Cz. 36

 


June 13

 

Z rana koło ósmej obudził mnie telefon. Wyślizgnąłem się z objęć blondyna, który od jakiegoś czasu co raz częściej w nocy się do mnie przytulał i sięgnąłem po dotykówkę.

To był pan Stern.

Ukryłem się wraz z komórką w kuchni i zamknąłem drzwi.

 - Halo? – ziewnąłem.

 - Oh Pedro, słuchaj mam drobny problem. Muszę wyjechać na dłuższy czas, a Daniel jest podziębiony natomiast nasza sąsiadka pani Hooch z powodów rodzinnych jest niedostępna czy byłbyś tak miły przyjechał i się nim zajął? Oczywiście nie za darmo – dodał po krótkiej chwili.

 - Ja znaczy… z miłą chęcią ale…

 - To cudownie – przerwał mi beztrosko pan Michael - Najlepiej byś przyjechał jeszcze dziś oczywiście tak by ci pasowało – trajkotał nie dając mi dojść do słowa - Mnie już pewnie nie zastaniesz ale pieniądze będą w kopercie w kuchni pod czajnikiem w kształcie smoka. Drugą połowę wyślę ci na konto jak już wrócę. Nie powinno być mnie dłużej niż tydzień – zapewnił – to do zobaczenia – rozłączył się.

O kurwa, i jak ja się wytłumaczę Terry’emu?

A właściwie czy muszę mu się tłumaczyć?

Na pewno zapyta czemu znikam na kilka dni i co w tedy? Uwierzy, że jadę do chorego ucznia, z którym się przyjaźnię, bo poprosił mnie o to jego ojciec?

To nie ma sensu. Lepiej bym skłamał.

 - Coś tak wybiegł? – do kuchni, przecierając okulary, wszedł blondyn.

 - Siostra zadzwoniła, prosi bym jej pomógł w remoncie. Więc zostawię cię samego z Teo na kilka dni – poinformowałem sztywno, udając że szukam czegoś w lodówce.

Foster nie wyglądał na przekonanego.

 - Wiesz jest pandemia, szaleje wirus, chyba lepiej by było sobie darować takie wypady – stwierdził cierpko.

 - To moja siostra – warknąłem ostrzej.

 - Dobra, rób co chcesz, a ja naszykuję zapasy w razie gdybyś coś po drodze złapał.

 - Rób co uważasz – wyciągnąłem w końcu mleko do kawy, po czym zapaliłem czajnik – herbaty czy kawy?

 - Zrobię se sam – burknął sięgając do szafki po puszkę z zieloną, która oczywiście jak zwykle nie chciała się otworzyć.

Westchnąłem i sięgnąłem do jego rąk aby pomóc.

 - Daj, jestem silniejszy.

 - Poradzę sobie!

 - Jasne, już to widzę – znów zaczęliśmy się szarpać jak za dawnych czasów.

Wylądowaliśmy na podłodze, a po chwili zaczęliśmy się zwyczajnie mocować. Nie było w tym już agresji, raczej chęć zabawy, wyładowania nadmiaru energii.

Rozbawiło mnie gdy w trakcie przepychanki przekrzywiły mu się okulary, a warkoczyk na brodzie zawinłą wokół ucha. On za to chichotał gdy starając się zabezpieczyć pachy przed łaskotkami zacząłem się wiercić jak piskorz.

Do porządku przywołał nas dopiero wyjący czajnik oraz niezadowolone miałczenie Teo.

 

***

 

Odpaliłem WF z chłopakami z 5A. pieprzeni informatycy. Gdyby im pozwolić napisali by pewnie jakiś program liczący oddechy lub coś równie nieistotnego niż przebiegli choćby jedno okrążenie wokół stołu. Nie było jednak rady zajęcia musiały się odbyć.

Odpaliłem kamerę, głośnik i przywitałem ich… a przynajmniej tak sądziłem, bo gnojki mnie wyciszyli.

Spoko, powtórzyłem i zacząłem ćwiczyć. I nagle co? Każdy się zaciął!

W sensie obraz stał, a mikrofony zgaszone.

 - Ej ćwiczycie? Coś się chyba zepsuło bo żaden się nei rusza.

Chwila ciszy.

 - Może panu internet wywaliło? – zaproponował jakiś mózgowiec.

Sprawdziłem ikonkę. Wszystko było w porządku.

 - Może za duże obłożenia na kamerach i pana laptop zgłupiał?

No raczej kurwa nie, bo już takie zajęcia prowadziłem.

 - Nie wydaje mi się…

 - Niech pan się wyloguje i zaloguje.

 - Spróbuję.

Jak się możecie domyślić guzik to dało.

 - Dalej nic się nie rusza – jęknąłem

 - To może musi pan kompa zresetować?

Westchnąłem już maiłem wcisnąć guzik od wyłączania gdy usłyszałem głośne:
 - Lilka zostaw to mój komp, przez ciebie przegrywam! Coś ty klikła!

Oż wy gnoje!

 - Natychmiast uruchamiać kamery zabrać te głupie screeny! – wściekłem się.

Sprytne gnojki chciały mnie wykiwać i se grać. No jak tak można!

***

 

Gdy wszedłem do naszego pokoju Terry akurat znów ćwiczył, usiłował chyba rozciągać mięśnie nóg, a przynajmniej tak to wyglądało.

 - Co ty robisz? – zagadnąłem.

 - No ten mięsień na zadzie znów się odezwał, najpierw bolał trochę potem przestał i teraz znów tylko dwa razy mocniej, jakaś masakra. Nie mogę siedzieć.

 - To ci nic nie da. Jak jest tak długo spięty to nie przestanie boleć od kilku skłonów. Kładź się.

Terry jeszcze coś pomarudził ale wykonał polecenie.

Usiadłem obok jego tyłu.

 - Po której stronie?

 - Lewej – sięgnął i pokazał mi któreś miejsce.

Odsunąłem jego dłoń i najechałem tam łokciem, nieco nacisnąłem i zacząłem jeździć. Przez chwilę była cisza.

 - AŁA! Pogrzało cię! – ryknął gdy najechałam na kilka stwardniałych włókien.

 - No to jesteśmy w domu – stwierdziłem, naciskając to miejsce ponownie tylko mocniej.

Śmiesznie było słuchać jego rytmicznych jęknięć bólu oraz obserwować przechodzące po ciele ciarki.

 - Długo jeszcze? – zakwilił w poduszkę po dobrych dziesięciu minutach męki.

 - Jeszcze chwila, czuje co raz mniejszy opór, droga pupeczko – zażartowałem za co oberwałem poduszką - Grzeczniej, bo przestane być miły –najechałem mocniej.

 - Cham…

Na szczęście niebawem faktycznie mięsień odpuścił.

 - Opłata za obiad przyjęta – pomasował obolały pośladek – dzięki młocie.

 - Bardzo proszę…pupeczko - posłałem mu drobny, złośliwy uśmiech.

 

***

 

Zajęcia mijały dość szybko, nie miałem też zbyt wielu godzin tego dnia, postanowiłem się więc nieco spakować do Sternów. Zabrałem kilka podkoszulek, jakieś skarpety, gacie chodź nie w jakiejś porażającej ilości – liczyłem, że u Daniela jest pralka. Laptopa, myszkę, ładowarki, kamerkę, leki na impotencję, telefon wcisnąłem gdzieś na wierzch.

Zabrałem pendrive’a z porno na wszelki wypadek gdyby Terry’emu zachciało się szperać po moich rzeczach. Resztę bez żalu zostawiłem. Nawet gdyby dobrał się do moich zabawek erotycznych to nic nie powinno się stać, w końcu od dawna ich nie używam.

Zrobiłem blondynowi instrukcje obsługi mojego kocura no i na wszelki wypadek też Pucusia gdyby Whoopy potrzebowała go u nas zostawi…

U nas? Kiedy zacząłem pisać zamiast „moje”, „nasze”?

Czy coś się zmieniło?

Dźwięk esemesa wyrwał mnie z zamyślenia. Daniel podawał adres i prosił bym jadąc kupił mleko oraz jakieś płatki.

Uśmiechnąłem się mimowolnie.

Zerknąłem na stojące po chemikowej stronie łóżka tabletki na sen.

Zapisałem sobie nazwę.

Torbę z rzeczami wyniosłem pod drzwi, robiąc tym samym idealne legowisko dla kota. Dobrze, że suwak zapiął się do końca bo by mi wszystkie ciuchy zasierścił.

 - Mam dla ciebie instrukcję – wszedłem do kuchni gdzie Terry właśnie wstawiał czajnik.

 - Odnośnie? – poprawił okulary na nosie.

 - Kota, tak byś wiedział o nim to i owo i umiał się nim zająć pod moją nieobecność – położyłem kartkę na stole.

 - Dobrze, postaram się nim dobrze zająć… Pedro…

 - Tak?

 - Proszę uważaj na siebie. Staraj się nosić maskę – wskazał na wiszący na oparciu krzesła kawałek materiału – wiem, że nie lubisz się afiszować z orientacją, ale dwa kolory to nie tęcza.

Wybrał mi błękitno szarą.

 - Ładna, dziękuję – zabrałem ją i ruszyłem do wyjścia.

Byłem już za progiem gdy dopędził mnie dźwięk czajnika, a potem chemik z puszką.

 - Otworzysz? – złapał mnie na schodach.

 - No pewnie – uśmiechnąłem się.

Zgrzyt metalu, ciche cmoknięcie, i uderzenie drzwi o framugę.

Zostałem na korytarzu sam.

 

***

 

Całą drogę myślałem o tym co się stało na klatce.

O Terry’m, jego ustach tak blisko, zapachu brzoskwiniowej odżywki, tuleniu przez sen…

Czułem się jak niewierny mąż jadący do kochanki – zerknąłem na leżącą obok mnie maskę.

Tyle że go nie kochałem.

Owszem był dobrą osobą, był rozsądkowo lepszą no i w ogóle możliwą do zdobycia partią w przeciwieństwie do Daniela.

Mieliśmy trochę wspólnego na przykład obaj nienawidziliśmy Sida.

Lubiliśmy ćwiczyć chodź ja raczej wolałem wysiłek niż jakieś czakrowe wygibasy na golasa…ale jednak to trochę mało.

Zajechałem pod sklep kupiłem jakieś mleko i płatki. Oczywiście byłem w maseczce od Fostera. Pachniała subtelnie jego szamponem.

Tylko czy by mnie zaakceptował gdybym wyjawił mu całą prawdę co w związku musiałoby nastąpić wcześniej czy później…

Co by pomyślał? Czy kazał pokasować zdjęcia, porno itp. I tylko tyle czy coś więcej? Wysłał na terapię do jakiegoś konowała? Albo co gorsze od razu doniósł organom ścigania?

Nie miałem do niego na tyle dużo zaufania co do na przykład Waltera. Znałem go bliżej za krótko na taki osąd, a nie chciałem stawiać go przed dylematem – ciepłe mieszkanie, a chronienie dzieci.

Uderzyłem rękoma w kierownice gdy stanąłem na światłach.

Do dupy jest być mną! – wykrzyczałem w myślach i zacisnąłem mocniej szczęki aż mnie zabolały zęby.

Brakowało mi raptem kilkuset metrów do wskazanego przez Sterna adresu.

Poczekałem chwilę na siedzeniu aż opanuję emocje i dalej będę mógł grać wzorowego nauczyciela.

 

***

 

Stałem przed pięknym, dużym domem w kolorze nieba. Miał co najmniej dwa poziomy, świeża drewniano tynkowana elewacja, metalowy płot i wielka brama z prętami układającymi się w kształt kwiatów róży nie umywały się do mojej kawalerki.

Westchnąłem i zadzwoniłem. Chwile musiałem czekać na odpowiedź aż usłyszałem metaliczny głos:

 - Kto tam?

 - To ja.

 - Jakie ja?

Baran ze mnie.

 - Pedro Delashit, Danielu wpuść mnie – poprosiłem.

Zabrzęczały silniczki i różana brama poczęła się otwierać. Migiem wróciłem do auta i wjechałem na podjazd.

Metalowy płot zamknął się za mną, a ja zabrałem rzeczy i ruszyłem do willi.

Chodniczek był piękny i równy, a trawa przycięta jak od linijki. Za pewne opłacali jakiegoś ogrodnika albo mieli do tego dobrą maszynę.

Dobrej jakości drzwi z litego drewna były otwarte. Wszedłem do nowoczesnego wnętrza ze złotymi wieszakami w kształcie dłoni zaciśniętych w pięści.

Położyłem torbę na marmurowej posadzce i zdjąłem adidasy. Powiem szczerze, że wyglądały bardzo mizernie przy zamszowych półbutach i kilku parach skórzanych sandałów.

W ogromnym salonie stała beżowa kanapa oraz kominek telewizor stół z ośmioma krzesłami.

Na sofie polegiwał nastolatek owinięty grubym, wełnianym kocem. Od razu widać było, że nie czuje się najlepiej.

 - Dzień dobry panie Delashit – przywitał mnie, nie wstając z wersalki.

Ubrany był w piżamę z naszytymi owieczkami oraz jakiś białoniebieski szalik.

 - Jak się czujesz? – spytałem, zanosząc mleko do sporej kuchni z wyspą oraz mini barem.

 - Osłabiony, zimno mi, katar…- zakaszlał sucho.

 - Brzmi jak zwykłe przeziębienie – stwierdziłem rozglądając się za jakimiś lekami - Bierzesz coś? – wymienił kilka suplementów witaminowych oraz jakieś dwa syropki.

 - Nie wolisz leżeć w sowim pokoju?

 - Wietrzę – wysmarkał nos w chusteczkę i rzucił obok innych za kanapę.

 - Jesteś głodny lub coś ci potrzeba?

 - Herbaty, druga szafka po lewej. Szósta puszka od cukru. Zaparzaczka w szafce pod zlewem – wyrecytował co jakiś czas pokasłując.

Nie powiem by ich kuchnia była intuicyjna. Otwierania szafek musiałem się chwilę uczyć, bo jak się okazało nie miały żadnych uchwytów i należało ich drzwiczki naciskać aby się otwierały, to samo z resztą tyczyło się szuflad.

Luksus? Może, ale zdecydowanie nie dla mnie.

Nastawiłem czajnik i wróciłem do polegującego na poduszkach chłopaka. Dotknąłem jego czoła. Miał nieco podniesioną temperaturę.

Dla zabicia czasu odpaliłem telewizor. Na szczęcie chociaż tym umiałem się posłużyć.

Leciało jakieś zamówienie prezydenta zmieniłem na coś bardziej interesującego, zdecydowałem się na AnimalPlanet i przez chwilę oglądałem film o żółwiach.

Gdy woda się zagotowała zgasiłem ekran i zalałem fusy.

Chłopak prawie zasnął.

 - Zabiorę cię do łóżka – mruknąłem biorąc go na ręce.

Był znacznie lżejszy niż ostatnio. Musiał dużo wypocić – pomyślałem, wchodząc na bajecznie rzeźbioną drewnianą balustradę.

Patrząc po wielkości domu aż trudno było mi uwierzyć, że mieszka tu tylko z ojcem.

Półprzytomny dzieciak wskazał mi swoją sypialnię.

Otworzyłem łokciem białe drzwi z jakiegoś ciężkiego drewna, które miękko zaskrzypiały, ukazując błękitny pokój upstrzony setkami zdjęć, ale nad łóżkiem królował plakat Ronaldo.

Moją uwagę zwróciło jednak inna podobizna. Oprawiona w ceramiczną ramkę kartka na pustej półce w towarzystwie jedynie sztucznej świeczki. Widniała na niej piękna, lekko pulchna, rudowłosa kobieta o czekoladowych tęczówkach. Był to malunek na oko wykonany akwarelami u dołu był nawet lekko rozmazany prze brązową plamę podpis.

Eli…

Z pewnością była jego matką. Mieli bardzo podobne rysy…

Położyłem chłopca delikatnie na dużym, prawie dwuosobowym łóżku, przykryłem kołdrą i zatrzymałem się by jeszcze chodź chwilę nacieszyć oczy jego widokiem.

 - Dobranoc owieczko.

Wróciłem po herbatę.

 

#############################################################################

*wyjaśnienie

Owieczko, po za nawiązaniem do ubrania Daniela jest również związane z grą słowną gdyż słowo (Sheep) ma podobną wymowę do słowa Statek (Ship) co jest nawiązaniem do nazwiska chłopaka Stern po polsku - rufa statku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31