Cz. 32
May 1
Minęło nieco czasu. Janet wróciła na uczelnie. Brad
trafił w końcu do zakładu, a Tom przysłał mi rachunek za lekarza, który ojca
zszył.
Wszystko po staremu – pomyślałem zbierając się do
roboty.
W głowie odbiły mi się nienawistne słowa ojca
„Gdyby mi nie pękła guma” – zgrzytnąłem zębami – byłem wpadką, wypadkiem przy
zabawie… może dlatego byłem taki zepsuty, może dlatego jestem pedofilem, a być
może nawet i gejem – uderzyłem w bezsilności oboma dłońmi w stół z grzankami.
Od kilku dni nie dawało mi to spokoju, wyciskało łzy
złości wobec postawionego przede mną faktu.
Ból ten był niemal fizyczny mimo, że w stanie
faktycznym nie wystąpiła żadna zmiana. Nie straciłem pracy, byłem zdrów jak
ryba, a mimo to gdy tylko moje myśli wracały do tego wieczora żołądek zaciskał
się w nieprzyjemny supeł. Zabrałem śniadanie do pudełka by zjeść je później. W
tamtej chwili nie miałem na to siły.
W aucie dla zabicia myśli puściłem radio gdzie
grzmiało o jakiejś wielkiej pandemii jaka zaatakowała Europę.
- Do nas to
nie dotrze, za daleko jesteśmy – mruknąłem stając na światłach – Swoją drogą
niebawem powinny być dni szkoły, ciekawe na co tym razem nas dzieciaki
wyciągną?
Rok temu był to spektakl Król Lew, na którym nie mogłem być bo nie miałem
wychowawstwa. Ale teraz jest inaczej.
Może to będzie basen? – pomyślałem, już mażąc o
Danielu w stroju kąpielowym – powinienem mu któregoś razu cyknąć fotkę z
ukrycia – przygryzłem polik – a co jak ją znajdzie? Może lepiej nie…
Z fali myśli wyrwał mnie jakiś imbecyl, który
przykleił się do przedniej szyby mojego auta z wiadrem wody i ściągaczką w
łapie.
- Może chce
pan mycie okien?
Narkoman?
- Nie, są
dostatecznie czyste.
- Może
jednak? – upierał się gość z przekrwionymi oczami.
- Jednak nie
– burknąłem.
Serio musiałeś się do mnie przyczepić akurat gdy
miałem tak przyjemnie myśli o moim uczniu? – pomyślałem ze złością.
- Ale będzie
pan zadowolony!
- Tak
zwłaszcza jak się odczepisz – posłałem mu uprzejmy uśmiech, po czym bez
wcześniejszych ostrzeżeń skręciłem w lewo.
Trudno pojadę dłuższą trasą ale będę miał spokój
-,- cóż to był zły plan prawie wjebałem się pod nadjeżdżającą karetkę.
- Z drogi
kurwa! – usłyszałem jakoś dziwnie znajomy wrzask.
No to już wiem co dziś porabia Walter – zaśmiałem
się w myślach.
***
No cóż każdemu zdarza się spóźnić – wbiegłem na
lekcje, w ostatniej chwili powstrzymując dzieciaki przed opuszczeniem sali.
Miałem szczęście gdybym nie zdążył otrzymałbym od
Olivera tęgą reprymendę. Jest bowiem tylko jedna rzecz jakiej dyro nie cierpi
bardziej od wydawania pieniędzy, a są to pozostawione bez opieki dzieci,
których rodzice go zlinczują jeśli któremukolwiek stanie się krzywda.
No, także zaprowadziłem porządek i zachęciłem do
gry w siatkę aby nieco samemu odetchnąć.
Chyba tracę kondycję, muszę wrócić do jeżdżenia
rowerem – pomyślałem, drapiąc się po głowie i ponownie natrafiając na świeżą
bliznę po ostatniej wizycie u ojca – no tak, talerzyk – westchnąłem – tyle
dobrego, że go w końcu zabrali i Janet ma spokój. Ale ja w sumie też i mogę
teraz częściej gościć Daniela jak mnie jego ojciec poprosi – uśmiechnąłem się w
duchu i odgwizdnąłem aut.
Sprawdziłem godzinę na zegarku od Sterna i
doszedłem do wniosku, że chyba powoli mu siadają baterie, bo wskazówki
pokazywały godzinę szesnastą.
Bez pośpiechu nastawiłem go zgodnie z telefonem.
Czas szybko leci – pomyślałem z nostalgią
W tym momencie usłyszałem ryk dzwonka.
No w końcu, mogłem na spokojnie się przebrać,
rzeczy porozkładać i odłożyć dziennik.
- Hej Pedro
– usłyszałem za sobą rozradowany głos Kate.
- Cześć –
burknąłem – mamy dziś jakieś zastępstwa?
- No ty masz
za Scarlet.
- Jaką
Scarlet? – coś przeoczyłem?
- No tą
nową, niby miała być za miesiąc ale powiedziała, że będzie wcześniej dyro
pozmieniał godziny planu w weekend. Sprawdziłeś w ogóle powiadomienia?
- Wybacz, zupełnie
nie miałem do tego głowy – powiedziałem z autentyczną skruchą - Ale to jak ma
być dzisiaj to czemu mam ją zastępować?
- Bo się na
drugą godzinę nie wyrobi z dojazdem, w jej części miasta jest jakieś straszne
zamieszanie z metrem. Nie wiem, ktoś się rzucił pod pociąg czy coś takiego.
- Oj,
rozumiem, dobra – zerknąłem na wykaz zastępstw.
Sala nr.13 i
to jeszcze z 6F?
Może być ciekawie… - pomyślałem zaglądając do
przegródki oznaczonej jako Wychowanie Seksualne.
Ciekawe co za tematy dało kuratorium? – wyjąłem
opasłą książeczkę wytycznych odnośnie omawiania kolejnych tematów.
Zrobiłem to trochę z ciekawości bowiem nie bardzo
umiałbym chyba wykładać przedmiot tak … nie umiem znaleźć innego słowa jak …
„kontrowersyjny”? „budzący emocje”?
Nie mogę powiedzieć im jak będzie wyglądała
organizacja zajęć, bo to broszka Scarlet. Ale może po prostu z nimi pogadam?
Czego się spodziewają, czego boją itp.? To chyba dobry pomysł…
Przynajmniej miałem taką nadzieję.
Na wszelki wypadek jednak przejrzałem z grubsza
wytyczne. Strasznie dużo było tam popalania o antykoncepcji, trochę o cyklu
miesiączkowym. Za trzy spore tematy o chorobach wenerycznych. No i był jeden
temat o LGBT i seksie z osobami tej samej płci.
Nie było tam jednak ani pół tematu o uczuciach co
bardzo mnie zaskoczyło.
Zadzwonił dzwonek.
Wpuściłem gównarzerię do Sali, zapaliłem obite
grubą warstwą pajęczyn światła. Najwyraźniej woźna dawno tu nie zaglądała, być
może nawet remont nie został tu w żaden sposób przeprowadzony.
Sprawdziłem czy pod tablicą jest kreda.
Jak się można spodziewać oczywiście nie było, nawet
ściery zwykle zalegające pod oknami gdzieś wyparowały.
Jedyne co było to zarośnięte akwarium ze szkieletem
złotej rybki na środku i kryjącym się w jej wnętrzu glonojadem, który po raz pierwszy
od miesięcy zobaczywszy sztuczne światło ukrył się gdzieś głęboko w krzaku alg.
- Mogę
otworzyć okno? – zapytał Brajanek uśmiechając się niczym mały diabeł, a mi się
przypomniał incydent z zawiasem w sali gimnastycznej.
- Ani mi się
waż! – zawołałem, ale było za późno okno zostało otwarte jednak tym razem bez
ofiar.
Sam otworzyłem jeszcze ze dwa aby pozbyć się
nieznośnego zapachu stęchlizny.
- To co? Pan
nas będzie uczył o bzykaniu? – zapytał zadowolony, pryszczaty cwaniak z lewego
rzędu.
- A będą
zajęcia praktyczne? – dopytał rozochocony Brajan.
- Lalki
szykujcie tyłki – zaśmiał się jakiś zuchwały rudzielec – będzie tęgie ruchańsko
– większość dziewczyn skrzywiła się jak by właśnie zjadła cytrynę.
Westchnąłem głęboko łapiąc się za nasadę nosa.
- Nie będzie
zajęć praktycznych, a już na pewno nie ze mną, bo zajęcia od przyszłego
tygodnia będzie prowadziła pani Scarlet Jonson.
- A ładna
chociaż? – Brajanek świetnie się bawił.
- Chłopacze
wstań, kobieta nie musi być ładna by mieć faceta. Może mieć wspaniałą
osobowość.
- Ale lepiej
się rucha ładną.
- A ty skąd
wiesz? Udało ci się z jakąś ładną laską? Bo jak na ciebie parzę to jedyną laskę
jaką dotąd miałeś to tę w dzienniku – klasa zachichotała.
- No nie,
ale wygląd jest ważny – zauważyłem w jego oczach jakaś iskierkę determinacji.
- Naprawdę?
Wpływa on jakoś na ilość neuronów czuciowych w pochwie albo na penisie? Myślisz
że Jessica więcej czuje od Grety spod tej tony tapety jaką codziennie wysypuje
na twarz? Nie sądzę – klasa zrobiła się bardziej uważna – obie mają takie same
cipki i ilość makijażu, wstążek czy cena sukienek nie wpływa na to w żadnym
stopniu.
- To co
wpływa na to by seks był dobry? - znów ozwał się pryszczol.
- To jest
dość skomplikowane zagadnienie.
- Czemu? –
Brajan nie dawał za wygraną - Nie ma nic skomplikowanego we wsadzeniu fiuta do
dziurki.
- W tym na
pewno nie, ale za to w pozycji już tak, w odpowiedniej grze wstępnej, w
nawilżeniu i chyba w najważniejszym aspekcie zwłaszcza dla kobiet czyli w
uczuciu. Zaopiekowana kobieta to szczęśliwa kobieta i chętniejsza do
współżycia.
- Co za
farmazony pan wygaduje. Kobieta nie musi być szczęśliwa by seks był dobry –
poczułem jak wszystkie dziewczyny na sali i część chłopców odsuwa się od niego
mentalnie.
- Dla ciebie
nie ale dla twoich koleżanek owszem. Dla kobiet bycie zaopiekowaną jest bardzo
istotne.
- A skąd pan
wie? Przecież nie ma pan obrączki!
- Cicho, on
z panem Fosterem się pieprzy, a on gorszy jak baba w ciąży – syknął rudy.
- Czy
możecie w końcu przestać doszukiwać się związku miedzy mną a panem Fosterem!?
>< Nie jesteśmy i nie będziemy nigdy w żadnym związku!
- Jest pan
hetero? – zapytała z nadzieją gruba Berta.
- Czy to ma
na prawdę jakieś znaczenie w tym momencie!? – zirytowałem się, to moja sprawa
jakiej jestem orientacji nie ich.
- Mówiłem że
gej – Brajanek odzyskał rezon.
- A może bi?
– zastanowił się cwaniak.
- Na miłość
Boską! – wybuchłem - Nie musze być hetero by to wiedzieć, żyję od was dłużej
miałem swoje doświadczenia z kobietami. Mam sporo koleżanek i naprawdę uczucie
jest znacznie bardziej istotne od urody! Bardzo łatwo się pieprzy byle z kim i
byle jak dla własnej przyjemności bez dbania o drugą osobę! To jest łatwe! To
może być przyjemne ale to nigdy nie będzie zdrowe ani dobre! Żyjecie w świecie
konsumpcyjnym! JA! MOJE! JA! Nie macie pojęcia, że swoim bezdusznym i
samolubnym postępowaniem możecie zrobić komuś krzywdę! Seks jest przyjemny ale
nie róbcie z niego szejka na zamówienie! To ma być intymne spotkanie dwóch
osób, a nie masturbacja jednego drugim! TO JEST CHOR…
Przerwał mi dźwięk dzwonka.
- A nie
mówiłem, że gej – usłyszałem na odchodne
- Wisisz mi dychę - i straciłem wszelką wiarę w ludzi.
***
Podkopany, zawiadomiłem woźną o stanie sali nr. 13
i odbębniłem kolejne cztery godziny.
Byłem wypruty psychicznie. Miałem ochotę się
schlać.
Wrócić do domu, wyjąć zimne piwo z lodówki i wypić
przy jakimkolwiek meczu. W tej chwili nawet bilard był by ciekawy niż ta
zawszona buda.
A gdyby tak podejść do stołówki i podpytać Jamala o
jakieś zielone ciastka? Albo Irene o bimber? – westchnąłem – i zrobić z siebie
pośmiewisko? Albo wyłamać hamulce i dobrać się do kogoś w kiblu – pomyślałem z
pogardą dla samego siebie – dotrwam do końca. Jeszcze dwie godziny – zajrzałem
ze smutkiem do pustego już pudełka na śniadanie.
- hej Pedro,
dostaliśmy propozycje wyjść na dni szkoły – pokazała plik karteczek.
- To super –
stwierdziłem z udawanym entuzjazmem.
- Moi
wybrali wyjście do Zoo – pochwaliła się – będę miała masę możliwości podrywu na
zwierzątka – puściła mi figlarnie oko.
- Super –
powtórzyłem równie radośnie co za pierwszym razem.
- Twoi
uparli się na kino.
- A grają
chociaż coś przyzwoitego?
- Chcą iść
na powtórkę którejś tam części Zmierzchu.
- Świetnie –
moje podekscytowanie sięgnęło zenitu… - A nie było do wyboru Tytanica może? –
zakpiłem.
- Oj tam.
Zmierzch to niezły film. Taki romantyczny – zakręciła się wokół własnej osi.
- I
piekielnie przewidywalny – dodałem przewracając oczami – zawsze główna laska
jest szczęśliwa, że o jej względy stara się jakiś potwór. Nic w tym
romantycznego. To jak by uznać, że pociąg starej baby do nastoletniego
szczeniaka jest podniecający.
- Boże Pedro
co cię dzisiaj ugryzło? Nie wyspałeś się czy jak?
- Jakoś nie
mam humoru na romantyzm w dniu dzisiejszym... – burknąłem zbierając dziennik.
-
Przesadzasz to wcale nie…– jej wypowiedź przerwał dzwonek – dober to ja lecę.
Tylko dzieciaków w depresje nie wpędź! – zawołała na odchodne.
- Ta… Bo na
pewno ich obejdzie stan WFisty…
Wziąłem głęboki wdech i poszedłem na salę, na
której czekał na mnie Oliver.
Coś dużo „na” w tym zdaniu – roześmiałbym się ale
mam zbyt podły humor.
- Oho będzie
zabawnie…
- Delashit
czy ja ci coś może mówiłem o obrażaniu uczniów?
- Tylko o
tym by ich bezpośrednio nie obrażać i nie robić tego na zebraniach.
- Pedro,
matka Brajanka jest w radzie nadzorczej. Nie można się do niego zwracać per
Pało.
- Ale ja nic
takiego nie powiedziałem!
- Nie
interesuje mnie jak było, ważne byś tego chłopaka, a nie obrażał. Chcesz by nam
podcięli finansowanie?
- N-nie… -
burknąłem.
- No widzisz
ja też nie. DLATEGO CZUJ SIĘ ZBESZTANY! – powiedział bardzo dosadnie,
obserwując coś daleko w głębi korytarza.
- Straszne –
mruknąłem pod nosem, po czym dostałem w bok lekkiego kuksańca od McMillana –
DOBRZE PANIE DYREKTORZE WIĘCEJ SIĘ TO NIE POWTÓRZY – wyrecytowałem obserwując
jak jego oczy odprowadzają Brajanka do szatni.
***
Tuż przed ostatnimi zajęciami udało mi się przejść
na stołówkę gdzie spotykałem Terry’ego. Siedział czymś bardzo przejęty i pisał
na telefonie. Oczy miał w widoczny sposób spuchnięte od płaczu.
Ciekawe co się stało? – pomyślałem, kupując sobie w
automacie sok.
Najpierw udawałem, że go nie widzę, ale czekając aż
automat przetrawi moją kartę uznałem, że nie wytrzymam tego chlipania.
- Masz
chustki - położyłem przed nim pudełko.
- D-dzięki - zaszlochał, chyba chciał
dorzucić jakąś obelgę ale się powstrzymał.
- Co się dzieje? - spytałem rzeczowo,
zapominając na chwile o automacie domagającym się odebrania soku.
- Angel.. znaczy Andrew mój młodszy brat...-
przełknął z trudem ślinę - jest chory.... anemia do tego - głos mu się co
chwila łamał - wykryto mu w płucach grzyby, a ma alergie na większość leków -
tu się rozryczał.
Podetkałem mu ponownie chustki pod nos.
- Ale to nie koniec świata, chyba można z
tego wyjść?
Zaczął bardzo szybko kiwać głową.
- Ale k-koszta - pociągnął nosem - przy jego stanie
konieczna jest bardzo droga terapia... dostępna tylko w Kanadzie, a nasza
rodzina nie ma pieniędzy ani dostatecznej zdolności kredytowej. A-a najgorsze,
że nie kwalifikuje się do fundacji, do której złożyliśmy podanie, a która by
nam to chodź częściowo zrefundowała - tu ponownie się rozsypał.
Westchnąłem i mimo dzielących nas animozji
przytuliłem go.
- Masz
kogoś?
- Sida… -
zmełłem w gardle kilka przekleństw.
- Może
odpuści ci czynsz na jakiś czas, byś mógł zebrać pieniądze?
- Może? Tak!
To genialny pomysł! Zaraz do niego napisze! – blondas momentalnie się ożywił.
Super, ratuję tyłek brata faceta, z którym mój
partner mnie zdradzał – medal uśmiechu mam w kieszeni…
***
Po ostatnich zajęciach bardzo mnie cieszyła
perspektywa powrotu do domu. W końcu moje cztery ściany, mój kot i moja kanapa.
Tylko ja, piwo i telewizja cały weekend.
Właśnie miałem odpalić auto gdy znów usłyszałem
beczenie.
Tylko tego mi brakowało – pomyślałem ale mimo
wszystko się rozejrzałem.
Pod tylną ściana budynku w załomie siedział i
płakał chemik.
- Brat mu
umarł czy co? – mruknąłem pod nosem – Ej, co się dzieje? – podszedłem do niego
kawałek.
- S-sid
m-mnie rzucił – wybełkotał i znów zaczął płakać – stwierdził, że chce go
wykiwać jak jego pierwszy chłopak – pociągnął nosem – i że mam zabrać swoje
rzeczy w ciągu godziny albo je na śmietnik wywali…
- CO!? – no
teraz to się we mnie zagotowało – Jak można być tak bezczelnym kutafonem!
- O-on nie
jest bezczelny, boi si… - chciał go bronić Foster.
- Gówno
prawda! Wykorzystał cię, a gdy masz problem wypierdala z domu? Co za człowiek!
- Nie, ale
on – w Terry’m znów ozwał się syndrom sztokholmski.
- Żadne ale.
Chodź zbieraj się jedziemy po twoje rzeczy! – zakomenderowałem – gdzie twój
wóz?
-
Sprzedałem, Pedro od kilku miesięcy jeżdżę rowerem – machnął żałośnie ręką w
kierunku jakiegoś zardzewiałego do niemożliwości graciaka.
Znów opadły mi ręce.
- Dobra
weźmiemy moje auto. Chodź baranie! – mimo drobnych protestów zmusiłem blondyna
do wstania.
***
Jechałem zgodnie z trasą jaka pamiętałem. Terry nie protestował tylko czyścił
mój samochód z zapasu chusteczek więc chyba nie zmienili adresu.
Niebawem stanąłem pod znajomym dwunastopiętrowym
blokiem.
- Poczekam w
wozie – poinformowałem.
Okularnik przecząco pokręcił głową.
- Nie dam
rady sam, proszę wejdź ze mną - zaszlochał.
Nie byłem w stanie mu odmówić, przecież nie jestem
z kamienia.
Weszliśmy do klatki, wcisnąłem ósme piętro i
ruszyliśmy.
Terry się trząsł, chyba ze stresu.
- Myślisz,
że jest w domu? – przerwałem milczenie.
- Nie…Pewnie
jeszcze siedzi w robocie.
- To i
lepiej dla niego – mruknąłem wysiadając na odpowiednim piętrze i
bezceremonialnie kierując się do mieszkania numer 960.
Znów stanąłem przed tymi drzwiami. Odetchnąłem.
- Otwieraj –
zakomenderowałem.
Chemik posłusznie wykonał polecenie i niebawem
ponownie byłem w mieszkaniu Sida.
W środku było ciemno i panował lekki zaduch. Terry
poleciał zbierać rzeczy, a ja postanowiłem obejść mieszkanie. Prawie nic się
nie zmieniło odkąd uciekłem. Pęknięcia w ścianach, znajoma szafka w
przedpokoju, z której się zjebałem wymieniając żarówkę. Łazienka z za wąską
wanną w której nie było jak się zmieścić we dwóch. Prezent ode mnie kolorowy
kogut z jakiegoś wyjazdu, którego dałem mu na urodziny teraz spoczywał zasypany
masą kurzu na szafce przy pralce.
Minąłem korytarz i wszedłem do kuchni. Na blacie
leżała korespondencja, z tego co się zorientowałem chyba rachunki. Wiem, że nie
powinienem ale z ciekawości sprawdziłem ile wynosił czynsz. Nie była to zbyt
duża kwota, niewiele większa od tego co ja płaciłem w rachunkach za swoje
cztery ściany. Na dwie osoby wychodziło śmiesznie mało. Mógł Fosterowi
odpuścić. Chyba, że już ma kogo innego na oku – boleśnie się uśmiechnąłem.
- Terry ile
płacisz za mieszkanie? – zawróciłem do niegdyś naszego wspólnego pokoju.
Gdy wszedłem blondyn akurat walczył z powieszoną
nad łóżkiem ogromną, tęczową flagą.
- Um… -
podał całą kwotę jaką widziałem na kartce – wiem, że sporo ale mieszkanie jest
na naprawdę w dobrym miejscu.
Nie skomentowałem tego. Chciałem aby jak
najszybciej się spakował bym mógł opuścić to miejsce.
- Pedro brać
zabawki erotyczne? B-bo niby kupowaliśmy je na spółę i…
- Bierz co
uważasz za swoje – uciąłem temat.
Po półtorej godzinie w końcu zabraliśmy wszystkie
rzeczy, zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przez ten czas
blondyn zdołał ochłonąć i nawet zacząć w miarę logicznie myśleć.
Nie ma to jak wypadek – pomyślałem stając w korku
przed jednym ze skrzyżowań.
Zacząłem nerwowo bębnić palcami w kierownice.
- Skąd
znałeś adres? – spytał po chwili milczenia zielonooki – wiedziałeś które piętro
i mieszkanie. Skąd?
Przez chwilę milczałem zbierając myśli do kupy.
- Bo to ja
go zostawiłem. Ja jestem tym „szczeniakiem”
- Co? –
chemika zmurowało – A-ale jak?
- Poznaliśmy
się w tej samej budzie, potem się do niego przeprowadziłem – zgrabnie starałem
się omijać kwestie rodzinne związane z tym wydarzeniem – nie miałem dość kasy
na studia więc poszedłem na czarno myć kible na lotnisku gdzie on pracował.
Znał moje godziny pracy. Uciułałem sobie na kurs masażysty przeszedłem go. W
dniu otrzymania licencji wróciłem wcześniej niż przewidywał. Nakryłem was… -
Terry wytrzeszczył oczy - nie powiedział ci, że kogoś ma prawda? – blondyn
pokręcił głową – uciekłem, sporo popiłem i wróciłem gdy on miał nocną zmianę.
Spakowałem się i odszedłem. Myślałem, że więcej nie będę miał styczności ani z
tobą ani z nim póty...
- Nie
trafiłeś do naszej szkoły – dokończył chemik – nie wiedziałem, nie mówił, że
kogoś ma i to miał być tylko raz ale… ja się w nim zakochałem i… powiedział mi
chyba następnego dnia, że go współlokator zostawił bez słowa i wpędził w długi…
oszukał mnie… KUTAS MNIE OSZUKAŁ! – Terry bezsilnie uderzył rękoma w tapicerkę.
Przez chwilę milczeliśmy obserwując pojawiające się
na szybie kropelki deszczu.
- Co teraz?
– spytałem – masz się gdzie podziać?
Terry zacisnął usta w wąską linię.
- Jestem
spłukany, wszystko poszło na leczenie Andrew.
Na prawdę nie chciałem tego powiedzieć ale czułem,
że powinienem, że nie mogę tej mendy zostawić na lodzie. To by było nieludzkie…
- Możesz u
mnie zostać jakiś czas… - powiedziałem niepewnie.
- Naprawdę!?
Coś czuję, że będę tego żałował.
- Tak…

Komentarze
Prześlij komentarz