cz.2
29th Novemebr
Jechałem do pracy. Samochód
chwilowo był na przeglądzie więc wziąłem autobus. Miło ze strony Brendy, że
mnie przy okazji zabrała z przystanku.
Brenda Seder to kierowca szkolnego
autobusu. Miła na oko czterdziestoletnia murzynka z wydatnymi ustami i
okazałymi piersiami. Zawsze miła, pogodna. No przeciętny kierowca autobusu.
Znaczy prawie przeciętny...
- Mogła by pani ściszyć ten łomot!? - zapytała
jakaś dziewczyna z pierwszego siedzenia.
Oho, zaczyna się...
- Mój autobus, moja muzyka – rzekła, po czym
jeszcze podkręciła lecący z głośników metal.
Tak więc przy grzmotach i wyciach
jakiejś tego typu kapeli zajechałem przed budynek szkoły. Już na progu
przywitała mnie osypująca się z futryny farba.
Dyro cały czas skąpi na ręczniki
papierowe w kiblach, nie mówiąc już o remoncie. Wszedłem na ciemny korytarz.
Czyżby znów korki wywaliło –
pomyślałem, kierując się do kantorka.
Na szczęście w połowie drogi stała
się światłość i bezpiecznie dotarłem do celu.
W pokoju spotkałem rozbierającą się
Kate.
Kate
to także nauczycielka wf'u. Karter ubiera się często jak nastolatka skutkiem
czego rodzice uczniów biorą ją za gówniarę zaraz po studiach.
No
bo powiedzcie czy wzbudziła by w was zaufanie panienka w różowej miniówie,
czarnym t-shercie z dekoltem do pępka i tęczowych rajstopkach?
No właśnie. Cała Kate...
- Hej Pedro z kim dziś masz zastępstwo? -
zadźwięczała czerwonowłosa swym zdecydowanie za słodkim głosikiem.
- Z siódmą C.
- Znaczy szesnastolatki?
Kiwnąłem głową.
- Uważaj bo to wyjątkowe łamagi. A i nie wierz
dziewczynom. Jak ci powiedzą, że mają okres to nie odsyłaj ich do szatni bo
zwieją na kawkę.
- Ok, spoko – kiwnąłem głową.
- To ja lecę, trzeba pogonić towarzystwo –
zatarła radośnie ręce.
Westchnąłem, przechodząc do szatni
i ubrałem się w swój kochany dresik.
Za chwilę do kantorka wpadła jakaś
cycata blondzia.
- Panie profesorze, czekamy – zatrzepotała
rzęsami.
Czemu one wszystkie próbują mnie
podrywać? Co jest ciekawego w prostych, niebieskich oczach, krótkich,
kręconych, czarnych włosach i bródce w szpic?
- Już do was idę – wziąłem swój niebieski
notatnik i ruszyłem za dziewczyną.
Po sprawdzeniu listy oraz
dowiedzeniu się co ostatnio robiły, zarządziłem rozgrzewkę, a potem skok przez
kozła.
- Proszę pana... a my mamy no ten.... no... niedyspozycję
– powiedziały do mnie dwie dziunie pruszące na prawo i lewo pudrem.
- Doprawdy? - uniosłem jedną brew.
- No... no tak!
- W takim razie zapraszam na ławkę.
- Dobra idziemy do szatni – ucieszyły się
nastolatki.
- Na ławkę... na trybunie – sprostowałem.
- Ale...
- No chyba, że nie macie niedyspozycji i
zamierzacie ćwiczyć.
Ich wściekłe miny były bezcenne.
Takiej konsternacji dawno nie widziałem.
- Najpierw bieganie cztery kółka, potem
przysiady, pompki, brzuszki... Dziewczynki proszę telefony do mnie to lekcja
Wychowania Fizycznego, a nie informatyki – zawołałem do tych na trybunach.
- Ale to co my mamy robić!? - zapiszczały.
- Odpoczywać.
- Mrrr... może da się pan profesor jednak
przekonać? - zapytała ta bardziej cycata, figlarnie przygryzając wargę.
- Nie – odparłam, zabierając im obu najnowsze
srajfoeny.
Kobiety to zdecydowanie nie moja
domena -,-
Po rozgrzewce ustawiłem ładnie
kozła oraz materac. Nie wymagałem od nich niewiadomo czego, od przeskoku z
rozbiegu bokiem. Najpierw oczywiście zademonstrowałem ćwiczenie. Nie ukrywam,
że zrobiłem im psikusa stając na moment na rekach i przeskakując z fikołkiem.
Ach, te westchnienia zachwytu i szepty uznania.
- Panie pesorze czy jest pan pewny, że my mamy
to wykonać? - usłyszałem z tyłu jakiegoś szerszego niż ustawa przewiduje
chłopca.
- Nie, no co wy – zaśmiałem się – wy macie
zrobić tylko tak – przeskoczyłem kozła w zwykły sposób.
Słyszałem oddechy ulgi kilku osóbek
z nadwagą.
- No więc, do pracy rodacy! Po kolei i na
spokojnie.
Najpierw przeskoczyły dwie
ciemnoskóre dziewczynki. Za nimi susa dał wysoki rudzielec i tak dalej... aż do
ostatniego ucznia. Dzieciak był chudy jak szkapa, oczy podkrążone. Miałem
wrażenia, że nie jest do końca przytomny na mojej lekcji. Wziął krótki rozbieg
i...
- O Boże! - pisnęła jakaś dziewczyna, gdy
nastolatek przydzwonił ciałem w drewniane pudło.
Natychmiast podbiegłem do
poszkodowanego. Z nosa poszła mu krew, narzekał też na jakiś okropny ból w
krzyżu.
- Dajcie chusteczki i przynieście lodu z
zamrażarki! - zawołałem do dziewczynek, rzucając im kluczyk od kantorka – Nic
ci nie jest? - spytałem – nie podnoś się – jakaś dziewczyna dała nam chustki –
przyłóż do nosa i połóż głowę bokiem – rzekłem, układając go na materacu.
Począłem badać kręgi podwijając mu
koszulkę.
Miał taką miękką skórę – pomyślałem
przejeżdżając powoli palcami po kościach.
- Powiedz gdy zaboli – poprosiłem.
Najpierw milczał gdy sprawdzałem
kręgi szyjne, gdy zjechałem niżej, między łopatki zachichotał cicho.
- Ma pan strasznie ziemne ręce - stwierdził
rozbawiony.
- Znaczy czucie jest w normie – uśmiechnąłem
się sunąc palcami dalej w dół.
Poczułem w połowie drogie niezdrowa
ekscytację tą stacją. Nie był to dobry sygnał, a już zwłaszcza nie w pracy.
Muszę przerwać - pomyślałem,
nieświadomie uciskając jeden z kręgów.
- Tu! Boli! - zawołał.
Kiwnąłem z ulgą głową i zabrałem
dłoń.
- To tylko zbicie, może poboleć parę dni –
rozejrzałem się po sali – macie ten lód?
- Już! - podbiegła do mnie dziewczyna,
poprawiając owiniętą wokół bryłki szmatkę.
- Usiądź sobie na ławce, głowę pochyl i
trzymaj przy karku – powiedziałem do bruneta.
Ten momentalnie wykonał moje
polecenie, a ja tymczasem zacząłem szukać sposobu, aby pozbyć się lekko
cisnącego majtki problemu.
Pamiętniczku nawet nie zdajesz
sobie sprawy jak bardzo się cieszę z noszenia ciut zadużych dresów
- Zagrajcie w dwa ognie – rzuciłem, sięgając
do kosza z piłkami – idę do toalety, zaraz wrócę – powiedziałem prawieże
wybiegając z sali.
***
Może powinienem poszukać sobie
innej pracy – pomyślałem idąc na radę pedagogiczną – mam tu trochę jak
alkoholik w monopolowym. Niby mi nie wolno, niby wiem co mnie za to czeka, ale
mimo wszystko ciągnie jak...
Cholera! Zapomniałem swojego
notatnika. Jeśli nie przepisze z niego listy obecności to dyrektor mnie
zatłucze!
Pędem wróciłem do kantorka i
zacząłem szukać zeszytu. Problem polegał jednak na tym, że nigdzie go nie było.
Ani w mojej szafce, ani na biurku, ani w szufladzie... normalnie jak by zapadł
się pod ziemię albo...
Odgarnąłem jak zwykle nieschowane
rzeczy Kate z jednego z krzeseł. No jasne, czego się mogłem spodziewać. Mój
zeszyt pogrzebała ubraniowa lawina Karter.
Biegnąc na radę przypadkiem wpadłem
na Irene. Znaczy tak myślę, że to była ona chodź biorąc pod uwagę maskę
przeciwgazową jaką założyła nie mogłem być tego do końca pewny.
- Co ty robisz? - zdziwiłem się.
- Uczniowie rozlali w mojej pracowni jeden z
preparatów i jedzie jak siedem nieszczęść. Jeszcze trochę i nie tylko oślepnę
ale i stracę węch – powiedziała zdejmując maskę, spod której wyłoniły się
szaroczarne włosy oraz niebieskie ocz... znaczy oko.
Pointer jest bowiem na jedno ślepa.
Nikt właściwie nie wie z jakiego powodu bo za każdym razem gdy się jej pyta
podaje inną przyczynę.
- Znowu piłaś? - kichnąłem, czując wiejący od
niej zapach alkoholu.
- No coś ty – powiedziała oblizując suche usta
– to ten pieprzony preparat.
Westchnąłem i we dwoje ruszyliśmy
do pokoju nauczycielskiego, gdzie czekała na nas reszta kadry.
Dyrektor zachwycał się oczywiście
naszymi ostatnimi wynikami. Znaczy większości z nas.
- Może mi pani wytłumaczyć panno Pointer czemu
oceny z biologii w naszej placówce lecą na łeb na szyję?
- Bo dzieciaki są tępe, nieużyte i leniwe? -
wzruszyła ramionami brunetka.
- Oho, zaczyna się – Kate sięgnęła po skitrany
w torbie popcorn.
Jeszcze chwila i pewnie wyjmie z
tej torebki jeszcze dużą colę light oraz nachosy – pomyślałem kręcąc głową.
- A może to pani za słabo tłumaczy!?
- Tak, za słabo tłumacze im jak mają pisać
odpowiedzi na testach – widziałem jak kilkoro anglistów ucieka gdzieś wzrokiem.
- Ale... co to za zapach!? Proszę opróżnić
kieszenie! - nakazał twardo Oliver.
Irene powoli zaczęła wyjmować
rozmaite ciekawe przedmioty z dżinsowej kurtki na biurko. Znaczy nie że dowód osobisty
czy portfel ale na przykład: papier ścierny, karmę dla rybek, kawałek kości,
kombinerki, tabletki na prostatę, solniczkę, podręczny słownik języka
litewskiego i na koniec...
- Piersiówka?
- Sole trzeźwiące – poprawiła go nauczycielka.
- Doprawdy? Ma mnie pani za takiego kretyna?
- Mam, ale chętnie się w tym upewnię –
zachęciła biologica.
Dyrektor czerwony jak burak,
momentalnie odkorkował i nawet nie wąchając wypił trzy łyki, po czym padł.
Trzech biednych sanitariuszy miało
problem z przełożeniem go na nosze. Oj, zdaję się, że Walter będzie miał przy
nim co robić...
***
Po wydarzeniach w pokoju
nauczycielskim z radością poszedłem na lekcję do swojej normalnej klasy.
Oczywiście byłem gotowy na pytania skąd się wzięła karetka, ale miałem szczerą
nadzieję na to, iż nie będę musiał niczego wyjaśniać.
Chłopaki przywitali mnie bojowymi
okrzykami.
- To co trenerze? W kosza?
- Nie, dziś macie zaliczenia z rzutu piłką
lekarską – obwiesiłem im po sprawdzeniu listy.
- A potem w kosza? - upewnili się dwaj
najbardziej napakowani testosteronem Afroamerykanie.
- Tak – kiwnąłem głową.
- Łu, łu, łu KOSZYKÓWKA! - ucieszyła się
klasa.
Czasami mam wrażenie, że pracuję w
jakimś zoo z gorylami zamiast dzieci...
Wyjąłem piłki, a dzieciakom
nakazałem rozgrzewkę. Dzieciakom, phi, dobre sobie. Te byki mogły by mi robić
za starsze rodzeństwo. Nie mniej grzecznie wykonali moje polecenie i niebawem
stanęli w kolejce do zaliczenia. Każdy miał po pięć rzutów zza linii, a ja jak
to zwykle przy takich rzeczach zbierałem piłki. I wszystko było by dobrze gdyby
nie ich pośpiech.
- Trenerze łap! - zawołał najwyższy z nich
ciskając w moim kierunku jedną z piłek.
- Trenerze uważaj! - usłyszałem tuż przed dym
nim nadleciały jeszcze trzy piłki.
Leżałem na ziemi z wielkim guzem na
czole trzymając się za krocze i zwijając z bólu.
- Trenerze wszystko gra?
Nie byłem w stanie odpowiedzieć,
zgadnij pamiętniczku czemu... bo na pewno nie dlatego, że oberwałem trzema
pięciokilogramowymi piłkami...
- Sony, leć po higienistkę!
Och jakie mądre dzieci ^^
- Ktoś nam musi sędziować, nie!
Pozostawię to bez komentarza... -,-
***
- Wie pan co, troszkę mi szkoda na pana
bandaży bo tu właściwie nie ma co bandażować – ozwała się nasza kochana pani
higienistka Ruth.
Kiwnąłem głową. Racja, pewnie poda
mi zaraz jakiś środek przeciw bólowy i będzie cacuś – pomyślałem oglądając
mieniący się od plam sufit gabinetu.
- Tabletek też właściwie na pana szkoda, bo to
niebawem minie – stwierdziła Cukerman.
- Dobrze, też w sumie racja, tylko ten obrzęk...
- Obrzęk, obrzęk... dała bym panu maść... –
zaczęła żydówka.
Nareszcie – pomyślałem z ulgą.
- Ale właściwie to po co jak zaraz i on sobie
pójdzie – stwierdziła brunetka.
- A syrop?
- Skończył się.
- Plastry chłodzące?
- Wyszły.
- No a.... -
- Nie ma.
- A co jest!?
- Ja i herbatka uspokajająca, chce pan? Tylko
bez cukru bo też się niestety skończył.
Teraz już wiem czemu Hitler tak
bardzo nienawidził żydów.
***
- Halo? Walter?
- Panie Hell ktoś do pana – usłyszałem
przyjemny, damski głos.
- Nie Hell tylko Hill. Daj go – rozbrzmiał w
oddali Walter – Czego? - zapytał prawie uprzejmie.
- Nie przeszkadzam?
- Nie, no co ty... podaj mi to! No, słucham?
- Em... Czy mógł byś mi przygotować receptę
jakąś taką, no wiesz, na uspokojenie...
- Ciężki dzień w pracy? - zachichotał
staruszek.
- No, dzieciaki trochę zbyt żywiołowo podeszły
do zajęć z rzutu piłką lekarską.
- Niech no zgadnę gdzie trafiły... siostro
podaj wacik.
- Ta... dokładnie tam.
- No, to chyba nie na uspokojenie, tylko przeciwbólowe,
nie?
- W sumie jedne i drugie, a i masz może
przypadkiem coś na obniżenie libido?
- Obniżenie? Musiałbym chwilę... debilu czy ja o to prosiłem!? Nie, to odłóż
skalpel w cholerę!
- Czy ty rozmawiasz ze mną w czasie operacji!?
- zapytałem zszokowany.
- Tak, a co? Przytrzymaj mi go w tej
pozycji...
- Ale on się budzi! - usłyszałem znów kobietę.
- To go uśpij!
- Jak!? - zapiszczała zdenerwowana
pielęgniarka.
- Zaśpiewaj mu kołysankę, myśl kretynko! Gazem
go!
- To ja może... - zacząłem ale przerwały mi
krzyki.
- Tracimy go! Tracimy!
- To go łapcie! - wrzasnął Walter.
- Zadzwonię później... - powiedziałem
odsuwając słuchawkę od ucha.
Przysięgam, że nigdy więcej nie
zadzwonię do niego na komórkę!
***
Była przerwa obiadowa. Nieco obolały
stanąłem sobie grzecznie w kolejeczce do okienka gdzie przemiła pani kucharka
wydawała posiłki. Dziś wyjątkowo miał być schabowy, frytki no i mizeria ale
mnie najbardziej interesowały te pierwsze dwie części. Przede mną stała jedna z
anglistek, która razem ze mną prowadziła klasę ósmą A.
- Mam nadzieję, że dziś dadzą coś bezmięsnego
– westchnęła blondynka, poprawiając swój naszyjnik z pacyfką.
- Oj, boję się, że nie bardzo – powiedziałem
to pół głosem, akurat gdy dostała danie.
- Co to jest!?
- Shabowy, fryty, surówka – przewróciła oczami
kucharka.
- Chcę wege – zażądała stanowczo hipiska.
- Ok, wege raz! - kucharka zawołała do zespołu
i za chwilę podała anglistce talerz z rybą.
- WE-GE czy pani wie jak bardzo cierpiała ta
rybka!? Nie chcę mieć jej na sumieniu! Ani tym bardziej tych zwierzątek co
posłużyły za tłuszcz do tych okropnych skrawków – wskazała na frytki.
Kucharka westchnęła, po czym
zsunęła rybę oraz frytki na talerz ze schabowym i oddała jej samą mizerię.
- Następny! Też jakieś specjalne życzenia? -
warknęła na mnie lekko zirytowana kobieta.
- Ani jednego – uśmiechnąłem się czarująco,
zabierając talerz z podwójną porcją dobrych rzeczy.
Ha! jak raz moje na wierzchu!
***
Szukałem Waltera z drobną sprawą,
chyba chodziło o tabletki na uspokojenie, czy coś w ten deseń. Pielęgniarka
zaproponowała bym rozejrzał się w prosektorium, gdyż tam się najczęściej ukrywa
przed pacjentami. Podziękowałem jej i skierowałem się do królestwa truposzy.
Minąłem kilka korytarzy oraz niezliczoną ilość sal zabiegowych, aż dotarłem do
wielkich, stalowych drzwi. Wziąłem głęboki oddech, pchnąłem je i... naprawdę
mogłem sobie oszczędzić tego widoku.
- Nie widzisz, kretynie, że jestem zajęty!? -
warknął Walter, w pośpiechu podciągając spodnie.
- Ale to było.... Ble! Pojebało cię?! Z
trupem?! I te choroby! - wrzasnąłem na całe prosektorium.
- A tam choroby, to co tu widzisz to akurat
wyraz czystej głupoty. Skok z mostu – oblizał lubieżnie wargi – a teraz gadaj
czego chcesz bo mi pacjent stygnie?
- No - zacząłem niepewnie - te tabletki co mi
obiecałeś...- rzekłem, śledząc każdy jego ruch.
- W moim wieku wiele rzeczy się zapomina –
uśmiechnął się przepraszająco i sięgnął po kitel, by za chwile wydobyć z niego
receptę.
Kurcze, zazdroszczę mu. Może się
wyładować nie robiąc nikomu krzywdy. Znaczy bezczeszczenie ciał jest ohydne,
ale one już właściwie niczego nie czują, a w jego wieku to chyba jedyna
rozrywka...
- Walter...
- Czego znowu?
- A właściwie ile ty masz lat?
- Uwierz mi pedałku, że nie jestem w twoim
typie. Ponad sześćdziesiąt – podpisał się i podał mi papier.
I tak się właśnie dowiedziałem, że
mój znajomy lekarz jest nekrofilem.
Zajebisty koniec zajebistego dnia!
-,-

Komentarze
Prześlij komentarz