cz.3

6th December

Przez ostatnie dni nie miałem nic interesującego do napisania ale dziś zdarzyło się coś ciekawego ^^ więc kochany pamiętniczku siądź sobie i posłuchaj.

(Rany jak ja się głupio czuję, ale na forum pisali, że taka zbliżająca forma pomaga, więc dam radę ><)

 

#

 

 - Pedro, dostałam telefon od Lis, nie będzie jej na rozdaniu prezentów – zaczęła Sophi kręcąc się jak zwykle w swym fotelu w sekretariacie.

 - Ale co ja mam z tym wspólnego? - zapytałem, zerkając na zegarek.

 - Jesteś wicewychowawcą, odbierzesz jej prezent – wyjaśniła lakonicznie, poprawiając swe gęste, falowane włosy.

 - A na której to lekcji? - spytałem.

 - Na szóstej, spokojnie, zdążysz zjeść lunch – mrugnęła mi czarnym niczym węgiel ślepkiem, akurat gdy zadzwonił dzwonek.

Powiem ci szczerze pamiętniczku, że nawet się ucieszyłem. Lubię prezenty i w ogóle klasę Lis, choć ona sama wydaje mi się dość nawiedzona. No bo powiedz kto normalny twierdzi, że mamy układ pokarmowy jelenia?

Pewnie się zatruła jakimiś niedogotowanymi korzonkami jak to mają w zwyczaju wegetarianie. Nie mniej poszedłem grzecznie na lekcje.

 - Ważaj! – usłyszałem i nagle stanąłem jak wryty.

Irene, nauczycielka biologii, taszczyła na lekcję dorodną czaszkę łosia.

 - Co się gapisz jak sroka w gnat? - prychnęła.

 - C-co to jest? - wykrztusiłem w końcu.

 - Szczeniaki będą mieli lekcje poglądową na temat uzębienia – zachichotała, mierząc mnie ślepym okiem.

Aż mnie od tego ciarki przeszły, a przecież nie jestem byle chuchrem jak ten chemik Terry. Mam zacną postawę lekkiego osiłka.

 - Choć mi pomóż kozia mordo, a nie gały wywalasz – warknęła.

 - O wypraszam sobie. Tylko nie kozia, jedynym capem w tej szkole jest... - miałem powiedzieć, że ta zakompleksiona blondzia Terry, ale Pointer mnie ubiegła.

 - Dyro, to wiedzą wszyscy, a teraz złap z tej strony – rzekła wciskając mi pożółkłą czachę – i uważaj na poroże – dodała chwytając mnie za rękaw i prowadząc do swej samotni, znaczy pracowni biologicznej.

Nie, ciężkie to to nie było, tylko niewygodne i byłem przekonany, że mi w paru miejscach te cholerne rogi ortalion przebiły, ale na szczęście się pomyliłem.

 

***

 

 - Pedro?

 - Słucham? - zerknąłem na świeżo pofarbowane włosy Kate.

 - A co byś powiedział na mały zakład? - zapytała, czesząc nowiutką czerwoną fryzurkę.

 - Zależy jaki – wzruszyłem ramionami

 - No nie wiem... - założyła kusząco nogę na nogę – może... że się zamienimy klasami?

 - Którymi? - spytałem z żywym zainteresowaniem.

 - Ty mi dasz swoje, a ja ci dam moje. Ten kto poprosi o odmiankę lub trafi do higienistki przegrywa.

 - Spoko, co będzie stawką?

 - Umycie auta przeciwnika...

Super, i tak miałam jechać do myjni.

 - ... w samej bieliźnie – wyszczerzyła się niczym sam diabeł i wyciągnęła rękę.

Nie zastanawiałem się długo. Zobaczenie jak dziewczyna dostaje opiernicz od dyrektora za nieobyczajne zachowanie wybitnie mi pasował.

 - Stoi – zmrużyłem oczy, również się uśmiechając.

 

***

 

Wszedłem do sali chwile przed dzwonkiem, miałem zastępować Lis ale nie będąc anglistą pomyślałem, że zrobię im godzinę wychowawczą, a jej tematem będą korzyści płynące z uprawiania (nie, nie seksu zboczuchu) sportu.

Tak, wiem mało ambitny temat, ale na tę chwilę nie umiałem wymyślić nic mądrzejszego.

Do sali zaczęły wchodzić dzieciaki. Uśmiechnąłem się mimowolnie, zawsze tak mam.

 - Dzień dobry dzieci - zacząłem z promiennym uśmiechem

 - Dobry panie profesoze... - urocze nastolatki, zwłaszcza gdy odpowiadają chórem.

 - Ze względu na nagłą nieobecność pani Green, ja ją zastąpię na dzisiejszej lekcji. Przynieśliście prezenty?

Rozbrzmiał gwar i rwetes kiedy maluchy zaczęły wyjmować z plecaków pojedyncze paczuszki. Maluchy - znaczy te dzieci mają po czternaście/piętnaście lat to tylko ja tak o nich mówię mając około trzydziestki na karku ^^;

 - Cudnie - uśmiechnąłem się ponownie, wydobywając z szuflady w biurku prezent Lis - teraz ustawcie krzesła w koło - poprosiłem.

Uczniowie pokiwali głowami i już za chwile po pomieszczeniu rozbrzmiał chrobot suwanych krzeseł oraz noszonych ławek, przy których oczywiście ochoczo pomagałem. W końcu po jakichś pięciu minutach wszystko było gotowe.

 - Kto jest przewodniczącym? - spytałem, szukając w szufladzie czapki św. Mikołaja.

 - Tu - do przodu wygramolił się jakiś dosyć ładny blondynek o jasnych oczkach i nieskazitelnie białych ząbkach.

Zgrabnie odebrał ode mnie swymi miękkimi paluszkami czapkę, po czym założył i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem... Moment czemu on tak na mnie patrzy?...

Chwila konsternacji...

A no tak worek! - aż palnąłem się w czoło i począłem gorączkowo gmerać w szufladzie.

 - Jest, jest spokojnie - powiedziałem przepraszająco.

 

Wszystko przez te piękne niebieskie oczka, ja na prawdę muszę się leczyć :C

 

Dzieciak podziękował mi, po czym zaczął zbierać prezenty do wielkiej plastikowej torby. Nie zajęło mu to na szczęście długo i niebawem zaczął z niej wyjmować pojedyncze pakunki, a następnie podawać swoim rówieśnikom. Ja oczywiście też już wrzuciłem do torby prezent od Lis, którym był koszyczek nici dla jakiejś rudej dziewczynki - tak przynajmniej mi mówiła gdy po trzeciej lekcji do niej dzwoniłem.

Niedługo potem torba była pusta, zaistniał jednak jeden jakże uroczy problem. Ja nie dostałem żadnego prezentu, a jedna z torebek nie miała właściciela. Stało się więc oczywistym, iż kogoś brakuje. Wtem trzasnęły drzwi i doszedł do nas jeszcze jeden chłopak. Dosyć wysoki szatyn o pięknych prawie że czarnych oczach, miał lekkie wypieki i różowe usta tak zachęcająco rozchylone gdy dysząc przepraszał za spóźnienie.

 - Um, gdzie pani Green? - spytał w końcu odzyskując oddech, a ja omal nie podskoczyłem na miejscu.

Miał taki piękny głos, czuć że nie dawno po mutacji.

Och, chyba się zakochałem...

 - Panie profesorze...? - jego kolejne słowa przywróciły mnie do rzeczywistości.

Czemu ja muszę być tak beznadziejny >< Głupku odpowiedz mu coś!

 - A no tak, pani Green jest chora i ją zastępuje - zacząłem wyuczoną już formułkę.

 - A, um...- podał mi nieco wymiętolony prezencik, a sam od koleżanki odebrał swój.

Za chwilę dałem sygnał do otwierania prezentów. Chłopak zaś mi gdzieś zniknął, ale mógł bym przysiąc, że się rumienił. Niedługo potem dowiedziałem się czemu...

 - Czy to dla pana profesorze nie za małe - zaśmiała się wiceprzewodnicząca, widząc koronkowy stanik jaki wydobyłem z paczuszki.

 - Fakt mam większą miseczkę - zaśmiałem się - ale przynajmniej majtki pasują – dodałem, pokazując klasie białe koronki naszyte na czerwone stringi.

Ah, te dzieci XD kocham je normalnie są takie urocze.

Kocham mikołajki ^^

 

***

 

 - Słyszałam, że odbierałeś prezent za Lis. Co tam dostałeś, pochwal się? - zaczepiła mnie Karter gdy odbierałem lunch.

 - Nie zgadniesz.

 - No, dawaj!

 - Damskie stringi.

Czerwonowłosa wybuchnęła śmiechem.

 - Żartujesz.

 - Nie – pokazałem jej podarek.

 - Spoko – zachichotała – ej, jak przegrasz to chce abyś w nich mył mi auto.

 - Mogę się zgodzić ale tylko jeśli ty je przywdziejesz w razie mojej wygranej.

 - Nie ma sprawy, kochanie – zachichotała po czym posłała mi całusa.

Ach, ta Kate, zachowuje się zupełnie jak dziecko – pomyślałem, szukając na stołówce tego nowego chłopaka.

Niestety nigdzie nie było po nim śladu.

Może już skończył lekcje?

 

***

 

Trzecia F'uj, najbardziej leniwa i dysfunkcyjna klasa w całej placówce, super – pomyślałem sprawdzając grafik Kate – Ciekawe co te łamagi dziś mają? - przejechałem palcem po kartce – niby poprzednie lekcje nie były takie złe, ale mając zajęcia w tej klasie graniczyło z cudem aby nie doznać kontuzji... - znalazłem odpowiednie okienko – błagam tylko nie pchniecie kulą – podjechałem palcem na opis – Ufff... gra rekreacyjna. Spoko zagram z nimi w dwa ognie, albo w baseball. Tak! To genialny pomysł! Pół lekcji spędzę nad zasadami i będę mógł popatrzeć jak Kate w tej swojej nowej ultra fryzurce myje mi auto.

O taaak ^^

Zadowolony z siebie zabrałem polar i wyszedłem na korytarz. Dzieciarni jednak ani widu ani słychu. Czyżby zabunkrowali się w szatni? - pomyślałem zaglądając na wszelki wypadek do Kate mającej ręczną z moimi drogimi koszykarskimi gorylami. Och jakże przyjemnie się patrzyło jak unika co i rusz walącej w ściany piłki.

Wygraną mam w kieszeni – pomyślałem wracając do szukania czwartoklasistów.

Wreszcie po pięciu minutach ich znalazłem. Wypisywali sobie radośnie lewe zwolnienia na parapecie.

 - O cudownie – powiedziałem tuż nad ich głowami szybko zabierając zeszyty.

 - To nie tak jak pan myśli! - zapiszczały dziewczynki.

 - Nie? Marsz do szatni się przebierać – warknąłem groźnie.

Uczennice momentalnie pognały do przebieralni, a ja zacząłem sobie czytać co one tam powypisywały jedna drugiej.

Zwolnienie z powodu, braku stroju... – nic ciekawego - spowodowanego przez atak psa – tak bo na pewno psy atakują stroje na WF – oraz braku obuwia spowodowanego przez atak krokodyla – no, no, no, nie wiedziałem, że w szkole mamy krokodyle. Bo ostatnim dzikim zwierzątkiem jakie miałem okazję zaobserwować były korniki w podłodze, a, no tak i mysz w piwnicy.

Moje rozważania apropo szkolnej fauny przerwał zgrzyt drzwi. Dziewczyny w końcu wyszły. Oczywiście prawie żadna nie była na tyle mądra, aby zabrać sobie polar ale to już nie mój problem.

Wyszliśmy na boisko do nogi. Zarządziłem rozgrzewkę czyli parę kółek na bieżni oraz pajacyki z przysiadami, sam zaś wszedłem jeszcze do składzika po pachołki, piłkę i kij. Zerknąłem na leżący w rogu stary kask ale po chwili namysłu uznałem, że mimo wszystko mi się on nie przyda.

Wróciłem do dzieci, które jak zgodnie twierdziły całą rozgrzewkę grzecznie odbębniły. Nie wierzyłem im za grosz ale to nie mnie będą potem bolały mięśnie. Zabrałem się więc za wytłumaczenie im zasad. Oczywiście specjalnie ja upraszczając aby cokolwiek zrozumiały, po czym pozwoliłem im na wybieranie składów. Jak się potem okazało drużyny były nierówne skutkiem czego dołączyłem do jednej z nich. Tej z większa ilością osób pozwoliłem pałkować.

Rozstawiliśmy się po boisku i od gwizdnąłem rozpoczęcie meczu.

Te dzieci to faktycznie wybitne łamagi.

Powiedzcie jak można kogoś stojącego trzy metry od was rzucić niechcąco kijem!? Albo inny przykład prawie zabić się o wielki czerwony pachołek twierdząc, że się go nie zauważyło.

No tak, bo pachołki biorą i tylko czyhają by komuś pod nogi wyskoczyć -,- to zupełnie jak z tymi krokodylami co jedzą buty. Nie wspominając o licznie trafionych piłką w głowę.

Mecz zbliżał się do końca i w sumie myślałem, że już się nic strasznego zdarzyć nie może. Złapałem gwizdek w usta i już miałem odgwizdać koniec meczu, gdy oberwałem w zęby.

I nie, uprzedzając wasze pytanie to nie była piłka.

I nie, to nie był też kij

 - Boże panie Delashit nic panu nie jest!?

Chciałem powiedzieć, że nic ale z mojego gardła wydobył się tylko stłumiony gwizd.

 - Zabiłam profesora – wybuchnęła płaczem dziewczynka.

 - Spokojnie Berciu, zawołamy panią Ruth – powiedziała jej koleżanka podając chusteczki.

 - Gwiiiiizd...

A to miała być taka spokojna lekcja...

 

***

 

 - Hej Pedro – do pokoju zabiegowego wszedł dziarskim krokiem Walter - Co tym razem dzieci ci zrobiły? Czekaj niech zgadnę. Złamały ci nos bramką.

Pokręciłem głową.

 - Dostałeś w zęby kijem chokejowym.

Przewróciłem oczami.

 - Gwiiiizd... gwizd... - pisnąłem, wskazując na swoje opuchnięte gardło.

 - Widzę, a raczej słyszę, że tym razem zafundowały ci tak zwany gwizdek permanentny – zachichotał staruszek.

 - Hist Hwist... - westchnąłem boleśnie, kiwając głową.

 - Wiem, że śmieszne – obnażył w krzywym uśmiechu pożółkłe zęby, wyjmując jakieś strzykawki – w ogóle na pewno chcesz go wyjmować? Jako WF'iście mógłby ci się przydać takie... - chyba moja mina dała mu do zrozumienia, że nie jestem dziś w nastroju – powiedz... znaczy zagwiżdż jak zaboli – powiedział, dalej chichocząc, gdy strzykawka oraz reszta sprzętu była już gotowa.

Zabolało ale dałem radę. Niebawem mięśnie przełyku się rozluźniły.

 - Otwórz usta i oddychaj przez nos – nakazał surowo Hill, po czym wpakował mi w gębę metalowe szczypce – moment... jeszcze chwila – zaczął mi nimi gmerać – zabierz ten jęzor.

Jakieś pół godziny później zostałem radośnie wypisany.

Cudowny dzień. Teraz tylko zabrać rzeczy ze szkoły i do dom... czekaj wróć! Czy tam stoi Kate? - wyjrzałem przez okno – tak to zdecydowanie była ona i chyba nawet wiem po co przyjechała -,-

 

***

 

 - Możesz sobie darować? - warknąłem, zamaczając szmatę w wiadrze.

 - Nie – uśmiechnęła się sadystycznie, robiąc mi kolejną jakże upokarzającą fotkę.

 - Kate, to naprawdę nieprzyjemne, a mnie nadal gardło boli. Nie możemy tego przełożyć? - spytałem błagalnie.

 - Zakład jest zakład – powiedziała twardo - a i przegapiłeś plamkę, skarbie – tymczasem za jej plecami mignął mi Ten Nowy.

Westchnąłem ze smutkiem.

 - A teraz uśmiechnij się ładnie i powiedz Cis ^^

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31