cz. 24

 


May 21

 - Teo gdzie cię wcięło? Jedziemy do weterynarza zapomniałeś? - westchnąłem, wycierając zakurzoną klatkę.

Odpowiedziała mi jednak jedynie cisza mieszkania.

 - Erh... czy ty naprawdę zawsze musisz się chować – westchnąłem zaglądając pod kanapę – Teo! Kiciu kochany, gdzieś ty się ukrył!? - zawołałem, przechodząc do swojego pokoju.

 - Misiu czarny – zawołałem czule, penetrując odmęty szafy.

Tam jednak również nie było mojego zwierzaczka.

 - A może zrobimy inaczej – uśmiechnąłem się chytrze i ruszyłem do kuchni.

Szelest otwieranej saszetki i za chwilę miałem swoją puchatą kule sierści pod nogami.

 - Więc tu jesteś – złapałem go szybko za kark i podniosłem.

Oczywiście zielonooki momentalnie zaczął się wyrywać, zdając sobie sprawę w jaka pułapkę wpadł.

 - Miaaaaaaaaałuuuuu – zawył żałośnie, gdy z trudem wpakowałem go do klatki.

 - Wybacz kochanie ale to konieczne.

Kocur nic sobie z tego nie zrobił tylko począł wygrywać kolejne nuty serenady.

Westchnąłem zabrałem, rzeczy i ruszyliśmy do auta. Oczywiście miałem całkowitą świadomość jak bardzo obrażony będzie po powrocie jednak przed wakacjami należało go odrobaczyć.

Droga nie była daleka ani też specjalnie zakorkowana.

Wszedłem do poczekalni, położyłem Teo na ławce, a potem usiadłem obok niego.

Kociak nie wyglądał na zadowolonego ale nic na to nie mogłem poradzić.

 - Spokojnie zaraz wejdziemy – pogłaskałem go przez kraty na co obrażony futrzak odwrócił się do mnie zadem – Jak wolisz, zresztą mnie to nawet na rękę – zachichotałem i kontynuowałem pieszczotę.

Tymczasem do poczekalni weszła jakaś pani w rękawiczkach z czymś cholernie futrzastym w koszu.

Nie byłem pewny czy to był pies czy kot czy cokolwiek innego, w każdym razie cały czas kichało.

 - Co mu jest? - spytałem, niepewnie zerkając na to dziwactwo.

 - C-co? A nic wielkiego, katarek. Biedna Kusia musiała się go nabawić na którymś spacerze. No dalej Kusia, przywitaj się – powiedziała, lekko szturchając dziwnego stwora.

 - Witaj Kusiu... - powiedziałam wyciągając ku niej dłoń.

Futro zafalowała, a spomiędzy kłaków wychynęły ostre pręgowane kolce.

 - Rany boskie co to!? - wykrzyknąłem, zabierając dłoń.

 - Jak to co!? – oburzyła się babina – Jeżozwierz.

 - Co!?

 - Proszę do gabinetu – zaskrzypiały drzwi, za którymi stał znudzony doktor oraz jakiś dwudziestokilkuletni gnojek z dziwnym uśmiechem.

Zabrałem kota i zniknąłem w gabinecie aby przypadkiem nie mieć bliższego spotkania z Kusią oraz jej kolcami.

 - A kogo mu tu mamy? – zacmokał chłopak, zaglądając do klatki.

 - To Teofil – odparłem.

Patrząc na tego prawie śliniącego się szczeniaka miałem szczerą ochotę dodać, że jestem pedofilem i jak nie przestanie tak dziwnie zerkać na mojego kota to się do niego ruszę.

 - A co mu dolega?  - spytał rzeczowo doktor, odsuwając stażystę na bok.

 - Nic, zwykła kontrola – wzruszyłem ramionami.

 - Aha – sapnął i otworzył klatkę.

 - Czy ja mogę już wejść? - zajrzała do nas pani od Kusi.

 - Jeszcze moment – zawołał rozpromieniony student.

Teo zerknął na weterynarza nieco sceptycznie ale pozwolił się wyciągnąć i położyć na stoliku.

 - No pokaż ząbki – poprosił młody, poprawiając okulary.

 - Weś go David, pomacaj.

Kocur popatrzył na niego jak na idiotę ale pozwolił sobie zaświecić w oczy, potem przejrzeć sierść, zajrzeć w pysk... chociaż nie, za wtykanie palców zbyt głęboko ugryzł cwaniaczka w rękę.

Mój waleczny koteczek – pomyślałem z dumą.

 - Aaaa puszczaj! - zawołał, wyrywając dłoń z żelaznego uścisku.

 - Spokojnie, szczepiony – mrugnąłem do weterynarza, który nieco się na te słowa uśmiechnął pod sumiastym wąsem.

 - Czy już mogę wejść? - drzwi uchyliła babina.

 - Jeszcze chwilę – odparł spokojnie lekarz ignorując motającego się za jego plecami Davida.

W końcu stażysta jakoś się uwolnił i przystąpił do dalszych oględzin, które nie przebiegały już tak gładko gdyż Teo cały czas usiłował mieć go na oku.

Potem facet sprawdził jego kręgi w ogonie, stawy, długość pazurów.

 - Przydałoby się obciąć – zawyrokował chłopak, próbując się jakoś dyskretnie oblizać.

 - Mnie nie przeszkadzają – odparłem oschle.

Jeszcze tego by tylko brakowało, abym w tym starciu pozbawił swojego kota broni.

Studenciak nie wyglądał na zadowolonego ale nazbyt się chyba jarał możliwością pomacania zwierzaka więc szybko wrócił do przerwanych oględzin.

I chyba chciał mi pograć na nerwach, bo zaraz odwrócił kociaka na plecy, a potem...

Jeśli zapomniałem wspomnieć, że Toe ma kompleks na punkcie swoich jajeczek to teraz to dodaję. Kocur strasznie nie lubi gdy ktokolwiek go tam dotyka wówczas staje się czymś w rodzaju małego diabła...

 - Rany boskie! – zawołał lekarz, rzucając się dwudziestolatkowi na pomoc.

 - Czy ja już... - Babka nie dokończyła zdania gdy chłopak się na nią i przy okazji Kusię wywalił.

 

Trzysta dolarów za wizytę boli, ale na pewno nie tak bardzo jak półtoragodzinna operacja wyciągania kolców z tyłka - Walter miał co robić XD

 

***

 

Wszedłem do pokoju nauczycielskiego akurat na radę pedagogiczną.

 - Zbliżają się wakacje – zaczął poważnym tonem Oliver – kto wie co to oznacza?

 - Więcej czasu na ratowanie drzew? – zaczęła Lis.

 - Nie.

 - Płatny urlop? - Terry wyciągnął pomadkę.
 - Nie, znaczy tak, ale to w wakacje.

 - Wystawianie ocen – westchnął Yang.
 - Tak, to oczywiście też ale mi chodzi o coś jeszcze innego.

Pointer pociągnęła ukradkiem z piersiówki.

 - Pewnie zielona szkoła – szepnąłem.

I od razu oberwałem karcącym wzrokiem od połowy grona.

Nikt, ale to absolutnie nikt nie lubił tych dwóch słów, wszelkie wycieczki były przez nas odbierane jak zsyłka na Syberię. A już zwłaszcza te kilkudniowe z nocowaniem w jakimś ośrodku.

 - Jednasz sobie tłumy – zachichotała złośliwie Irene.
 - Dokładnie, zielone szkoły – zagrzmiał McMillan - W czerwcu jest czas wycieczek. Wszyscy wychowawcy i wicewychowawcy mają wspólnie znaleźć ośrodek dla poszczególnych roczników.

Na samą myśl, że miałbym dogadywać się w jakiejkolwiek sprawie z tym bydlakiem, zrobiło mi się niedobrze zresztą patrząc po minie chemika również nie był z tego zbyt zadwolony.

 - No, to by było na tyle, pierwsze propozycje życzę sobie na biurku najpóźniej trzydziestego maja.

 

***

 

 - Genialnie, Lis naprawdę nie miała czego mądrego wymyślić, wyjazd nad jezioro. Już widzę te piękne, nastoletnie ciałeczka wylegujące się w pełnym słońcu na plaży – aż mi się gorąco zrobiła na sama myśl -  i siebie z kubłem tabletek w pokoju – mruknąłem, odkładając dziennik na miejsce – dobijcie mnie – szepnąłem, biorąc inny brulion.

Magle zabzyczał mój telefon, wyjąłem go z kieszeni i odczytałem wiadomość.

Janet:

Hej, jak tam?

 

Lekko zdziwiony odpisałem:

 

Ja:

Całkiem dobrze siostrzyczko, a co u ciebie? Jak tam studia?

 

Janet:

Studia nawet nieźle ale...

 

Ja:

Ale co? Coś się stało?

 

Janet:

Tata co raz częściej ode mnie pożycza pieniądze na wódkę. Trochę nie wiem co robić...

 

Ja:

Staraj się je chować, nie wolno mu nic dawać, nie ważne co powie. Zapamiętaj jesteś dorosła nie musisz się go zawsze słuchać, a już zwłaszcza w tej sprawie!

 

Ja:

Jeśli trzeba, coś ci zrobi, uderzy czy choćby szturchnie, dzwoń! Do mnie lub Toma o dowolnej godzinie dnia i nocy, a potem uciekaj, jasne!?

 

Ja:

I nie myśl, że robisz źle!

 

Janet:

Dziękuję braciszku :)

 

Ja:

Trzymaj się młoda, wiem, że sobie poradzisz :*

 

 - Stary kutas – burknąłem – sam dupy z domu nie ruszy tylko dawaj kasę z zasiłku, a potem do monopolowego – tymczasem minął mnie Terry - Niech go szlag jasny trafi.

 - Czy nie trochę za wcześnie na takie życzenia? - zagadnęła Pointer ze śmiechem.

 - Nie o nim mówiłem, chodź w sumie czy świat by tak wiele stracił?

Irene odpowiedziała mi zdławionym chichotem i dosypała sobie cukru do kawy.

Znaczy mam nadzieję, że ten zajzajer, który piła był kawą, bo po zapachu wnosząc mógł być równie dobrze podgrzanym olejem silnikowym albo innym tego typu cholerstwem.

Idąc na dyżur zastawiałem się czy nie powiadamiać Toma o ostatnich postępach w alkoholowej chorobie ojca... choć w sumie znając go pewnie już od dawna wie.

 

***

 

 - Pedro pamiętasz kiedy jest nasze zebranie? - spytała Lis mijając mnie na korytarzu.

 - Dwudziestego piątego? Koło osiemnastej? - spytałem dalej w głowie mając swoją krótką wymianę zdań z siostrą.

 - Dwudziestego szóstego, osiemnasta trzydzieści. Pamiętaj przygotować jeszcze kilka ofert abyśmy mogli to przegadać jeszcze z Terrym, Yangiem i Luciusem tak by rodzicom przekazać już gotową ofertę.

 - Tak wiem...

 - A i oceny, poprzypisywałeś je już tak by tylko skan zrobić i drukowanie?

 - Ja... znaczy... no jeszcze nie, ale brakuje też ocen w innych rubrykach nie tylko z WF'u. Foster też ma swoje za uszami i Irene, niektórym uczniom braknie u nich ocen...

 - Dobra to temu komu brakuje ocen spróbuj przypomnieć na EDB aby podskoczyli do nauczycieli i się przypomnieli, bo o zagrożeniach z przedmiotu musimy na tym zebraniu poinformować.

Skinąłem głową i odebrałem od anglistki listę uczniów, którą oczywiście przejrzałem szybko w poszukiwaniu pewnego bardzo konkretnego nazwiska.

Jak się niektórzy mogą domyślić odnalazłem je tam.

Daniel Stern – brak ocen u Pointer – ciekawe czemu?

Czyżby postawiła mu pałę?

Znaczy nie, dostał pałę...

Cholera >< dobra, nie ważne, wiadomo o co biega – zadzwonił dzwonek i ruszyłem na lekcje.

Dobrze, że dziś miałem akurat z nim zastępstwo za Kate.

Hmmm przypadek?

Nie sądzę – wpuściłem klasę do sali, sprawdziłem listę i puściłem jakiś edukacyjny film, chyba o podtopieniach, po czym zacząłem po kolei wyzywać do siebie osoby z kartki.

 - Danielu, wyjaśnisz mi czemu brakuje ci ocen z biologii? - spytałem spokojnym, ciepłym głosem, starając się nie patrzeć w te jego cudne, brazowe oczy.

 - Ja, znaczy no... bo nie poszedł mi ostatni test i no... pani Pointer powiedziała, że mi go nie wpisze bo to by mi spieprzyło szansę na zdanie przedmiotu...

 - Danielu – upomniałem go i tu był mój błąd, bo utonąłem w tych dwóch czekoladowych oceanach – Em... - zatkało mnie na moment ale zaraz odzyskałem rezon – nie wypada tak brzydko mówić zwłaszcza przy nauczycielu.

 - Przepraszam – nastolatek wyraźnie się zawstydził – ale pani Pointer wyraźnie tak powiedziała -

miał takie cudownie zaróżowione policzki, zupełnie jak by przed chwilą zjadł czyjeś ciastko i strasznie się tego wstydził – Ja na prawdę nie chciałem być wobec pana wulgarny...

On i wulgarny, no ciekawe rzeczy sobie pomyślałem ale w tamtej chwili musiałem wyjść ze swoich cudnych fantazji i zająć się problemem chłopaka.

 - Spokojnie, rozumiem. A kiedy poprawka? - zaciekawiłem się szybko zerkając do dziennika.

Chłopak poza dwoma trójami z odpowiedzi świecił samymi gałami.

 - Tuż przed zebraniem – stwierdził, przełykając ślinę, a widząc mój pytający wzrok dodał – z kośćca.

 - Tylko z tego? - zaciekawiłem się.

W końcu no hello byłem na studiach i to i owo jeszcze pamiętałem a propos ludzkiej anatomii, a zwłaszcza kości.

 - Tak – nerwowo oblizał lewy kącik ust – ale zupełnie nie wiem jak się do tego zabrać.

Toś wpadł jak śliwka w kompot – pomyślałem z zadowoleniem.

 - Przyjdź jutro po lekcjach do mojego kantorka, coś poradzimy.

 - Jak to? - chyba go lekko wybiłem z rytmu.

 - Zwyczajnie, naszykuje ci parę książek i spróbuję nauczyć na tyle na ile mogę przez te kilka dni.

 - Naprawdę!? Dziękuje panu! - rzucił mi się na szyję co na prawdę uwierzcie mi było cudownym uczuciem.

Obijałem go i przez krótki moment wdychałem jego cudny zapach,

Chyba użył szamponu bananowego, bo pachniał jak świeży, jędrny owoc, który....

Intensywną chwilę mojej wewnętrznej radości przerwał niestety dzwonek.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31