cz.4
12th December
Miałem pisać regularnie ale nie
miałem przez ostatni czas w ogóle do tego głowy T^T
Kate znaczy jedna z nauczycielek
P.E wymyśliła sobie turniej koszykówki i niestety to na mnie spadł obowiązek
organizowania tego wszystkiego.
Dyro od tygodnia chodzi wściekły
jak osa i naprawdę ciężko jest mi z nim gadać. Wszystko zlewa i cały czas
odsyła mnie do Sophy, naszej sekretarki. Mam tego szczerze po kokardkę!
Dobra, spokojnie, oddychaj Pedro.
#
Poszedłem
na zastępstwo - dziś przewroty - jedna z moich ulubionych lekcji.
Tak
wiem pamiętniczku, jestem rąbnięty, zdrowo rąbnięty, ale nie mogłem się
doczekać by zobaczyć ponownie tego nowego chłopaka, tym bardziej, że w czasie
mikołajek niedowidziałem się jak ma na imię, a potem niestety nie było go na
zajęciach :(
Walter
prosił bym nie robił sobie nadziej bo to może się źle skończyć nie tylko dla
mnie ale i dla dzieciaka, a on sam nie miał zamiaru stawiać się w sądzie by
mnie bronić. Szkoda było staruszkowi pensji na
nowy garniak, a ostatni jakiś czas temu zjadły mu mole.
Wracając
do tematu zarządziłem rozgrzewkę i pozwoliłem sobie pokontemplować spodnie
biegnących. Dziewczyny jak zwykle biegały w małych skupiskach od dwóch do
sześciu sztuk. Chłopcy zaś raczej sami, czasami choć rzadko w dwójkach. Nie
zaobserwowałem jednak tego nowego chłopaka, który zaczął uczęszczać do naszej
szkoły.
Szkoda,
bo Kate wypominała, że całkiem niezły z niego sportowiec. Po paru kółkach
dookoła sali rozpocząłem rozgrzewkę.
Dzięki
Bogu dzień wcześniej dostałem od Waltera nowe opakowanie tabletek na
potencję... Znaczy takich co to znacząco obniżają libido!
Trzeba
sobie jakoś radzić, nie?
Zaczęliśmy
więc od kręcenia głową, potem rozruszanie ramion, następnie Ah... biodra, a po
nich wypady i pajacyki. Potem ustawiłem ich w rządku, przytaszczyłem ze
składzika materac i począłem wyjaśniać na czym polegają przewroty. Zrobiłem
oczywiście dwa poglądowe, jeden do przodu i jeden w tyłu. Obiekcji chyba
żadnych nie było, po za grubym Teddy'em, który miał problem, nie czarujmy się,
nie tylko z tym ćwiczeniem.
No
więc rozpoczęliśmy. Ja oczywiście dzielnie pomagałem, czasami musząc któreś z
nich lekko popchnąć lub pomóc w przełożeniu nóg.
Tak
to moje ulubione ćwiczenia ^^ zapewne domyślasz się drogi pamiętniczku czemu.
Otóż złapanie za pośladek w czasie przewrotu przez wfistę nie może być uznane
ani klasyfikowane jako molestowanie. Więc oficjancie nic im nie robię i wszyscy
są happy ^_^
Wiem,
muszę się leczyć ^^; ale ja na prawdę nie chcę nikogo krzywdzić .-.
- Panie pesorze - zaczęła ta ruda, którą
wylosowała Lis - a wie pan, że wczoraj w wiadomościach podali informację o tym,
że wypuszczono jakiegoś pedofila, a już dziś rano w radiu przed nim ostrzegano?
- Wiesz, człowiek mógł się zmienić w czasie
pobytu w więzieniu... - zacząłem spokojnie, ale ona mi szybko przerwała.
- Ostrzegali bo podobno znów zaatakował i
teraz go szukają - zaśmiała się Margaret.
- Ci prokuratorzy to jednak głąby, ja bym za
sam cień podejrzeń o coś takiego wieszał - odezwał się przewodniczący, ustawiając
się do przewrotu, a ja tylko skinąłem głową.
Musiałem
przyznać, że jego wypowiedź lekko mnie ukłuła. A te piękne niebieskie oczka
naraz przestały być takie piękne.
Ale
w końcu mimo wszystko jest różnica między pociągiem do dzieci jak u mnie, a faktycznym
rujnowaniem im w ten sposób życia.
***
Szedłem
na lunch gdy nagle otworzyły się drzwi zwalając mnie z nóg.
- Uważaj
cymbale! - zawołałem łapiąc się za twarz.
Zza drzwi wyrosła morda chemika. Jak zwykle posklejane, blond
kudły do ramion zafalowały gdy oczy koloru wody w kiblu zwęziły się w szparki
za kanciastymi okularami. Bródka na warkoczyk
z różową kokardką zatrzęsła się groźnie, a zielona podziurawiona różnymi
odczynnikami bluza z naszytą tęczową pacyfką została szybko poprawiona.
- Trza było patrzeć jak chodzisz, góro mięsa -
żachnął się swoim irytującym, cienkim głosikiem.
O
nie, nie będzie mnie żaden cholerny pedał obrażać. Już miałem go załapać za tę
popapraną kurtkę kiedy czyjaś ciężka łapa spadła mi na ramię.
- Coś nie tak chłopcy? - spytał Oliver,
poprawiając pogniecioną koszulę, na swym dość tęgim brzuchu.
- A-ależ skąd panie dyrektorze - odparłem
siląc się na miły ton, a w myślach już sprawiając Terry'emu nie mały łomot.
- To wyśmienicie - minął nas powoli.
Kiedy
zniknął nam obu z oczu, Foster szybko pokazał mi język, po czym zwiał do pokoju
nauczycielskiego. Miał dużo szczęścia fajfus jeden, że był tam dyrektor bo bym
go za kłaki wyprowadził na korytarz, a potem sprał.
Niecierpię
gada!!! ><
***
Spojrzałem
w lusterko usiłując przypomnieć sobie listę zakupów.
Pod
tym względem mieszkanie samemu jest do kitu. Nie ma się do kogo zadzwonić i
spytać czego akurat brakuje w lodowce, bo oczywiście Teo mi tego w słuchawkę
nie wymiauczy.
Głoli
wyjaśnienia kim jest mój mały Teo - to kot oczywiście. Kiedy mieszkałem w
meksykańskiej dzielnicy miałem okazję uratować małego kociaka przed sporym
kundlem, który ubszednio zagryzł mu mamę.
Smutna
historia .-. ale na szczęście Teo teraz jest bezpieczny i... już pamiętam co
miałem kupić ^^ żwirek, z pół kilo jakiegoś mięska, paprykę, cukinie bo mi już
wszystkie wyszły i ewentualnie jedną małą czekoladę - od tak jako nagrodę po
ciężkim dniu ^^
***
W
sklepie spotkałem kilku moich uczniów. Zamieniłem z nimi dwa słowa i ruszyłem
do kasy. kobieta przede mną nie miała wiele zakupów tak przynajmniej myślałem
dopóty nie zaczęła dorzucać z półeczek dodatkowych porcji słodyczy, a to gumę,
jedną taką, drugą taką, a to batonik wspinając coś o swoim synku, to znów
"wie pani, a może wezmę jeszcze pięć tych lizaków tylko koniecznie
cocacolowych!"
Spokojnie
Pedro, ona zaraz skończy. Przecież nigdzie ci się dziś nie spieszy, prawda? -
usiłowałem być spokojnym ale kiedy odmówiła jej karta kredytowa omało nie
wybuchłem śmiechem. Na szczęście w porę do blondyny doszedł mąż i zapłacił
gotówką.
Tymczasem
kasjerka zajęła się moimi zakupami. Po kilku minutach mogłem płacić. Nie była
to zbyt duża suma, gdzieś w okolicach ja wiem, trzydziestu kilku dolarów.
Zadowolony z siebie podałem jej stówę.
- O Boże nie.... - jęknęła na widok banknotu -
wybaczy pan ale nie mam drooobnych pieniędzy.... - zaintonowała po kościelnemu
- Ale za to ja je posiaaaadaaaam -
odpowiedziałem równie śpiewnie, grzebiąc w portfelu.
Ech,
piękny jest ten świat - pomyślałem zabierając torby i idąc w kierunku auta. W
sumie bym już odjechał, ale zwróciła mą uwagę gra cieni w bocznej uliczce, tuż
za kontenerami na śmieci. W pierwszej chwili chciałem zignorować swoją
absurdalną myśl sprawdzenia co się tam dzieje, ale potem tknięty przeczuciem
zamknąłem auto i poszedłem tam. Jakiś mężczyzna trzymał mocno chyba
nieprzytomnego nastolatka. Co gorsza ja znałem tego chłopaka, znaczy z
widzenia. Lis mi go przedstawiała jako laureata szkolnego konkursu
recytatorskiego czy jakoś tak. A teraz ten zboczeniec próbował się do niego
dobierać, niedoczekanie.
W
tej dzielnicy może być tylko jeden pedofil i jestem nim ja -.-
- Zostaw chłopaka - warknąłem ostro,
strzelając z knykci.
Facet
odwrócił w moją stronę swą zalaną, brudną mordę z widoczną śliwą. Najwyraźniej
mały się bronił.
- Pilnuj, fircyk, własnego nosa – burknął, nie
wypuszczając jednak bruneta z rąk.
- Puść go w tej chwili! - zawołałem,
otaksowując mężczyznę wzrokiem i zastanawiają się nad ewentualną konfrontacją.
- Szukaj własnego łupu - burknął z pogardą.
No
tak odsłonięte pośladki zawsze na mnie źle działają - pomyślałem przewracając
oczami, a w myślach usiłując przypomnieć sobie sytuację z Terry'm co ułatwiło
mi ponowny powrót do powagi. Byłem też wściekły, więc nie cackając ani chwili
dłużej podszedłem do niego i sprzedałem mu porządnego lewego sierpowego.
Pedofil zachwiał się wypuszczając nastolatka, a ja tym czasem dorzuciłem
jeszcze dwa szybkie ciosy. Jeden w pysk, drugi w splot słoneczny. Kiedy tamten
zwijał się z bólu zerknąłem na ucznia, na szczęście wyglądało na to, że po za
spodniami niczego nie stracił i chyba nawet nieco oprzytomniał.
- Dzwoń po policję – powiedziałem i zaraz
potem oberwałem w twarz.
***
- Tak, wiem kiciu zaraz ci dam - zabrałem
mrożony kotlet z twarzy.
Nieźle
mi tamten zwyrol przydzwonił, ale było warto. Ta czekolada dzisiaj mi się
należy jak psu zupa ^^
***
- Walter, a nie czujesz się czasami samotny w
tej swojej samotni? - spytałem odbierając od niego kolejną receptę.
- Przyzwyczaiłem się - wzruszył ramionami - słyszałem
o twoim wyczynie, w radiu podawali
- No i? - spytałem zaciekawiony.
- Nic, pacjent mi się obudził ciut za wcześnie
i mi pielęgniarka zemdlała -,- od zwykły dzień w pracy, a swoją drogą do twarzy
ci z tym limem, dodaj se drugie dla symetrii i możesz robić za potwora w domu
strachów.
- Jesteś złośliwy .-.
- Jak zawsze - uśmiechnął się kpiąco.

Komentarze
Prześlij komentarz