Cz. 32

 

May 1

 

Minęło nieco czasu. Janet wróciła na uczelnie. Brad trafił w końcu do zakładu, a Tom przysłał mi rachunek za lekarza, który ojca zszył.

Wszystko po staremu – pomyślałem zbierając się do roboty.

W głowie odbiły mi się nienawistne słowa ojca „Gdyby mi nie pękła guma” – zgrzytnąłem zębami – byłem wpadką, wypadkiem przy zabawie… może dlatego byłem taki zepsuty, może dlatego jestem pedofilem, a być może nawet i gejem – uderzyłem w bezsilności oboma dłońmi w stół z grzankami.

Od kilku dni nie dawało mi to spokoju, wyciskało łzy złości wobec postawionego przede mną faktu.

Ból ten był niemal fizyczny mimo, że w stanie faktycznym nie wystąpiła żadna zmiana. Nie straciłem pracy, byłem zdrów jak ryba, a mimo to gdy tylko moje myśli wracały do tego wieczora żołądek zaciskał się w nieprzyjemny supeł. Zabrałem śniadanie do pudełka by zjeść je później. W tamtej chwili nie miałem na to siły.

W aucie dla zabicia myśli puściłem radio gdzie grzmiało o jakiejś wielkiej pandemii jaka zaatakowała Europę.

 - Do nas to nie dotrze, za daleko jesteśmy – mruknąłem stając na światłach – Swoją drogą niebawem powinny być dni szkoły, ciekawe na co tym razem nas dzieciaki wyciągną?
Rok temu był to spektakl Król Lew, na którym nie mogłem być bo nie miałem wychowawstwa. Ale teraz jest inaczej.

Może to będzie basen? – pomyślałem, już mażąc o Danielu w stroju kąpielowym – powinienem mu któregoś razu cyknąć fotkę z ukrycia – przygryzłem polik – a co jak ją znajdzie? Może lepiej nie…

Z fali myśli wyrwał mnie jakiś imbecyl, który przykleił się do przedniej szyby mojego auta z wiadrem wody i ściągaczką w łapie.

 - Może chce pan mycie okien?

Narkoman?

 - Nie, są dostatecznie czyste.

 - Może jednak? – upierał się gość z przekrwionymi oczami.

 - Jednak nie – burknąłem.

Serio musiałeś się do mnie przyczepić akurat gdy miałem tak przyjemnie myśli o moim uczniu? – pomyślałem ze złością.

 - Ale będzie pan zadowolony!

 - Tak zwłaszcza jak się odczepisz – posłałem mu uprzejmy uśmiech, po czym bez wcześniejszych ostrzeżeń skręciłem w lewo.

Trudno pojadę dłuższą trasą ale będę miał spokój -,- cóż to był zły plan prawie wjebałem się pod nadjeżdżającą karetkę.

 - Z drogi kurwa! – usłyszałem jakoś dziwnie znajomy wrzask.

No to już wiem co dziś porabia Walter – zaśmiałem się w myślach.

 

***

 

No cóż każdemu zdarza się spóźnić – wbiegłem na lekcje, w ostatniej chwili powstrzymując dzieciaki przed opuszczeniem sali.

Miałem szczęście gdybym nie zdążył otrzymałbym od Olivera tęgą reprymendę. Jest bowiem tylko jedna rzecz jakiej dyro nie cierpi bardziej od wydawania pieniędzy, a są to pozostawione bez opieki dzieci, których rodzice go zlinczują jeśli któremukolwiek stanie się krzywda.

No, także zaprowadziłem porządek i zachęciłem do gry w siatkę aby nieco samemu odetchnąć.

Chyba tracę kondycję, muszę wrócić do jeżdżenia rowerem – pomyślałem, drapiąc się po głowie i ponownie natrafiając na świeżą bliznę po ostatniej wizycie u ojca – no tak, talerzyk – westchnąłem – tyle dobrego, że go w końcu zabrali i Janet ma spokój. Ale ja w sumie też i mogę teraz częściej gościć Daniela jak mnie jego ojciec poprosi – uśmiechnąłem się w duchu i odgwizdnąłem aut.

Sprawdziłem godzinę na zegarku od Sterna i doszedłem do wniosku, że chyba powoli mu siadają baterie, bo wskazówki pokazywały godzinę szesnastą.

Bez pośpiechu nastawiłem go zgodnie z telefonem.

Czas szybko leci – pomyślałem z nostalgią

W tym momencie usłyszałem ryk dzwonka.

No w końcu, mogłem na spokojnie się przebrać, rzeczy porozkładać i odłożyć dziennik.

 - Hej Pedro – usłyszałem za sobą rozradowany głos Kate.

 - Cześć – burknąłem – mamy dziś jakieś zastępstwa?

 - No ty masz za Scarlet.

 - Jaką Scarlet? – coś przeoczyłem?

 - No tą nową, niby miała być za miesiąc ale powiedziała, że będzie wcześniej dyro pozmieniał godziny planu w weekend. Sprawdziłeś w ogóle powiadomienia?

 - Wybacz, zupełnie nie miałem do tego głowy – powiedziałem z autentyczną skruchą - Ale to jak ma być dzisiaj to czemu mam ją zastępować?

 - Bo się na drugą godzinę nie wyrobi z dojazdem, w jej części miasta jest jakieś straszne zamieszanie z metrem. Nie wiem, ktoś się rzucił pod pociąg czy coś takiego.

 - Oj, rozumiem, dobra – zerknąłem na wykaz zastępstw.

 Sala nr.13 i to jeszcze z 6F?

Może być ciekawie… - pomyślałem zaglądając do przegródki oznaczonej jako Wychowanie Seksualne.

Ciekawe co za tematy dało kuratorium? – wyjąłem opasłą książeczkę wytycznych odnośnie omawiania kolejnych tematów.

Zrobiłem to trochę z ciekawości bowiem nie bardzo umiałbym chyba wykładać przedmiot tak … nie umiem znaleźć innego słowa jak … „kontrowersyjny”? „budzący emocje”?

Nie mogę powiedzieć im jak będzie wyglądała organizacja zajęć, bo to broszka Scarlet. Ale może po prostu z nimi pogadam? Czego się spodziewają, czego boją itp.? To chyba dobry pomysł…

Przynajmniej miałem taką nadzieję.

Na wszelki wypadek jednak przejrzałem z grubsza wytyczne. Strasznie dużo było tam popalania o antykoncepcji, trochę o cyklu miesiączkowym. Za trzy spore tematy o chorobach wenerycznych. No i był jeden temat o LGBT i seksie z osobami tej samej płci.

Nie było tam jednak ani pół tematu o uczuciach co bardzo mnie zaskoczyło.

Zadzwonił dzwonek.

Wpuściłem gównarzerię do Sali, zapaliłem obite grubą warstwą pajęczyn światła. Najwyraźniej woźna dawno tu nie zaglądała, być może nawet remont nie został tu w żaden sposób przeprowadzony.

Sprawdziłem czy pod tablicą jest kreda.

Jak się można spodziewać oczywiście nie było, nawet ściery zwykle zalegające pod oknami gdzieś wyparowały.

Jedyne co było to zarośnięte akwarium ze szkieletem złotej rybki na środku i kryjącym się w jej wnętrzu glonojadem, który po raz pierwszy od miesięcy zobaczywszy sztuczne światło ukrył się gdzieś głęboko w krzaku alg.

 - Mogę otworzyć okno? – zapytał Brajanek uśmiechając się niczym mały diabeł, a mi się przypomniał incydent z zawiasem w sali gimnastycznej.

 - Ani mi się waż! – zawołałem, ale było za późno okno zostało otwarte jednak tym razem bez ofiar.

Sam otworzyłem jeszcze ze dwa aby pozbyć się nieznośnego zapachu stęchlizny.

 - To co? Pan nas będzie uczył o bzykaniu? – zapytał zadowolony, pryszczaty cwaniak z lewego rzędu.

 - A będą zajęcia praktyczne? – dopytał rozochocony Brajan.

 - Lalki szykujcie tyłki – zaśmiał się jakiś zuchwały rudzielec – będzie tęgie ruchańsko – większość dziewczyn skrzywiła się jak by właśnie zjadła cytrynę.

Westchnąłem głęboko łapiąc się za nasadę nosa.

 - Nie będzie zajęć praktycznych, a już na pewno nie ze mną, bo zajęcia od przyszłego tygodnia będzie prowadziła pani Scarlet Jonson.

 - A ładna chociaż? – Brajanek świetnie się bawił.

 - Chłopacze wstań, kobieta nie musi być ładna by mieć faceta. Może mieć wspaniałą osobowość.

 - Ale lepiej się rucha ładną.

 - A ty skąd wiesz? Udało ci się z jakąś ładną laską? Bo jak na ciebie parzę to jedyną laskę jaką dotąd miałeś to tę w dzienniku – klasa zachichotała.

 - No nie, ale wygląd jest ważny – zauważyłem w jego oczach jakaś iskierkę determinacji.

 - Naprawdę? Wpływa on jakoś na ilość neuronów czuciowych w pochwie albo na penisie? Myślisz że Jessica więcej czuje od Grety spod tej tony tapety jaką codziennie wysypuje na twarz? Nie sądzę – klasa zrobiła się bardziej uważna – obie mają takie same cipki i ilość makijażu, wstążek czy cena sukienek nie wpływa na to w żadnym stopniu.

 - To co wpływa na to by seks był dobry? - znów ozwał się pryszczol.

 - To jest dość skomplikowane zagadnienie.

 - Czemu? – Brajan nie dawał za wygraną - Nie ma nic skomplikowanego we wsadzeniu fiuta do dziurki.

 - W tym na pewno nie, ale za to w pozycji już tak, w odpowiedniej grze wstępnej, w nawilżeniu i chyba w najważniejszym aspekcie zwłaszcza dla kobiet czyli w uczuciu. Zaopiekowana kobieta to szczęśliwa kobieta i chętniejsza do współżycia.

 - Co za farmazony pan wygaduje. Kobieta nie musi być szczęśliwa by seks był dobry – poczułem jak wszystkie dziewczyny na sali i część chłopców odsuwa się od niego mentalnie.

 - Dla ciebie nie ale dla twoich koleżanek owszem. Dla kobiet bycie zaopiekowaną jest bardzo istotne.

 - A skąd pan wie? Przecież nie ma pan obrączki!

 - Cicho, on z panem Fosterem się pieprzy, a on gorszy jak baba w ciąży – syknął rudy.

 - Czy możecie w końcu przestać doszukiwać się związku miedzy mną a panem Fosterem!? >< Nie jesteśmy i nie będziemy nigdy w żadnym związku!

 - Jest pan hetero? – zapytała z nadzieją gruba Berta.

 - Czy to ma na prawdę jakieś znaczenie w tym momencie!? – zirytowałem się, to moja sprawa jakiej jestem orientacji nie ich.

 - Mówiłem że gej – Brajanek odzyskał rezon.

 - A może bi? – zastanowił się cwaniak.

 - Na miłość Boską! – wybuchłem - Nie musze być hetero by to wiedzieć, żyję od was dłużej miałem swoje doświadczenia z kobietami. Mam sporo koleżanek i naprawdę uczucie jest znacznie bardziej istotne od urody! Bardzo łatwo się pieprzy byle z kim i byle jak dla własnej przyjemności bez dbania o drugą osobę! To jest łatwe! To może być przyjemne ale to nigdy nie będzie zdrowe ani dobre! Żyjecie w świecie konsumpcyjnym! JA! MOJE! JA! Nie macie pojęcia, że swoim bezdusznym i samolubnym postępowaniem możecie zrobić komuś krzywdę! Seks jest przyjemny ale nie róbcie z niego szejka na zamówienie! To ma być intymne spotkanie dwóch osób, a nie masturbacja jednego drugim! TO JEST CHOR…

Przerwał mi dźwięk dzwonka.

 - A nie mówiłem, że gej – usłyszałem na odchodne  - Wisisz mi dychę - i straciłem wszelką wiarę w ludzi.

 

***

 

Podkopany, zawiadomiłem woźną o stanie sali nr. 13 i odbębniłem kolejne cztery godziny.

Byłem wypruty psychicznie. Miałem ochotę się schlać.

Wrócić do domu, wyjąć zimne piwo z lodówki i wypić przy jakimkolwiek meczu. W tej chwili nawet bilard był by ciekawy niż ta zawszona buda.

A gdyby tak podejść do stołówki i podpytać Jamala o jakieś zielone ciastka? Albo Irene o bimber? – westchnąłem – i zrobić z siebie pośmiewisko? Albo wyłamać hamulce i dobrać się do kogoś w kiblu – pomyślałem z pogardą dla samego siebie – dotrwam do końca. Jeszcze dwie godziny – zajrzałem ze smutkiem do pustego już pudełka na śniadanie.

 - hej Pedro, dostaliśmy propozycje wyjść na dni szkoły – pokazała plik karteczek.

 - To super – stwierdziłem z udawanym entuzjazmem.

 - Moi wybrali wyjście do Zoo – pochwaliła się – będę miała masę możliwości podrywu na zwierzątka – puściła mi figlarnie oko.

 - Super – powtórzyłem równie radośnie co za pierwszym razem.

 - Twoi uparli się na kino.

 - A grają chociaż coś przyzwoitego?

 - Chcą iść na powtórkę którejś tam części Zmierzchu.

 - Świetnie – moje podekscytowanie sięgnęło zenitu… - A nie było do wyboru Tytanica może? – zakpiłem.

 - Oj tam. Zmierzch to niezły film. Taki romantyczny – zakręciła się wokół własnej osi.

 - I piekielnie przewidywalny – dodałem przewracając oczami – zawsze główna laska jest szczęśliwa, że o jej względy stara się jakiś potwór. Nic w tym romantycznego. To jak by uznać, że pociąg starej baby do nastoletniego szczeniaka jest podniecający.

 - Boże Pedro co cię dzisiaj ugryzło? Nie wyspałeś się czy jak?

 - Jakoś nie mam humoru na romantyzm w dniu dzisiejszym... – burknąłem zbierając dziennik.

 - Przesadzasz to wcale nie…– jej wypowiedź przerwał dzwonek – dober to ja lecę. Tylko dzieciaków w depresje nie wpędź! – zawołała na odchodne.

 - Ta… Bo na pewno ich obejdzie stan WFisty…

Wziąłem głęboki wdech i poszedłem na salę, na której czekał na mnie Oliver.

Coś dużo „na” w tym zdaniu – roześmiałbym się ale mam zbyt podły humor.

 - Oho będzie zabawnie…

 - Delashit czy ja ci coś może mówiłem o obrażaniu uczniów?

 - Tylko o tym by ich bezpośrednio nie obrażać i nie robić tego na zebraniach.

 - Pedro, matka Brajanka jest w radzie nadzorczej. Nie można się do niego zwracać per Pało.

 - Ale ja nic takiego nie powiedziałem!

 - Nie interesuje mnie jak było, ważne byś tego chłopaka, a nie obrażał. Chcesz by nam podcięli finansowanie?

 - N-nie… - burknąłem.

 - No widzisz ja też nie. DLATEGO CZUJ SIĘ ZBESZTANY! – powiedział bardzo dosadnie, obserwując coś daleko w głębi korytarza.

 - Straszne – mruknąłem pod nosem, po czym dostałem w bok lekkiego kuksańca od McMillana – DOBRZE PANIE DYREKTORZE WIĘCEJ SIĘ TO NIE POWTÓRZY – wyrecytowałem obserwując jak jego oczy odprowadzają Brajanka do szatni.

 

***

 

Tuż przed ostatnimi zajęciami udało mi się przejść na stołówkę gdzie spotykałem Terry’ego. Siedział czymś bardzo przejęty i pisał na telefonie. Oczy miał w widoczny sposób spuchnięte od płaczu.

Ciekawe co się stało? – pomyślałem, kupując sobie w automacie sok.

Najpierw udawałem, że go nie widzę, ale czekając aż automat przetrawi moją kartę uznałem, że nie wytrzymam tego chlipania.

 - Masz chustki - położyłem przed nim pudełko.

 - D-dzięki - zaszlochał, chyba chciał dorzucić jakąś obelgę ale się powstrzymał.

 - Co się dzieje? - spytałem rzeczowo, zapominając na chwile o automacie domagającym się odebrania soku.

 - Angel.. znaczy Andrew mój młodszy brat...- przełknął z trudem ślinę - jest chory.... anemia do tego - głos mu się co chwila łamał - wykryto mu w płucach grzyby, a ma alergie na większość leków - tu się rozryczał.

Podetkałem mu ponownie chustki pod nos.

 - Ale to nie koniec świata, chyba można z tego wyjść?

Zaczął bardzo szybko kiwać głową.

- Ale k-koszta - pociągnął nosem - przy jego stanie konieczna jest bardzo droga terapia... dostępna tylko w Kanadzie, a nasza rodzina nie ma pieniędzy ani dostatecznej zdolności kredytowej. A-a najgorsze, że nie kwalifikuje się do fundacji, do której złożyliśmy podanie, a która by nam to chodź częściowo zrefundowała - tu ponownie się rozsypał.

Westchnąłem i mimo dzielących nas animozji przytuliłem go.

 - Masz kogoś?

 - Sida… - zmełłem w gardle kilka przekleństw.

 - Może odpuści ci czynsz na jakiś czas, byś mógł zebrać pieniądze?

 - Może? Tak! To genialny pomysł! Zaraz do niego napisze! – blondas momentalnie się ożywił.

Super, ratuję tyłek brata faceta, z którym mój partner mnie zdradzał – medal uśmiechu mam w kieszeni…

 

***

 

Po ostatnich zajęciach bardzo mnie cieszyła perspektywa powrotu do domu. W końcu moje cztery ściany, mój kot i moja kanapa. Tylko ja, piwo i telewizja cały weekend.

Właśnie miałem odpalić auto gdy znów usłyszałem beczenie.

Tylko tego mi brakowało – pomyślałem ale mimo wszystko się rozejrzałem.

Pod tylną ściana budynku w załomie siedział i płakał chemik.

 - Brat mu umarł czy co? – mruknąłem pod nosem – Ej, co się dzieje? – podszedłem do niego kawałek.

 - S-sid m-mnie rzucił – wybełkotał i znów zaczął płakać – stwierdził, że chce go wykiwać jak jego pierwszy chłopak – pociągnął nosem – i że mam zabrać swoje rzeczy w ciągu godziny albo je na śmietnik wywali…

 - CO!? – no teraz to się we mnie zagotowało – Jak można być tak bezczelnym kutafonem!

 - O-on nie jest bezczelny, boi si… - chciał go bronić Foster.

 - Gówno prawda! Wykorzystał cię, a gdy masz problem wypierdala z domu? Co za człowiek!

 - Nie, ale on – w Terry’m znów ozwał się syndrom sztokholmski.

 - Żadne ale. Chodź zbieraj się jedziemy po twoje rzeczy! – zakomenderowałem – gdzie twój wóz?

 - Sprzedałem, Pedro od kilku miesięcy jeżdżę rowerem – machnął żałośnie ręką w kierunku jakiegoś zardzewiałego do niemożliwości graciaka.

Znów opadły mi ręce.

 - Dobra weźmiemy moje auto. Chodź baranie! – mimo drobnych protestów zmusiłem blondyna do wstania.

 

***


Jechałem zgodnie z trasą jaka pamiętałem. Terry nie protestował tylko czyścił mój samochód z zapasu chusteczek więc chyba nie zmienili adresu.

Niebawem stanąłem pod znajomym dwunastopiętrowym blokiem.

 - Poczekam w wozie – poinformowałem.

Okularnik przecząco pokręcił głową.

 - Nie dam rady sam, proszę wejdź ze mną - zaszlochał.

Nie byłem w stanie mu odmówić, przecież nie jestem z kamienia.

Weszliśmy do klatki, wcisnąłem ósme piętro i ruszyliśmy.

Terry się trząsł, chyba ze stresu.

 - Myślisz, że jest w domu? – przerwałem milczenie.

 - Nie…Pewnie jeszcze siedzi w robocie.

 - To i lepiej dla niego – mruknąłem wysiadając na odpowiednim piętrze i bezceremonialnie kierując się do mieszkania numer 960.

Znów stanąłem przed tymi drzwiami. Odetchnąłem.

 - Otwieraj – zakomenderowałem.

Chemik posłusznie wykonał polecenie i niebawem ponownie byłem w mieszkaniu Sida.

W środku było ciemno i panował lekki zaduch. Terry poleciał zbierać rzeczy, a ja postanowiłem obejść mieszkanie. Prawie nic się nie zmieniło odkąd uciekłem. Pęknięcia w ścianach, znajoma szafka w przedpokoju, z której się zjebałem wymieniając żarówkę. Łazienka z za wąską wanną w której nie było jak się zmieścić we dwóch. Prezent ode mnie kolorowy kogut z jakiegoś wyjazdu, którego dałem mu na urodziny teraz spoczywał zasypany masą kurzu na szafce przy pralce.

Minąłem korytarz i wszedłem do kuchni. Na blacie leżała korespondencja, z tego co się zorientowałem chyba rachunki. Wiem, że nie powinienem ale z ciekawości sprawdziłem ile wynosił czynsz. Nie była to zbyt duża kwota, niewiele większa od tego co ja płaciłem w rachunkach za swoje cztery ściany. Na dwie osoby wychodziło śmiesznie mało. Mógł Fosterowi odpuścić. Chyba, że już ma kogo innego na oku – boleśnie się uśmiechnąłem.

 - Terry ile płacisz za mieszkanie? – zawróciłem do niegdyś naszego wspólnego pokoju.

Gdy wszedłem blondyn akurat walczył z powieszoną nad łóżkiem ogromną, tęczową flagą.

 - Um… - podał całą kwotę jaką widziałem na kartce – wiem, że sporo ale mieszkanie jest na naprawdę w dobrym miejscu.

Nie skomentowałem tego. Chciałem aby jak najszybciej się spakował bym mógł opuścić to miejsce.

 - Pedro brać zabawki erotyczne? B-bo niby kupowaliśmy je na spółę i…

 - Bierz co uważasz za swoje – uciąłem temat.

Po półtorej godzinie w końcu zabraliśmy wszystkie rzeczy, zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przez ten czas blondyn zdołał ochłonąć i nawet zacząć w miarę logicznie myśleć.

Nie ma to jak wypadek – pomyślałem stając w korku przed jednym ze skrzyżowań.

Zacząłem nerwowo bębnić palcami w kierownice.

 - Skąd znałeś adres? – spytał po chwili milczenia zielonooki – wiedziałeś które piętro i mieszkanie. Skąd?

Przez chwilę milczałem zbierając myśli do kupy.

 - Bo to ja go zostawiłem. Ja jestem tym „szczeniakiem”

 - Co? – chemika zmurowało – A-ale jak?

 - Poznaliśmy się w tej samej budzie, potem się do niego przeprowadziłem – zgrabnie starałem się omijać kwestie rodzinne związane z tym wydarzeniem – nie miałem dość kasy na studia więc poszedłem na czarno myć kible na lotnisku gdzie on pracował. Znał moje godziny pracy. Uciułałem sobie na kurs masażysty przeszedłem go. W dniu otrzymania licencji wróciłem wcześniej niż przewidywał. Nakryłem was… - Terry wytrzeszczył oczy - nie powiedział ci, że kogoś ma prawda? – blondyn pokręcił głową – uciekłem, sporo popiłem i wróciłem gdy on miał nocną zmianę. Spakowałem się i odszedłem. Myślałem, że więcej nie będę miał styczności ani z tobą ani z nim póty...

 - Nie trafiłeś do naszej szkoły – dokończył chemik – nie wiedziałem, nie mówił, że kogoś ma i to miał być tylko raz ale… ja się w nim zakochałem i… powiedział mi chyba następnego dnia, że go współlokator zostawił bez słowa i wpędził w długi… oszukał mnie… KUTAS MNIE OSZUKAŁ! – Terry bezsilnie uderzył rękoma w tapicerkę.

Przez chwilę milczeliśmy obserwując pojawiające się na szybie kropelki deszczu.

 - Co teraz? – spytałem – masz się gdzie podziać?

Terry zacisnął usta w wąską linię.

 - Jestem spłukany, wszystko poszło na leczenie Andrew.

Na prawdę nie chciałem tego powiedzieć ale czułem, że powinienem, że nie mogę tej mendy zostawić na lodzie. To by było nieludzkie…

 - Możesz u mnie zostać jakiś czas… - powiedziałem niepewnie.

 - Naprawdę!?

Coś czuję, że będę tego żałował.

 - Tak…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31