Cz. 27

 


Przed czytaniem przypomnę jedną małą rzecz:
Nasz bohater to Amerykanin i proszę nie wymagać od niego zbyt wielkiej wiedzy o świecie.

April 15

 

Obudziłem się z bólem mięśni, najwyraźniej musiałem się zakwasów nabawić w czasie wspinaczki lub pływania.

Cokolwiek się stało spowodowało całkiem spory dyskomfort.

Westchnąłem - I jeszcze pewnie będę musiał jakoś złapać Pointer i oddać jej ten dokument. Szkoda, że wczoraj tego nie zrobiłem – podrapałem się między nogami i wstałem.

Dzień jak co dzień – wykąpałem się i dopiero w tedy dostrzegłem ładujący się w rogu pokoju telefon chemika.

Uśmiechnąłem się parszywie i spróbowałem go odblokować. Nie miał kodu.

Bezczelnie wszedłem mu w wiadomości. Dość szybko odnalazłem telefon Sida nazwany w kontaktach „rudasek”.

Bydlak nawet numeru nie zmienił – pomyślałem ze złością.

Odpaliłem najnowsze wiadomości, z których wynikało, że Terry ma ostatnio problemy pieniężne wynikających z choroby w rodzinie, konkretniej jego młodszego brata.

 - Nie miałem pojęcia, że ma brata – szepnąłem dalej penetrując jego telefon.

Sid w swoim stylu napisał, że mu przykro i wrócił do paplania o sobie.

Nie lubię Terry’ego ale widząc ich rozmowy zrobiło mi się go żal. Był prawie całkowicie zlewany ze swoimi opiniami i problemami (jakkolwiek błahymi by one nie były), no chyba że dotyczyły czynszu lub seksu…

 - Ughmmmm… - usłyszałem tuż nad swoim uchem zaspanie mruknięcie chemika, a potem jego obrzydliwa łapa wylądowała mi na głowie.

Szybko odłożyłem telefon na miejsce, po czym ostrożnie zdjąłem łapsko blondyna i opuściłem pokój.

Ciekawe czy ta blond menda zdaje sobie sprawę kim był dla mnie Sid? A co jeśli nie?

Ta myśl wybiła mnie z rytmu schodzenia po schodach, stanąłem jak wryty.

- A jeśli on nie wie, że Sid zdradził mnie właśnie z nim i dlatego uciekłem?
I dlatego ich tak nienawidzę?

To było zaskakujące odkrycie. Ktoś kto odebrał mi mojego ówczesnego chłopaka obrywał ode mnie tyle czasu zupełnie nie będąc świadomym co się stało.

Aż mi się zrobiło głupio…

 - Będę musiał z nim chyba porozmawiać… - jęknąłem schodząc na parter – wyjaśnić mu…

Pointer stała przy kontuarze i grzebała w papierach. Sekretarki oczywiście nie było.

Najpewniej szukała swojego dokumentu.

Który ja zostawiłem oczywiście w torbie, w pokoju, przy łóżku chemika… super…

Cichcem przemknąłem do jadalni gdzie siedziała już Nija i Oliver, oboje pili poranną kawę.

 - Co dziś jest w planach? – zapytałem, przysiadając się do nich z kubkiem gorącej herbaty.

 - Gry zespołowe jak zbijak, sumo, spacer po lesie – odparł McMillan – czyli ogólnie rzecz biorąc nic co mogło by kogokolwiek zabić.

 - A szkoda – do stołu przysiadła się Pointer.

 

***

 

Ja i Green szliśmy lasem, dzieciaki krążyły w pobliżu trzymając się w zasięgu wzroku.

Lis była anglistką. Znała się na odmianie w rożnych czasach, literaturze i kulturze ameryki. Zastanawiało mnie czy wie może coś o innych krajach i ich kulturze.

Może powiedziała by mi co to jest to UB – pomyślałem, zastanawiając się jak zacząć temat.

 - Wiesz, że przyszło do nas pismo z propozycją wymiany uczniów na przyszły rok?

 - O serio? - zdziwiłem się – Dawno tego nie było... - mruknąłem – A dokąd ta wymiana?

 - Do Polski – zaszczebiotała – można by było zobaczyć relikty komunizmu jak pałac Kultury i nauki w Warszawie. Wiesz, że u nich podobno jeszcze jeżdżą wagony produkowane w Związku Radzieckim?

 - Na prawdę?

 - Nie wiem, nigdy tam nie byłam, ale słyszałam, że tam na ulicach można spotkać czasami białe niedźwiedzie.

 - Niedźwiedzie? W mieście? To brzmi jak Alaska, a nie Europa. A wiem bo moja ciocia mieszka na granicy i pokazywała fotki – w prawdzie fotki pokazywała gdy miałem jakieś jedenaście lat ale nie zmieniało to faktu ich autentyczności.

 - Może w górach gdzieś się zdarzają – wzruszyła ramionami, a ja pokiwałem w zamyślaniu głową.

 - Ej, a Rzeczpospolita Polska Ludowa to jak byli za żelazną kurtyną, nie? - przynajmniej tak mi się coś przypomniało z historii.

 - Zgadza się i mieli takie złe tajne służby się Urząd Bezpieczeństwa nazywał co to łapał ludzi za kapitalizm.

 - Ludzi za kapitalizm? Toż to głupota, przecież to najlepszy ustrój gospodarczy – przymętniej tak mówili w szkole, z tego co pamiętam...

 - Czy najlepszy czy nie to tam nie było ważne,według ich filozofii najważniejszy był komunizm i jak miałeś coś na własność i co gorsza na tym zarabiałeś to trafiałeś na tortury i do więzienia w najlepszym razie. Tak miały wszystkie kraje komunistyczne - dodała z żalem Lis - bardzo dużo ludzi zginęło bo ci ich funkcjonariusze często dopuszczali się bestialskich czynów jak bicie kijem po nerkach, wyłamywanie palców dla zabawy i inne.

Pomyślałem w tedy o Irene, o jej zachowaniach, o mówieniu po Rosyjsku, o bagnecie noszonym zawsze gdzieś przy pasku i innych dziwnych związanych z nią rzeczach, nawet o wystroju mieszkania. Wszystko pasowało jak ulał.

Mieliśmy w szkole część aparatu z totalitarnego systemu terroru.

Będę musiał pogadać z Olivierem – pomyślałem, zbliżając się do wyjścia z lasu

 

***

 

Mimo wielu prób nie udało mi się złapać Olivera na osobności. Strasznie mnie to frustrowało zwłaszcza, że informacje jakie maiłem mu przekazać były bardzo ważne.

 - Za co...? - westchnąłem, obracając legitymację w dłoniach.
Jednak mnie miałem możliwości dłużej ubolewać nad swoim losem bowiem przyszedł czas na gry zespołowe.
Stado dzieciaków tarabaniło właśnie prowizoryczną bramkę z giętych rur przeciągniętych dziurawą siecią rybacką.
 - Na ile drużyn się dzielimy? - podbiegł do mnie Daniel.
 Przeliczyłem szybko zgromadzonych na polanie uczniów.
 - Na cztery po dwie osoby na zmianę. - burknąłem w końcu.
 - Dobrze, ale czy wszystko w porządku? - pytał wlepiając we mnie swe kasztanowe ślepka.

 - Tak, nie przejmuj się. Słabo spałem... – odparłem z roztargnieniem.

 - Na pewno? - chłopak nie wyglądał na przekonanego.

Jesteś za spostrzegawczy – pomyślałem ze śmiechem.

 - Ależ oczywiście – mrugnąłem do niego – Pan Foster tylko strasznie chrapie – zachichotałem - następnym razem założę zatyczki.

Stern także się zaśmiał i zadowolony poleciał do kolegów, aby zając się dobieraniem drużyn.

Odetchnąłem z ulgą.

Będę musiał bardziej uważać, nastolatek jest cholernie bystry. Ciekawe czy poczuł mój język wczoraj?... Nie, raczej nie, inaczej chyba by się inaczej zachowywał...
dzieciaki ustawiły się w drużynach i nie było już innej rady niż rozpocząć mecz.
Słoneczko przygrzewało ja siedziałem z innymi drożynami w cieniu lasku odgwizdując co jakiś czas rzut karny lub żółtą kartkę.
Sielankowy stan pochłoną mnie tak bardzo że nawet nie zauważyłem kiedy obok mnie ponownie znalazł się Daniel.
Nic nie robił, po prostu siadł na moim pniaku najbliżej jak tylko się dało i radośnie majtał nogami. Wyglądał na szczęśliwego

Może on mnie lubi? W sensie jako nauczyciela oczywiście!
Nie mniej było mi miło mieć go w pobliżu mimo, że jakiekolwiek wiesze zbliżenie, przypadkowe muśniecie ręką jego dłoni czy cokolwiek podobnego było by nie na miejscu, co nie zmieniało faktu, iż miałem na to okropną ochotę.

W tem podbiegł do nas jeden z jego kolegów dając sygnał do zmiany. Szatyn zerwał się z miejsca i pognał w stronę murawy.

Obserwowałem mecz z lekką apatią jednak nie uszło mojej uwadze gdy jeden z dzieciaków nie wiem czy celowo czy nie podciął Sterna powodując iż ten wywinął orła zdzierając oba kolana do krwi. Wybuchł płacz, dziewczyny zaczęły piszczeć jak dzikie, a ja poleciałem zobaczyć jak duże są obrażenia.

Jak nie urok to przemarsz wojska albo sraczka – pomyślałem, oceniając starty.

W końcu bez słowa wziąłem go na ręce i zabrałem na ławkę, w zastępstwie za niego wyznaczyłem kogoś  z innej drużyny, po czym zająłem się szukaniem w plecaku wody utlenionej oraz bandaża.

 - Strasznie piecze – syknął, kiedy zacząłem dezynfekcję jakimś alkoholowym szprejem chłodzącym.
 - Musisz być ostrożniejszy – pouczyłem starając się nie patrzeć mu w oczy.

Miałem zbyt wielką ochotę zlizać krew i wydawało mi się że ową potrzebę mam wręcz wypisaną na twarzy.
 - Starałem się – burknął, wycierając nos w chusteczkę.
 - Spokojnie nic ci nie będzie – pogłaskałem go po włosach.
Były takie mięciutkie.
 - Tylko nie tu – nagle złapał mnie za dłoń i szybkim ruchem przeniósł w inne miejsce – mam bliznę po wypadku – wyjaśnił lekko zamieszany.

 

***

 

Przyszedł czas na obiado-kolację. Przyszedłem wcześniej mając nadzieje że w końcu uda mi się dorwać McMillan'a. Niestety przy stole była już Irene i Nija, do tego wszystkiego Chemik popijał jakąś specjalną, śmierdzącą rybą herbatę, którą niechybnie zachwyciła by się Green.

 - Co się tak krzywisz, to tylko pokrzywa – furknął na mnie Terry, dorzucając sobie do wywaru małą kostkę cukru.

Na dworze zmierzchało powoli, a po leżącej na sole zastawie zaczęły tańczyć różowawe promyczki zachodzącego słońca.

W końcu dotarł do nas dyrektor wraz z rozgadaną Kate, której wyraźnie miał po kokardkę.

Przyszła obsługa postawiła na stołach wazy z zupą i z przyjaznym uśmiechem zachęciła do jedzenia.

Cóż ogórkowa jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła jednak zaniepokoił mnie jej dziwnie buroszary kolor zupełnie nie mający nic wspólnego z naturalnym dla ogórka nawet kiszonego zielonym.

chemik nalał sobie jako pierwszy. Nieufnie wzięła łyżkę pod nos obwąchał i podał biologicy.

Ta nie niuchała od razu wzięła łychę do ust.

 - Grochówka – wzruszyła ramionami – zabrała Terry'emu talerz, po czym duszkiem wypiła całą jego zawartość.

 - Widocznie obsługa się pomyliła – wzruszył ramionami Oliver nalewając sobie od razu dwie miski.

Zająłem się jedzeniem, obserwując ukradkiem siedzącą naprzeciw mnie brunetkę która najwyraźniej również miała na mnie oko, w prawdzie ślepe ale zawsze.

W końcu nadeszło drugie danie, pulpeciki, ziemniaki jakieś surówki, osobne dania dla wegan i wegetarian zgodnie z listą jaką wysłaliśmy biuru podroży.

I wszystko było by cacuś gdyby się nie pomylili tak jak zrobili to z ogórkową grochówką.

Pisk kilku dziewczyn które dostały mięsko zamiast naleśników ze szpinakiem, ktoś kogoś opluł, ktoś inny wywalił klopsiki i już za chwilę mieliśmy do czynienia z jedzeniowym armagedonem.

Prawdziwa woja na jedzenie szybko opanowała prawie wszystkie stoły. Niektórzy kryli się za krzesłami ciskając ziemniakami, inni usiłowali skryć się w rogach sali ze swoimi porcjami i co nieco zjeść, jednak zdecydowana większość wolała marnować pożywienie w walce.

McMillan w pierwszej chwili chciał ich uciszyć jednak po namyśle woała zając się swoja porcvją i dopiero w jakikolwiek sposób interweniować.

Terry pokrzykiwał na niektórych jednak jego słaby głos ginął w tłumie wrzasków.
Nija zawinęła swoja burkę i zwiała do holu wraz z nagrywającą całe zajście Kate i przerażoną postawą nastolatków lis.
Jedyną, która nic sobie nie robiła z tego bałaganu była Irene łapiąca bagnetem lecące w jej kierunku kawałki mięsa.

Ja ukryłem się za stołem, szkoda mi było ostatniego czystego dresu. Może to mało bohaterskie z mojej strony ale w obliczu tej masy ludzkie mój głos nie miał najmniejszych szans przebicia.

W pewnym momencie Terry dostał w mordę pełnym talerzem pyr które utworzyły na jego ryju ciekawy kolarz przywodzący na myśl Tego szalonego klauna z filmu „It” co spowodowało u mnie niekontrolowany wybuch śmiechu.

 - Oż ty kurwiu – chemik cisnął w moją stronę surówką trafiając niestety w głowę jednak zachlapując marchwiowym sokiem koszulkę.

Puściły mi nerwy zwaliłem go z krzesła i zaczęliśmy się prać co jakiś czas obrywając dalej latającymi po sali ziemniakami.

Wtem przy naszej przepychance wyleciała mi legitymacja Pointer i wylądowała w pobliżu stołu. Odepchnąłem na chwilę blondyna i rzuciłem się po kartonik. Niestety było za późno dostrzegła to brunetka.

Miałem jednak szczęście bo w tym momencie i ona oberwała kartoflami i zdołałem ponownie ukryć dokument w kieszeni.

Jej wzrok gdyby mógł zabił by mnie na miejscu. Wiedziałem ze zaraz się do mnie ruszy jednak w tym momencie obiad skończył Oliver kończąc tym samym wielka wojnę, a mi umożliwiając ucieczkę z kantyny.

 

***

 

Było po ciszy nocnej. Bez szelestnice przemierzyłem schody i ruszyłem w stronę pokoju dyrektora. Stanąłem porze drzwiami pokoju numer dziewięć, który był w swoistym załomie przy schodach. Zapukałem i już miałem złapać za klamkę  gdy coś złapało mnie za gardło i zagrabmy ruchem wciągnęło do składzika na mopy.

Poczułem zimną stal przy szyi.

 - Nie waż się pisnąć – rozpoznałem głos Irene.
Zaszurała wycieraczka przed drzwiami Olivera, cień dyrektora zaciemnił cienką szparę w składziku, a potem drzwi z głośnym hukiem zamknęły się ponownie.

 - No – poprawiła uścisk - to teraz se możemy pogadać.
 - Wiem kim jesteś – syknąłem ze złością – jesteś komunistką. Ruską agentką i...
 - Pedro – powiedziała nieomalże czule, prezentując jadowity uśmiech – zamknij się i zastanów przez moment.
Poczułem smród fajek z jej ust.
 - Ty wiesz kim ja jestem i Ja doskonale wiem kim ty jesteś, wiem wszystko - Poczułem jak jej zimne palce delikatnie przejechały mi po policzku
Wszystko!? Co to znaczy? Czyżby wiedziała o mojej przypadłości?

Nie, a może? Dobra pomilczę i zobaczę co ma do powiedzenia.
 - Pracując w więzieniu szybko człek się uczy odróżniać tego rodzaju spojrzenia. Takie i inne – poczułem ból gdy drasnęła mnie paznokciem w żuchwę – zauważyłam to już dawno, właściwie zaraz po tym gdy Oliver zgodził się ciebie przyjąć – jej dłoń zjechała na moją szyję, a twarz niebezpiecznie zbliżyła do ucha - doskonale wiem co wczoraj zrobiłeś – wysyczała, a po moich plecach spłynęła porcja zimnego potu.
 - Ale nie dziwie się, pewnie będąc w podobnej bliskości z jakimś dobrym trunkiem również nie zawahała bym się zlizać kilku kropel z ustnika – w tym momencie zachichotała nieomalże frywolnie – jednakże – jej ton w jednej chwili stwardniał - ludzie to nie przedmioty – poczułem jak jej szpony boleśnie wbijają się w moją skórę na krtani.

Nie byłem w stanie ruszyć, strach paraliżował wszystkie komórki mojego ciała, a w głowie wył alarm.

Ona cię przejrzała!
ONA WIE!

 - Ale wiem też o innych rzeczach, hamujesz się – uścisk zelżał – bierzesz tabletki na wywołanie impotencji, unikasz zostawania z uczniami sam na sam. Szanuję to – stwierdziła z dziwnie słodką nutką - Dlatego cię nie zdradzę o ile ty nigdy nikomu nie powiesz o dokumencie jaki znalazłeś – ostrze niebezpiecznie nacisnęło na miękką skórę przy tchawicy -  rozumiemy się?
Byliśmy w impasie. Oboje mieliśmy dobrego haka na to drugie ale bez potwierdzenia tego w dowodach. Znaczy ja miałem potwierdzenie, jednak gdybym spróbował cokolwiek teraz zrobić Irene nie zawahała by się mnie zranić, a nawet zabić byle prawda nie wyszła na jaw.

 - D-dobrze – zaszemrałem, powoli wyjmując legitymację z kieszeni spodni.
 - Wspaniale - odebrała mi ją szybko i schowała w kurtce.

Ucisk i ostrze zniknęły w jednej chwili, a ona z błogim uśmiechem wyniosła się w głąb korytarza pozostawiając mnie samego sobie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31