,
a co mówi dziennik o temacie dzisiejszej lekcji? - zerknąłem w wypełnione
koślawym, dyrektorskim pismem rubryczki – Pedofile i psychopaci myślnik jak
unikać... normalnie lepszego tematu nie było – westchnąłem słysząc dzwonek – a
może opowiem coś z własnego doświadczenia jak taki człowiek myśli?
Do
sali wtoczyła się klasa.
Matko
czy oni zawsze muszą tak jazgotać – jęknąłem w myślach próbując ich jakoś
uciszyć.
- Następna osoba, która się odezwie zrobi sto
brzuszków! - zagroziłem w akcie desperacji i o dziwo zadziałało.
Więc
w spokoju sprawdziłem listę i odpaliłem pierwszy film instruktażowy. Był o
psychopatach i jak się zachować w wypadku strzelaniny lub ataku nożownika.
Jakaś
babeczka radośnie pokazywała jak się chować pod ławką albo jak zasłonić
plecakiem brzuch.
Cóż
dla mnie było to mało ciekawe. Natomiast drugi filmik już bardziej mnie
zainteresował tylko że no... to co w nim pokazywali to takie troszkę
przestarzałe było...
Który
pedofil w tych czasach wabi dzieci na kotki w piwnicy, ja się pytam!? No
który!?
Teraz
przecież robi się to na Pikatchu.
Albo
co moim zdaniem jest dużo lepszym rozwiązaniem gubi się przy szkole albo innym
miejscu gdzie dzieci są jakąś rzecz, potem wywiesza kartkę gdzie ma się to
oddać w razie znalezienia i czeka.
Jest
milion sposobów ale nie kotki w piwnicy! ><
Albo
nie przyjmować słodyczy od obcych.
No
dobra to jeszcze było jako tako adekwatne z tym, że nie sądzę aby ktokolwiek
dał się nabrać na cuksa z tabletką gwałtu. Zwłaszcza, że to wyższa szkoła jazdy
zrobić takiego by od razu zadziałał. Walter by może wiedział jak takie cacko
zrobić...
A
gdyby tak Daniela czymś takim poczęstować w osobistej rozmowie?
Ergh,
marzenie ściętej głowy.
Następna
część pokazała, że należy zwracać uwagę na drobne gesty mogące świadczyć o
zboczeniu i tu się lekko przestraszyłem, bo część z nich faktycznie czasami
zdarzało mi się robić.
Pytanie
tylko czy ktoś to zauważył?
Spokojnie
Pedro, nikt by cię nie podejrzewał, przestań się trząść, bo faktycznie się
zdradzisz!
- Panie Delashit? - na te słowa omal nie
podskoczyłem na krześle.
- Słucham?
- Czemu pedofile gwałcą?
- Um...- toś mi mała zadała bobu ale damy
radę, nie na takie pytania się odpowiadało.
– Ponieważ ich zaburzenie każe im się
wyżyć seksualnie, a raczej żadne dziecko po dobroci nie zgodzi się na coś
takiego efektem czego jest gwałt. Przy czym nie każdy pedofil jest
gwałcicielem.
- Jak to!? - ozwał się głos z końca sali, a
reszta klasy ciekawie nadstawiła uszu.
- To... trochę jak z wilkami...
- Z wilkami?! - zdumiała się klasa.
- Tak, wilki ogólnie są niebezpieczne,
pedofile też, przy czym nie każdy wilk to morderca prawda? Czasami się słyszy,
że wilk zagryzł dziecko ale czy to znaczy, że każdy wilk taki jest? -
rozejrzałem się po sali.
- N-no nie...
- Właśnie. Co jednocześnie nie oznacza, że nie
powinno się takich wilków odstrzeliwać ale tylko nich, nie pozostałej wilczej
populacji, która żyje ze swoim zboczeniem nie robiąc innym krzywdy.
- Czyli pedofil mógłby uczyć w szkole? -
wyrwał się jakiś chłoptaś.
Kurcze,
nawet ładny, ale ja już mam swój obiekt westchnień – uśmiechnąłem się
półgębkiem – ciekawe co by zrobili gdyby wiedzieli, że właśnie rozmawiają z
wilkiem... biedne owieczki.
- Gdyby można było w jakiś sposób
stuprocentowo zabezpieczyć dzieci przed jego ewentualnym atakiem to według mnie
owszem. Czemu mielibyśmy go dyskryminować ze względu na preferencje.
- Ale to wilk! Znaczy potencjalny gwałciciel!
- pisnęła jakaś blondwłosa, pulchna dziewczynka.
- Dlatego powiedziałem gdyby była całkowita
pewność, że da się ochronić przed nim dzieci – powtórzyłem spokojnie - Ale
ponieważ takiej nie ma więc nie powinni.
To
chyba usatysfakcjonowało klasę, bo więcej pytań nie było i mogłem puścić
kolejną część filmu.
***
Odniosłem
dziennik do pokoju nauczycielskiego.
Dobra
lekcja, ładnie załatwiona – pochwaliłem sam siebie, zerkając na plan – teraz
powinienem mieć nieco wolnego, może coś przekąszę – wyszedłem na zewnątrz i
ruszyłem w kierunku kantyny.
Idąc korytarzem na obiad minąłem naszego pana konserwatora, który walczył z
przepaloną świetlówką i już miałem skręcić do stołówki gdy na schodach do klasy
plastycznej dostrzegłem Daniela z Ralphem.
Chłopcy
wyraźnie o czymś dyskutowali.
- Co tam Pedro? – szturchnęła mnie Pointer.
- Nic, ciesze się spokojem od szóstej F –
odparłem swobodnie stając z nią pod schodami.
- Nieobecność Terry'ego też ci służy,
różowa żyłka na czole ci nie puchnie.
- Jaka żyłka? - zacząłem sprawdzać
czoło.
- O tu – wskazała na swojej
pomarszczonej wiekiem twarzy.
Nagle
na górze huknęły drzwi i wyszedł z nich Yang taszcząc kupę jakiś plastycznych
tałatajstw znaczy sztalugę i coś czego nie umiałem zinterpretować. Wtem Azjata
się potknął i zjechał po schodach zabierając przy tym chłopców.
Pointer
oczywiście zrobiła taktyczny unik, ja niestety nie zdążyłem skutkiem czego
zrobiłem całej trójce za amortyzację. Jednak siła impetu nie pozwoliła
zatrzymać im się tuż przy schodach.
O
nie, to by było zbyt proste musiałem wytrącić konserwatorowi drabinę spod nóg
skutkiem czego
Ta
upadła na jedną z puszek i obryzgała mnie skutkiem czego naraz zmieniłem kolor
skóry ze zwykłego lekko opalonego białego na śliczny różowy jak prosiaczek.
- Jak widzę nie tylko szósta F lubi twoja
żyłeczkę – zarechotała złośliwe Pointer, widząc jak Daniel sięga po telefon.
- Ani... mi się waż – jęknąłem nim straciłem
przytomność.
***
Dobrze,
że Irene miała przemysłowe ilości wódki, bo in czaj nigdy bym się tego różowego
świństwa nie pozbył – przeszło mi przez myśl, gdy rozwieszałem nasączone
alkoholem ciuchy w kantorku.
- Pedro, a ty zamierzasz długo tak pracować w
samych majtach? - spytała Kate, memłając piątego batona.
- Tylko do wyschnięcia dresów.
- A gdyby tak mała kooperacja skoro już jesteś
rozebrany – oblizała się lubieżnie, zerkając głodnym wzrokiem na moje śliczne,
niegdyś białe bokserki.
- Kate, błagam bez żartów. Weś pożycz
suszarkę.
- A ja co? Sklep rTV-AGD? - oburzyła się
rudowłosa.
- Nie, złota rybka – bryknąłem zabierając jej
torebkę.
- Ej! Oddawaj! - zaczęła skakać wokół mnie jak
rasowa wiewiórka.
- Lokówka, zmywacz do paznokci, paleta pudrów,
pięć tabliczek czekolady – wymieniałem, wyrzucając kolejne artykały na stół –
mini wiatraczek, szamponetka...
- Nie mam suszarki, oddawaj!
- Jasne, jasne, a ja jestem Świętym Mikołajem,
co ty tu jeszcze masz... tipsy, pędzle, gumki?
- Do włosów – przewróciła oczami - takie
specjalne olejowane.
- Ok, a na grzyb ci tabletki na prostatę?
Czyżbyś była przyczajonym Tajem?
- Pedro, oddaj no!
- Klucze, telefon, bilety do kina z zeszłego
wieku... O! I ty nie masz suszarki? - wyciągnąłem olbrzymią lusk torpedę z
czterema ustawieniami wiania.
- A więc tu się podziała! - ucieszyła się
Karter – a ja jej od dwóch tygodni szukałam...
Ja
natomiast westchnąłem, czyli jednak legendy Waltera o zawartościach damskich
torebek są prawdą, można tam znaleźć dosłownie wszystko do przetrwania.
***
- Nareszcie wolny od tej piekielnej placówki –
westchnąłem, wdychając chłodne wieczorne powietrze.
Tak dawno u niej byłem – pomyślałem zaglądając do kwiaciarni.
Zawsze
kochała fiołki – rozejrzałem się lecz nie dostrzegłem rzeczonych kwiatów.
Cóż,
jest zbyt późno bym zdołała dojechać do innej kwiaciarni... trudno, wezmę
konwalie. Je też dość często stawiała na stole.
Zapłaciłem
i wyszedłem. Czekała mnie ponad godzina jazdy, ale cóż to dla mnie. Ona zawsze
była w stanie do mnie przyjechać i mi pomóc, był bym wyrodnym synem znów się
spóźniając... jak wtedy... - depnąłem ze złością gaz omal nie wjeżdżając w
wyjeżdżający z bocznej uliczki karawan.
Kierowca
uraczył mnie porcją pięknych katolickich wyzwisk, po czym ruszył w swoją stronę.
Krzyżyk
na drogę – pomyślałem, mściwie zgrzytając zębami - Nienawidzę tej drogi –
zacisnąłem palce na kierownicy i skręciłem.
Właściwie
gdybym się uparł mógł bym do niej jeździć z zamkniętymi oczami. A gdyby tak
mały wypadek... tylko kto by się wtedy Teo zajął?
Mamusiu
tak bardzo mi cię brakuje – przygryzłem boleśnie wargę byle powstrzymać łzy.
Tylko
co by to zmieniło, zobaczyła by jak się degradujesz, pedalisz, jak ojciec pije,
jak Tom uczy się przekupywać ławę przysięgłych... Nie, tak jak jest, jest lepiej...
- zajechałem na miejsce.
Wyjąłem
znicz i kwiaty, po czym ruszyłem na kwaterę.
Minąłem
grabarza.
- Do mamy? - zagadnął, opierając się na
łopacie.
Skinąłem
mu głową.
- Szkoda, że tak późno, byście się z Tomem
spotkali raptem chwilę temu pojechał
- Jakoś tak wyszło... - posłałem mu
przepraszający uśmiech i czym prędzej zwiałem między nagrobki.
Nie
lubię gadać o Tomie, on z ojcem są siebie warci. Zapatrzone w siebie sukinkoty,
splunąłbym ale na cmentarzu nie wypada – pomyślałem ze śmiechem, dochodząc do
odpowiedniej kwatery.
- Cześć mamo – szepnąłem do marmurowego
zdjęcia – wiem, że trochę mnie nie było – odstawiłem znicz – ale przyniosłem ci
coś – uśmiechnąłem się lekko, czując jak napływają mi do oczu łzy – sam
wybierałem – kwiaty położyłem tuż pod zdjęciem i zerknąłem z niechęcią na
palący się nieopodal wielki niebieski znicz.
- Jak zwykle musi się popisać – prychnąłem pod
adresem Toma, zapalając swój dużo mniejszy i biały.
Westchnąłem,
po czym złożyłem ręce do modlitwy.
Można
by to nazwać hipokryzją z mojej strony, że modlę się do kogoś kto zabrał mi
mamę, kto nie pozwolił mi się z nią pożegnać, kto dopuścił by zachorowała –
poczułem jak napinają mi się mięśnie – Ale w sumie co mi pozostaje, kto inny
jak nie On miał by się nią opiekować tam gdzie trafiła... - po modlitwie
jeszcze chwilę milczałem, nie wiedząc czy chcę jej opowiadać o swoich
problemach.
- Ty pewnie już wiesz, ale podoba mi się
pewien nastolatek. Wiem, że to niewłaściwe i proszę pomóż mi się hamować, bo na
prawdę nie chcę go skrzywdzić. Niech Ten, w którego wierzyłaś może spróbuje coś
na to zaradzić... choć czuję, że nie da rady jak przy tobie... - spuściłem
wzrok ze zdjęcia czując, że mama coś za mocno wbija we mnie wzrok – wiem,
obiecywałem, że już tak nie będę mówił ale sama wiesz czemu się tak do niego
odnoszę... - znów westchnąłem – Na prawdę mi się podoba i gdyby był tylko
starszy to może w końcu... - słowa mi uwiązały w gardle – dziękuję, że zawsze
mnie wysłuchujesz – wychrypiałem na koniec i cicho wytarłem nos.
Nagle
usłyszałem wrzask, potem drugi – rozejrzawszy się, a przez cmentarz szedł jakiś
pijany imbecyl, chodź szedł to nadinterpretacja jego sposobu poruszania się.
Facet
się wlókł jakby dopiero co z grobu wylazł albo z innej nory i powoli zbliżał
się do bramy. Ja patrzę, a od tyłu ryp wali go w łeb grabarz.
- Straszyć można, łazikować no trudno,
wrzeszczeć jak już musicie ale za bramę gołąbku nie wychodzimy.

Komentarze
Prześlij komentarz