cz.5


December 18 th

 

Wszystkie powieszone w korytarzu ledowe lampki wskazywały, iż zbliżał się nieubłaganie czas klasowych wigilii. Lubię święta, w prawdzie śnieg nie pada tylko jest plucha ale za to ludzie w szkole zaczynają się tak jakoś milej do siebie odnosić i ogólnie robi się taka jakby rodzinna atmosfera.

Jak się najbliżsi ciebie wyrzekną to zawsze jest chociaż ta namiastka, nie?

Czasami tęsknię za Janet, za Tomem mniej, ale za nią bardzo.

Janet to moja młodsza siostra, jedyna która po feralnym dniu wywalenia mnie z domu przez ojca próbowała jeszcze się jakoś kontaktować.

Teraz telefon milczy z obu stron, z resztą nie dziwne po tym co jej powiedziałem.

Że nie potrzebuję jej litości... Ergh...

 

Było minęło, trzeba żyć dalej.

 

 - Pedro podsadzisz mnie! - usłyszałem za sobą Kate trzymającą jakąś świąteczną dekorację.

 - Jasne – kiwnąłem głową i podszedłem by za chwilę pomóc jej się wtarabanić na moje ramiona.

Była zaskakująco leciutka mimo wrąbania w kantorku chyba sześciu jogurtów.

 - W lewo, Pedro trochę w lewo.

 - Ok – wykonałem polecenie.

 - Nie w to lewo, to drugie!

 - To się nazywa prawo.

 - Ok, to teraz daj w to drugie prawo i bliżej bo nie sięgam do gwoździka.

Westchnąłem i znów się nieco przesunąłem.

 - Idealnie – ucieszyła się – oj, czekaj – wychyliła się do tyłu i jeszcze raz sprawdziła – perfekt – uniosła dłonie do góry jeszcze bardziej się odchylając. Ja straciłem równowagę i za chwilę oboje wylądowaliśmy na podłodze u stóp Olivera.

 - Nie płace wam za wylegiwanie się – prychnął – a i macie, żona zrobiła nadmiar – podał nam brytfankę z ciastem kajmakowym.

 - Och, panie dyrektorze, nie trzeba było – zaszczebiotała Karter momentalnie wracając do pozycji pionowej.

 - Żona kazała – wzruszyła ramionami MacMillan.

 - Jaka mądra i wspaniała kobieta...

Oho, zaczyna się...

 - Ale czymże była by kobieta bez tak cudownego mężczyzny u swego boku.

 - Oj, tam zaraz cudownego – na twarzy mężczyzny mimo zarostu zagościły rumieńce.

 - Cudownego i wspaniałomyślnego skoro postanowił podzielić się takim wypiekiem z własnymi pracownikami.

Włazidupstwo level hard – pomyślałem, zabierając dziennik i wybywając cichcem na lekcje.

 

***

 

Wracałem korytarzem z toalety, nucąc sobie radośnie pod nosem „Last Christmas”. Minąłem salę od języków i już miałem skręcić na schody kiedy usłyszałem pewną rozmowę.

 - Ja daję zaproszenie, ty mówisz.

 - Nie!

Ten głos!

 - Ty mówisz! Znasz ją dłużnej i lepiej bajerujesz.

Czyżby to był Ten Nowy?

 - Strach cię obleciał za te stringi, co?

 - Wal się, nikt mi nie powiedział, że Green to nauczycielka.

 - Cykor!

 - Głąb!

 - Czegoś chcieliście chłopcy? - usłyszałem naszą drogą obrończynię uciśnionych schaboszczaków.

 - Nie, znaczy... tak – bąknął szatyn.

 - Pragniemy zaprosić panią na wigilie klasówą, która jak pani pewnie wie odbędzie się dwudziestego drugiego w pani sali – oświadczył przewodniczący klasy.

 - Och, jakie to słodkie z waszej strony Martin'ie. Dziękuję Daniel'u.

Daniel, jakie piękne imię - zachwyciłem się w myślach.

 - Oczywiście, że przyjdę w końcu jestem wychowawcą – powiedziała dumnie – a teraz lećcie chłopcy na lekcje, no już.

Nastolatkowie minęli mnie, bez słowa znikając na schodach.

To miłe z ich strony, ja pewnie będę miał tylko nauczycielską i tyle.

No, chyba, że Walter zaprosi mnie do domu na pierogi i mecz. Albo może ja go zaproszę? Zawsze to milej z kimś spędzić święta niż znowu samemu.

Stary kawaler z kotem...

 

***

 

Próbując się nieco pocieszyć przed kolejną lekcją wrąbałem dwa kawałki świątecznego ciasta i ruszyłem na zajęcia. Cały czas myślałem nad tym czy jako wicewychowawca też zostanę przez nich zaproszony. Znaczy niby obecnie nie miałem z nimi WF'ów i prócz przerw się w ogóle z nimi nie widywałem, ale wciąż miałem nadzieję, że może jednak będą o mnie pamiętać... tak chociaż troszkę...

 - Zapraszamy panią, pani Karter na naszą Wigilię klasową, która odbędzie się dwudziestego drugiego w sali czterdzieści sześć – usłyszałam radosne głosy dwóch czwartoklasistów.

Nie wytrzymałem, wróciłem się po trzeci kawałek ciasta kajmakowego.

 

***

 

Lekko spóźniony wparowałem na salę taneczną. A raczej pokoju z lustrami i dwiema odpadającymi od ściany, stalowymi barierkami. Tam czekały już na mnie dziewczyny z E klasy. Jedna z nich nerwowo miętoliła jakąś kopertę.

 - Przepraszam panie Delashit...

 - Słucham? - już miałem nadzieję, że może to zaproszenie jest dla mnie, dlatego przebrałem firmowy uśmiech numer sześć i pochyliłem się w jej kierunku.

 - Czy będziemy mogły z koleżanką wyjść dziesięć minut przed dzwonkiem? Bo chciałybyśmy zanieść zaproszenie na Wigilię panu Fosterowi.

Zamrugałem w zdziwieniu parę razy nim dotarł do mnie sens ich słów.

Naprawdę!? Chcecie zanieść zaproszenie temu pieprzonemu chemikowi! Serio!? ><

 - Ależ oczywiście – odparłem nie zmieniając wyrazu twarzy, choć wewnątrz się we mnie gotowało.

 - No, to co dziewczyny, Fitness? - zawołała radośnie ta z zaproszeniem do reszty grupy.

Oj już ja wam dam fitness! Przez tydzień będą was bolały takie partie mięśni o jakich nie miałyście pojęcia, że w ogóle istnieją. Zobaczycie!

 

***

 

 - Poprosiłem was do siebie w ważnej sprawie – zaczął McMillan kiedy wszedłem do jego gabinetu.

 - No? - burknęła Pointer.

 - Ktoś musi wybrać świąteczną choinkę do holu, a ponieważ mam masę pracy niestety nie mogę tego zrobić. Wy zaś macie okienko więc w ciągu tej wolnej godziny wybralibyście się do składu za boiskiem i wybrali jakieś świąteczne drzewko.

 - Um, ok... - powiedziałem oglądając się na Irene i stojącą obok niej Lis.

 - A musi to być żywe drzewko? Nie możemy kupić plastikowego? - Zapytała Green.

 - Będzie drożej – skrzywił się Oliver.

 - Ale na wiele lat!

 - Przy naszych uczniach maks na dwa – zarechotała brunetka.

 - Macie kupić żywe i koniec dyskusji! - zirytował się McMillan.

 - To widzimy się przy drzwiach wyjściowych - westchnąłem.

Dziewczyny pokiwały głowami.

 

Za jakieś pięć minut gotowi do drogi czekaliśmy z Pointer już tylko na Green.

 - Co jej do cholery tyle zajmuje? - warknęła Irene, poprawiając swą skórzaną kurtkę.

 - Nie wiem – odparłem rozpinając nieco swoją bluzę.

Wreszcie dołączyła do nas nasza droga Greenpeac i mogliśmy ruszyć.

 - Więcej polarów nie było? - zarechotała jednooka.

 - Zimno jest – stwierdziła blondynka dopinając puchówkę.

 - Jest dziesięć stopni!

 - Zimno – powtórzyła Lis, zawiązując szczelniej szalik.

Przewierciłem oczami. Czy kobiety zawsze tak marudzą?

 

Po niedługim czasie dotarliśmy na parking gdzie stała fura sprzedawcy choinek. Facet przebrany za świętego mikołaja kręcił się między opartymi o parkan iglakami i dzwoniąc wielkim dzwonkiem nawoływał do zakupów.

 - Jak duża ma być ta choinka? - spytałem pointer.

 - Idzie na główny korytarz to tak ze trzy metry spokojnie.

 - Ho ho ho byliście grzecznymi dziećmi? W czym mogę pomóc?

 - Chcielibyśmy choineczkę – uśmiechnęła się Lis.

Widziałem jak Pointer wywraca ocz...znaczy okiem.

 - Ho ho ho, a jaką byś chciała dziewczynko choineczkę?

 - No...

 - Dużą, trzy metry wysokość, promień gałęzi minimum półtora, jodłę, najlepiej z gatunku Abies amabilis Douglas ex J. Forbes – przerwała jej Pointer, mierząc sprzedawcę nieprzychylnym wzrokiem – ma pan?

 - Em, no.... znaczy... jodły są tam – machnął ręką gdzie na koniec szpalera drzewek.

 - Chodźcie dziewczyny – zawołałem podchodząc do wskazanych iglaków.

Pointer podążyła w moje ślady, a za nami potruchtała Lis.

 - Mała, mała, mała - warczała pod nosem Irene, oglądając kolejne drzewa - o ta może być - pokazała olbrzymią ponad czterometrową Jodłę.

 - Chyba sobie żartujesz, to za duże na korytarz, po za tym w stojak nam się nie zmieści - zaprotestowałem.

 - Damy Green to nam ładnie okoruje - zachichotała jednooka.

 - Chyba ty - burknęła oburzona Lis.

 - A ta? - wskazałem na ustawioną w rogu ostatnią choinkę.

 - Podnieś - kazała bruneta, oglądając już grubość pnia.

Wykonałem polecenie stawiając drzewko do pionu.

 - No i? - spytałem spomiędzy gałęzi.

 - Jest piękna - zachwyciła się Lis - i taka zielona.

 - Świeżo ścięta - oceniła biologica - na moje oko ujdzie, a co ty myślisz Pedro?

Objąłem szczelniej iglaka i uniosłem.

 - Jest ok - powiedziałem z uśmiechem.

 - Panie mikołaju! - zawołała radośnie Green – to poprosimy tę – zaszczebiotała.

 - Ile płacimy? - warknęła Irene

 - Pięćset osiemdziesiąt dolarów – rzucił sprzedawca.

Zakrztusiłem się śliną. Dyro nigdy się nie zgodzi na taką cenę.

 - Niedosłyszałam – powiedziała chłodno Pointer – pięćdziesiąt pięć albo idziemy na inne stoisko.

Mikołaj wybuchnął śmiechem.

 - Mogę wam maksymalnie obniżyć do siedemdziesięciu ośmiu.

 - Pedro, ile ci zajmie zadzwonienie do dyrektora i przekazanie mu, że w niewyjaśnionych okolicznościach spłonął skład choinek?

 - Co pani mówi!?

 - A ja wiem... zanim wrócę do kantorka, zanim znajdę telefon... z pół godziny... - odparłem po chwili namysłu.

 - Bo widzi pan jakieś nieupilnowane przeze mnie lub kolegów dziecko może przypadkiem podpalić panu te wszystkie drzewka. Wie pan jakie te dzieci bywają lekkomyślne – uśmiechnęła się szyderczo jednooka.

 - To szantaż! - wykrzyknął mikołaj.

 - Ależ skąd, to tylko uprzejme ostrzeżenie...

 - A bierzcie sobie tę choinkę w diabły! Sześćdziesiąt!

 - Lis, zapłać panu – rzuciła nasza negocjatorka, pomagając mi w zarzuceniu sobie drzewka na ramię.

 - Dziękujemy mikołajku – zapiszczała szczęśliwa Green, przytulając się do grubaśnego brzucha sprzedawcy.

 

Wróciliśmy. Wszystko w porządku, woźna przygotowała dla nas pudełka z ozdobami. Ba, nawet z piwnicy stojak przyniosła ale żeby nam pomóc w ubieraniu to już nie było komu.

 - No dobra, trzeba ją ustawić – zadecydowała Lis, odsuwając stojak pod ścianę.

 - Ale tu nie będzie miała światła – warknęła Irene, przesuwając metalową konstrukcję bliżej okna.

 - Tu będzie źle wyglądać...

 - Sama będziesz za chwilę źle wyglądać jak nie będzie pod oknem!

W czasie gdy dziewczyny zaczęły kłótnie o stojak ja postanowiłem odstawić choinkę gdyż ta zaczęła mi już powoli ciążyć.

 - Ej, góro mięsa – usłyszałem za sobą irytujący pisk chemika – Suń si...

Chyba obracając się ”przypadkiem” jebnąłem go drzewkiem w ryj.

Och jej.... jakże mi przykro...

Blondyn upadł na ziemię i złapał się za rozkrwawioną twarz.

 - Mój biedny nosek! - jęknął, zwijając się na podłodze z bólu – zapłacisz mi za to!

 - Och, przepraszam nie chciałem...

W rzeczywistości chciałem mocniej ale nie wyszło.

Chemik pokazał mi język i zwiał.

 - Pedro co ty tam wyczyniasz!? - usłyszałem za sobą Pointer.

 - Ja? Ja nic – udałem totalne niewiniątko.

 - Czyżby?

Aż poczułem jak przeszywa mnie wzrokiem.

 - Postaw choinkę w stojaku – nakazała.

 - Green się w końcu zgodziła by stała pod oknem? - spytałem zdziwiony.

 - Sikający głosu nie mają – uśmiechnęła się złośliwie, a mnie przeszły dreszcze.

 

Zaczęliśmy wypakowywać ozdoby i powoli zakładać je na biedne drzewko. Irene z tego co zauważyłem nie miała jakichś obiekcji co do koloru bombek, po prostu wieszała je jak leci, przez co choinka po paru chwilach wyglądała jak... no cóż taka trochę zmielona tęcza.

 - I co myślisz? - spytała biologica, gdy drzewko było już do połowy ubrane.

 - Ja bym, no, trochę zmienił bo bombki nam się kończą.... i... - zacząłem ostrożnie.

 - O Boże, kto tak zmaltretował choinkę!? - usłyszałem za sobą Kate – spokojnie, pomogę wam. Zdejmijcie te bombki. Podzielimy je kolorystycznie i zawiesimy dopiero od pół metra w górę.

 - Ale... - zaczęła Pointer

 - Kochanie, ja mam dwoje oczu i widzę, że to źle wygląda. Więc pozwól mi się tym zająć, bo tak hojnie obdarzając dół drzewka, nie starczy wam nic na czubek.

Irene burknęła coś pod nosem ale nie oponowała. Czasami cieszę się, że mam Karter na pokładzie.

 - Pedro możesz mnie podsadzić? - spytała trzepocząc rzęsami z gwiazdą na czub w ręku.

Za chwilę zadzwonił dzwonek i na korytarz powoli zaczęły wylegać dzieciaki.

 - Przepraszam co państwo robią? - spytała jakaś pierwszoklasistka.

 - O! Obierają choinkę!

 - My też chcemy – i za chwilę mieliśmy całe stado pomocników.

Bez względu na to czy byli nam potrzebni czy nie czy robili to ostrożnie czy nie – pomagali, albo raczej próbowali pomagać.

Nie wspomnę już o dziewczynkach używających światełek jako skakanek. Albo o chłopcu, którego koledzy dokładnie owinęli włosiem anielskim i wyglądał jak mucha w kokonie pająka. Inną sprawą było zapobieganie rzucaniu się bombkami przez co po niektórych uczniów.

Najbardziej mnie jednak zdziwiło gdy dwie najspokojniejsze dziewczynki zaczęły szarpać się za włosy kłócąc o to, po której stronie choinki zawiesić jedynego w całej szkole aniołka.

Ubieranie choinki wywołuje tyle emocji...

 

***

 

Poczułem wibracje w kieszeni.

 - Jeszcze dwa kółka wokół sali! - zawołałem do dziewczyn, po czym odebrałem telefon - Halo? Słucham?

 - Robisz coś dzisiaj? - usłyszałem w telefonie zdenerwowanego Walter'a.

 - Nie, raczej nie, a co?

Dwie dziewczyny odwróciły się widząc, że z kimś gadam.

 - To widzimy się na obiedzie.

 - Myślałem, że jedziesz do rodziny...

 - Mówiłam ci Kendra, że on już kogoś ma – usłyszałem damski szept.

Najwyraźniej ktoś tu mnie podsłuchiwał.

 - Ale... - skrzywiła się koleżanka mówiącej.

 - Pewnie będą mieli randkę~

W myślach zobaczyłem siebie z Hill'em na kolacji, a potem na czymś w rodzaju sceny z Titanic'a.

Nope, zdecydowanie nope.

 - Zmiana planów – staruszek zgrzytnął zębami przywołując mnie do rzeczywistości – familia zwala się do mnie. Potrzebuję pomocy. DUŻO pomocy.

 - Czyżbyś nie radził sobie z odkurzaczem? - zachichotałem.

 - Nie drwij, zobaczymy jak ty będziesz sobie radził w moim wieku!

 - Dobra spokojnie, przyjadę tylko podaj adres.

 - Wyślę esemesem.

 

***

 

Pakowałem już rzeczy aby jechać do Hill. Porzuciłem nadzieję o zaproszeniu na Wigilię klasową i w ogóle na spotkanie z Danielem. Złożyłem dres i wpakowałem do szafki, którą następnie zamknąłem na klucz. Zabrałem z biurka telefon oraz torbę i skierowałem się na schody. Zerknąłem przy pokoju nauczycielskim na tablicę z zastępstwami.

Nic dla mnie nie ma – pomyślałem, przelatując wzrokiem po ciągu liter.

Spojrzałem tęsknie na rząd świetlówek i ruszyłem głównym korytarzem w stronę wyjścia. Minąłem naszą piękną choinkę, ledowe lampki, jakieś wycięte z papieru łańcuchy...

 - Panie Delashit!

 - Hm? - odwróciłem się w stronę, z której dobiegł głos.

W korytarzu stał Daniel oraz przewodniczący klasy.

 - Słucham?

 - Bo... no tego no... - szatyn odwrócił wzrok.

Martin przewrócił oczami.

 - Uroczyście pragniemy pana zaprosić na naszą klasową Wigilię, która odbędzie się dwudziestego drugiego grudnia w sali numer trzydzieści trzy – powiedział na jednym wydechu blondyn.

Czarnooki podał mi lekko zmięte zaproszenie, dalej unikając mojego wzroku.

Czyżby on się wstydził tamtego prezentu? - Uśmiechnąłem się, wyglądał tak uroczo z zaczerwienionymi policzkami.

 - Dziękuję wam chłopcy. Na pewno się pojawię. Coś mam przynieść?

 - Spokojna głowa, nic poza dobrym humorem – odparł swobodnie niebieskooki.

 - W takim razie macie to jak w banku, do zobaczenia na wigilii.

Dobrze, że szybko wyszedłem bo naprawdę miałem ochotę skakać z radości.

Idę na wigilie! Spotkam tam Daniela! :D

A kto wie, może nawet uda mi się obok niego usiąść?

Och, nie mogę się doczekać!

 

***

 

Zajechałem do Waltera w bardzo dobrym humorze. Po drodze kupiłem mu nawet nieco worków na śmieci i ze dwie gąbki.

To śmieszne ale jeszcze nigdy u niego nie byłem i właściwie nie wiem czego się spodziewać...

Jak się okazało Walter jak na cenionego chirurga przystało mieszkał w domu jednorodzinnym, pokrytym białym, a właściwie o tej godzinie szarym tynkiem. W oknach powieszone były zielone zasłony uniemożliwiające zajrzenie do środka, a od ulicy posiadłość doktora odgradzał wysoki, drewniany parkan z metalowymi szpikulcami na górze.

 - Fiu fiu – zagwizdałem, po czym podszedłem do furtki i nacisnąłem na domofon.

 - Akwizytorom dziękujemy - warknął staruszek.

 - Skoro taaak – udałem, że odchodzę.

 - Pedro? Wracaj! Chodź! - zabzyczały otwierane zamki.

Wszedłem na posesję i ruszyłem w kierunku dębowych drzwi, które po chwili z cichym zgrzytem otworzył staruszek.

 - Zapraszam – gestem pokazał mi przedpokój.

Wszedłem, zostawiając torby na dywanie. Zrzuciłem adidasy i odwiesiłem bluzę.

 - Na razie to nie wygląda tak źle – powiedziałem otwierając pakunki.

 - Na razie – westchnął staruszek, prowadząc mnie do dużego pokoju.

Tam powitała mnie ogromna głowa jelenia z zasłonami majtek na rozłożystych rogach, pod którymi powieszone były dwie ubrane w pajęczyny fuzje.

Po obu bokach trofeum straszyły zakurzonymi zębami dwa wypchane wilki na których suszyły się spodnie Hill'a.

Dalej zauważyłem jeszcze cztery czaszki saren i trzy lisie. Oczywiście wszystko w kurzu lub z powieszonymi na nich ubraniami

 - Um – lekko mnie zatkało – nie wiedziałem, że polujesz... - wykrztusiłem w końcu, zerkając na żyrandol złożony z jelenich rogów z poutykanymi tu i wódzie żarówkami.

 - Młodzieńczy wigor – zachichotał siwowłosy.

 - To może zacznijmy od tych ciuchów, a potem odkurzacz.

 - Uhum, chcesz herbaty?

 - Tak, z cytryną tylko bez cukru.

 - Z prądem?

 - Słucham?

 - Z alkoholem? - poprawił się okularnik.

 - Na razie bez – powiedziałem, biorąc się za zdejmowanie sznurków na bieliznę z jelenich rogów.

 - Potem pomógłbyś mi też z gotowaniem?

 - A nie umiesz?

 - Tak, znaczy nie.. oj no, Natasha zwykle gotowała, a od jej śmierci nie było tu Wigilii.

 - Ok, dobra, zobaczymy co da się zrobić... A Walter gdzie te ciuchy ci wsadzić?

 - Na razie rzuć do torby, jak będziesz potrzebował odkurzacza to jest za pralką w łazience – powiedział, znikając w mieszczącej się naprzeciwko salonu kuchni.

Pokiwałem głową i wróciłem do pracy. W sumie to nawet nie było tak źle. Nie wiem co mnie czeka w dalszej części domu ale na razie jeszcze tragicznie nie jest.

Z ciekawszych rzeczy jakie znalazłem w czasie sprzątania były szare slipki w czerwone serduszka oraz różowa koszula nocna z napisem „I love my mum”. Przy czym to ostatnie chyba należało do jego żony, a przynajmniej mam taką nadzieję.

Po uwolnieniu zwierzaków ruszyłem do łazienki, aby zmoczyć gąbkę no i przytachać sobie odkurzacz.

Jak się potem okazało Walter nie tylko w salonie miał masę trofeów. Na wejściu do łazienki  prawie walnąłem się głową w wypchanego pytona. Nieco dalej dostrzegłem umieszczone w krokodylich szczekach lustro oraz robiącego za szkatułkę na kosmetyki żółwia.

 - Walter na cholerę ci tyle tych martwych zwierzątek!?

 - Domyśl się – zachichotał staruszek, niosąc herbatę oraz jakieś przekąski do salonu.

Aż mnie przeszły dreszcze.

Pędem namoczyłem gąbkę i wyciągnąłem pokryty ponad pół centymetrową warstwą kurzu odkurzacz. Wytarłem go ze wszystkich stron, wykręciłem gąbkę, wziąłem jakąś miskę z odrobiną wody i wróciłem do dużego pokoju. Zmyłem kurz ze starych rodzinnych zdjęć.

Widziałem na nich znacznie młodszego i nawet powiedział bym przystojnego Hill'a z piękną żoną i... o matko! Aż czwórką dzieci. Nieźle się doktorek postarał, nie ma co.

Miał jednego syna i aż trzy córeczki. Wyglądały uroczo siedząc tacie na kolankach, gdy ten w skórze wilka pokazywał im coś w książce.

Ach, nie ma to jak rodzina – pomyślałem wracając do odkurzacza.

 - Gdzie jest kontakt?

 - Za bizonem.

Rozejrzałem się i dopiero po chwili dostrzegłem przyozdobiony bizonią skórą fotel. Podszedłem do niego, złapałem za podłokietniki i szarpnąłem. Ale mebel ani drgnął.

 - Pedro...

Zdziwiłem się nieco ale spróbowałem ponownie i znów bez widocznego efektu.

 - Pedro.

 - Moment - zaparłem się z całej siły i znów spróbowałem odsunąć fotel.

 - Pedro!

 - Co!?

 - Jego się nie odsuwa, jest przybity do podłogi.

 - To jak mam dotrzeć do kontaktu?

 - Wczołgać się pod niego.

Zajrzałem pod mebel, potem zerknąłem na Waltera i znów na fotel.

 - Na pewno jest, za lewą nogą – rzekł Hill, siorbiąc herbatkę.

Kiwnąłem głową i wykonałem polecenie. Za chwilę z odkurzacza wyleciał tuman pyłu.

 

Kiedy salon był doprowadzony do stanu używalności postanowiłem go nieco przyozdobić.

 - Walter, a gdzie masz bombki, świecidełka i te inne świąteczne precjoza?

 - Wybierz sobie albo strych albo piwnica.

Wybrałem piwnicę. Dostałem od doktorka kluczyki i ruszyłem na dół z latarką w ręku. W środku panował zaduch i było ciemno. Od razu przypomniałem sobie wszystkie horrory, w których ten ładny schodzi do powiernicy, a potem go coś morduje.

O są pudła! - pomyślałem podbiegając do nich i otwierając jedno z nich.

Zapaliłem latarkę.

Wszystkie włoski stanęły mi dęba.

 - Jak bardzo chorym człowiekiem trzeba być, by nawet babki były w kształcie narządów ludzkich?

Zacząłem je powolutku z odrazą dotykać, mając szczerą nadzieję, że to plastik, a nie zasuszone prawdziwe tkanki. Na szczęście to było jedynie szkło.

Jak można przy czymś takim w ogóle jeść nie, mówiąc już o wigilijnej kolacji – pomyślałem oglądając coś na kształt wątroby z zielonym paseczkiem brokatu pociągniętym przez sam środek ozdoby..

Aż boję się pomyśleć co było na strychu.

Natasha musiała go na prawdę bardzo kochać, skoro pozwalała mu na tak ekscentryczne zakupy – myślałem, dalej przeglądając zgromadzone w piwnicy kartony.

Ale w sumie de gustibus non dispudantum est – czy jakoś tak.

Obok pudełek z „bombkami” znalazłem jeszcze łańcuchy świąteczne. Te na całe szczęście były już normalne i nadawały się do przyozdobienia salonu, a może i nawet przedpokoju. Wychodząc zdążyłem jeszcze podebrać czapkę Mikołaja, którą zaraz powiesiłem na trofeum jelenia. Niedługo potem salon był gotowy do względnego użytku.

Wypiłem wystygłą herbatę i poszedłem do kuchni aby odnieść kubek.

Kuchnia na szczęście prezentowała się już dużo lepiej niż duży pokój. Znaczy było nieco syfu ale powiedzmy, że nie raził w oczy.

 - Byłeś na zakupach? Twoi krewni coś przyniosą?

 - Pewnie tak. Byłem też w sklepie i kupiłem karpia. Chce im go w galarecie podać, tak jak to Nat zawsze robiła.

 - Ok, czyli potrzebujemy karpia, trochę gotowanych warzyw i żelatyny.

 - Warzywa są w lodówce, żelatyna w szafce nad zmywarką, a karp w zlewie.

 - Jak to w zlewie? Znaczy... żywy jest?

 - Chciałem aby był jak najświeższy – bąknął staruszek, zerkając na zatopione w żywicy motyle oraz odpoczywającą pod naściennym zegarem wiatrówkę.

 - Okej... masz jakąś pałkę by je no wiesz...

 - W niedźwiedziu powinna stać.

 - Gdzie?

 - Taki wypchany miś na górze stoi, jak wejdziesz to zaraz przy schodach i trzyma kosz na parasole – powiedział Hill, biorąc się za gotowanie wody i wyjmowanie włoszczyzny.

Poleciałem na górę i już za moment byłem z powrotem.

 - Walter, a jak go wyjąć?

 - Bo ja wiem? Cedzakiem... zwykle karpiami zajmowała się Natasha...

 - Super – westchnąłem, stając nad zlewem.

Chwilę myślałem jak ten problem logiczny z karpiem ugryźć ale w końcu wziąwszy szmatę, po prostu go przez nią wyjąłem. Ryba leżała na blacie robiąc głębokie wdechy i wpatrywała się we mnie błagalnym wzrokiem.

 - Walter, jesteś lekarzem weś ty to zrób.  Pokrój go czy coś...

 - Ja? Ja jestem od krojenia ludzi nie ryb.

 - Ale jakoś polowałeś, nie?

 - To było dawno i nieprawda.

 - Ale no... - popatrzyłem ze współczucia na biednego karpia.

 - Pedro pospiesz się bo mi się warzywa rozgotują.

Uniosłem kij baseballowy ale nie byłem w stanie uderzyć.

 - A co jak go nie zabije za pierwszym razem?

 - Będziesz musiał dobić... Nat z tego co pamiętam zawsze waliła go gdzieś w połowie odległości między ustami, a oczami.

 - Super, duża pomoc – warknąłem, a potem wróciłem wzrokiem na karpia.

Żeby to to było mniejsze, jak sardynka to by się łepek ukręciło tak jak kotu zawsze dawałem, ale tu...

No dobra Pedro, zrobisz to, dasz radę – pomyślałem przymierzając się do uderzenia – wyobraź sobie, że to nie rybka tylko Chemik. Masz przed sobą mordę Terry'ego. Pamiętasz co ci ten bydlak zrobił? Pamiętasz co gnojek mówił!? Jak cię wykorzystał!?

 - Ja mówiłem zabij karpia, a nie rozwal mi kij! - wrzasnął na mnie Hill.

 - Wybacz, chciałem być pewny,z e nie będzie się męczył... - powiedziałem ze skruchą.

 - Ta, i dlatego teraz mam jego mózg na połowie podłogi i wgnieciony kij?

 - Najważniejsze, że jest martwy – odparłem zmywając z baseball'a krew – ty patroszysz. Muszę się napić.

Wyjąłem z lodówki jakieś piwo.

Walter przewrócił oczami i faktycznie zajął się resztą zabawy z przygotowywaniem dania.

Byłem w połowie puszki gdy wydało mi się, iż widzę jakiś ruch pod stołem. Przyjąłem się i zobaczyłem szczura.

 - Walter, chodź, zerknij pod stół?

 - Po jaką cholerę? - spytał chirurg, zalewając żelatyną poukładanego w dzwonek karpia.

 - Bo albo mi się wydaje, albo widzę szczura.

Okularnik momentalnie przerwał czynność i zajrzał pod mebel.

 - Oż ty gnoju! - szybki ruch i w rękach staruszka zalśniła ściągnięta ze ściany wiatrówka.

 - Walter, ale przecież nie powiesisz szura na ścianie.

 - Założysz się? - spytał Hill z diabelskim błyskiem w oku.

 

Od doktorka wróciłem dopiero koło północy z drugim tego dnia zaproszeniem na wigilię. Coś czuje, że to będą ciekawe święta.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31