Cz. 29

 

April 20

 

Martwiłem się całą noc.

Była trzecia nad ranem.

Janet mimo wielu telefonów nie odbierała – poprawiłem poduszkę.

Nie mogła wiedzieć gdzie mieszkam, po tym jak wyjechałem z naszego rodzinnego miasta gdy nasz ojciec mnie wyrzucił – skuliłem się aż zazgrzytały sprężyny.

Nawet gdyby skądś miała informacje to przecież byłem u Waltera, a tego już z pewności nie mogła wiedzieć – obróciłem się na plecy, biorąc do ręki telefon.

Wysłałem jej esemesa z adresami z nadzieją, że odczyta go rano, po czym odłożyłem telefon na nocną szafkę i znów zacząłem się mościć.

Faktycznie mieszkałem dość daleko od niej, z dzień drogi spokojnie – skrzywiłem się.

Może się po drodze zatrzymała u jakiejś znajomej? – pomyślałem, sprawdzając po raz kolejny telefon i modląc się by odpisała.

 - Starczy tego - do pokoju w raz ze snopem światła wszedł zezłoszczony Hill – nie mogę spać od tego zgrzytania łóżka gdy się kręcisz. Masz – wręczył mi dwie tabletki oraz kubek jakiegoś ciepłego, ziołowego naparu – nie krzyw się, to waleriana i melisa – usiadł obok mnie - na uspokojenie ciołku.

Przyjąłem leki z wdzięcznością, od razu je zażywając.

 - Powinny zadziałać za jakieś dwadzieścia minut – poinformował rzeczowo - Rano zapytam moich czy nie przyjęli tej twojej Janet na ostry dyżur czy coś. Znajdzie się gamoniu.

 - Ona ma inne nazwisko niż ja – mruknąłem, wpatrując się w podłogę.

 - Jak to?

 - Zmieniłem swoje na inne gdy ojciec mnie wywalił – przyznałem skrępowany – ona jest dalej Torch.

 - Dobrze wiedzieć, popytam chłopaków z przychodni oraz tych z dołu chociaż nie sądzę bym ją znalazł w kostnicy – na jego słowa tylko bardziej się skuliłem, co było chyba efektem przeciwnym do zamierzonego – No weś, chciałem cię pocieszyć – przytulił mnie jak ojciec syna – znajdzie się, jeśli jej się rozładował lub zepsuł telefon zawsze, jeśli pamięta jakiś numer, może od kogoś zadzwonić. Będzie dobrze – pogłaskał mnie po głowie, po czym wstał i opuścił pokój – dobranoc ciołku.

 

***

 

Z rana niewyspany i nadal mocno zdenerwowany odstawiłem kota do w miarę wysuszonego mieszkania, po czym ruszyłem do roboty.

Cały czas miałem telefon tym razem przy sobie. Nie chciałem przegapić ewentualnej informacji wysłanej od mojej małej siostrzyczki.

Tom na pewno też już zgłosił zaginięcie albo coś podobnego, może nawet wynajął detektywa… Ergh jeśli Janet trafi do niego, odwiezie ją do ojca bez względu na to co mu powie czy zrobi.

Swoją drogą ciekawe co się musiało stać, że zdecydowała się uciec?

Może ojciec ją uderzył?

A może coś gorszego – zacisnąłem szczęki – jeśli jakkolwiek ją skrzywdził obiecuję, że go zatłukę. Pójdę do mamra ale ona będzie bezpieczna, z resztą i tak nie mam w sumie nic do stracenia… no może po za Teo, ale najwyżej oddałbym go państwu Thomson.

Z zamyślenia wyrwał mnie postawiony przed nosem kubek kawy.

 - Pedro, pytanie było – burknęła Irene, siadając naprzeciwko mnie w pokoju nauczycielskim.

 - Przepraszam, wyłączyłem się – powiedziałem zmieszany.

 - Lis znów poszła na zwolnienie, czy zastąpisz ją przez najbliższy tydzień? – zapytał ponownie Yang.

 - T-tak oczywiście.

 - No to z głowy – ucieszyła się Pointer, wyciągając paczkę suszonego mięsa.
Chemik znów siedział na telefonie, uśmiechał się głupkowato i rumienił.

Postanowiłem iść na dyżur, nie mogłem patrzeć na tę blondwłosą mendę.

Wędrując przez hol nagle ktoś złapał mnie za rękaw ortalionowej bluzy. Odwróciłem się zdziwiony. Osoba zaczepiającą okazał się być Daniel.

Uśmiechnąłem się.

 - Słucham?
 - Bo potrzebuję opiekuna na trening, pani Hooch odmówiła i tata prosił by… - lekko się zmieszał – bym pana poprosił…

 - A kiedy? – martwiłem się o Janet aby w czasie gdy ja będę z młodym przypadkiem nie odbiła się od drzwi.

 - Po jutrze– odparł uspokajająco.
Kiwnąłem głową.

 - Gdzie i o której?
Młody podał znajdującą się w pobliżu halę sportową oraz okolice godziny siedemnastej.

Na szczęście był bym już w tedy po pracy.

 - Nie ma problemu – uśmiechnąłem się pokrzepiająco – Ale właściwie czemu twój tata nie może? – było to pytanie wybitnie nie na miejscu jednak zanim o tym pomyślałem słowa już opuściły moją krtań.
 - On jest…bardzo zajęty, w końcu jest dyplomatą. Nigdy nie ma czasu, rzadko bywa w domu… - spuścił wzrok – i czy mógł bym w związku z tym… - zawahał się – nocować?
Przełknąłem ślinę.

Znów mnie kusisz…ale dobrze, muszę trenować silną wolę owieczko.

 - Oczywiście, o ile koledzy znów nie uznają, że cię podrywam – zachichotałem swobodnie, na co oblicze młodego również rozjaśnił uśmiech.

 

***

Rada pedagogiczna się przedłużała.

Nienawidziłem gdy Oliver tyle gadał i co raz częściej miałem wrażenie, iż robi to złośliwie.

W prawdzie nie spieszyło mi się na zajęcia ale ze względu na Janet byłem co raz mocniej zdenerwowany. Każda chwila, w której nie wiedziałem gdzie się podziewała moja siostrzyczka była niewysłowioną torturą.

 - W przyszłym miesiącu ze względu na naciski niektórych rodziców pojawi się tu nowa osoba. Będzie prowadziła wychowanie seksualne oraz zajęcia z tolerancji – grzmiał dyrektor, odczytując litanię próśb.

Ja tym czasem po raz kolejny sprawdziłem telefon, Walter też nic nie pisał. Co akurat zacznie mniej mnie niepokoiło.

Irene obserwowała mnie przez większość zebrania ślepym okiem, pewnie dlatego, że tak często zerkałem na wyświetlacz.

W końcu Oliver skończył, podziękował nam i wyszedł.

Odetchnąłem z ulgą i miałem zadzwonić do Janet ale drogę zastąpiła mi Pointer.

 - Co się dzieje? – warknęła, odciągając mnie za szafki.

Nie wiedziałem czy chcę jej mówić co mnie trapi.

 - Nic ważnego – spróbowałem odejść, ale złapała mnie za ortalion.

 - Możesz kłamać innym ale nie mnie. Słucham – warknęła, patrząc na mnie z góry mimo bycia niższą.

 - Moja siostra, zaginęła. Mój starszy brat podejrzewa, że jedzie do mnie… od nikogo nie odbiera telefonu.

Zmarszczyła brwi.

 - Wie gdzie pracujesz?

 - Chyba kiedyś jej mówiłem…
 - W takim razie cię znajdzie – uśmiechnęła się pokrzepiająco – A gdyby się kręciła w pobliżu to pewnie ją spostrzegę wychodząc nafajka. Jak wygląda?

 - Czarne włosy jak ja – uśmiechnąłem się nerwowo - ale kręcone jak sprężyny, kiedyś miała jedno niebieskie pasemko, szare oczy, jest chyba niższa od ciebie. Ostatnio gdy się spotykaliśmy ubierała się jak gotka…

 - Znaki szczególne?

 - Pięć kolczyków w lewym uchu…

Biologica pokiwała głową, potem zadzwonił dzwonek na lekcje.

Idąc na zajęcia zaatakował mnie telefon odebrałem pełen nadziei.

 - No hej, jakoś twoja siostra miała pecha nie poznać ani naszych przemiłych pielęgniarek u nas na górze ani naszego zacnego anatomopatologa u truposzy– jak nigdy miałem ochotę Walterowi przywalić - Pielęgniarki sprawdziły bazę w innych szpitalach i też cisza. Cieszysz się nie?

 - Normalnie skaczę z radości – syknąłem ze sporą dawką jadu.

 - Tylko se nic przy tym nie zwichnij – zachichotał lekarz rozłączając się.

 

***

Wyjąłem kije do hokeja i wyprowadziłem dzieciaki na boisko gdzie już prowadziła siatkówkę Kate.

Zarządziłem rozgrzewkę i siadłem obok niej na ławce.

 - Ej, jak myślisz poradzi sobie ta nowa cizia? – spytała niespodziewanie ruda.

 - Bo ja wiem, zacząć ma dopiero w przyszłym miesiącu. Będzie mniej godzin roboczych… więcej wolnego.

 - Ale Oliver może nam też obniżyć płace – westchnęła niezadowolona.

 - Oby nie – jęknąłem cierpiętniczo – mam kredyt na karku.

 - Pedro kto nie ma – zaśmiała się wdzięcznie – do czterech odlicz!

Podaliśmy dzieciom piłki i oddaliśmy się błogiemu liczeniu punktów oraz sporadycznemu odgwizdywaniu błędów.

Powiem szczerze, ze ta chwila na świeżym powietrzu na prawdę była mi niezbędna, bo ze stresu powoli zaczynał boleć mnie brzuch.

W połowie meczu postanowiłem pójść do łazienki. Zostawiłem uczniów pod opieką Karter i ruszyłem do budynku.

Przemierzyłem szybkim krokiem korytarz i niebawem znalazłem się w jednej z kabinek. Zzułem spodnie i zająłem się pozbywania zawartości pęcherza kreśląc na wodzie różne wzorki jednocześnie starając się nie chlapać na deskę.

Kiedy kończyłem poczułem bzyczenie telefonu, a zaraz potem rozbrzmiało głośne BOYS BOYS BOYS. Migiem wciągnąłem telefon ale na tyle niezgrabnie, że ten zrobił fikołka odbił się od muszli i wpadł do wody.

No i to by było na tyle jeśli chodzi o mój spokój. Straciłem jedyną możliwość porozumienia się z Janet T^T ktoś mnie chyba tam na górze nie lubi.

***

Telefon suszył się na oknie w promieniach popołudniowego słońca, a ja wariowałem wydeptując setną ścieżkę w podłodze wokół biurka.
Terry miał mnie wybitnie dość.

 - Usiądź do cholery! Nie mogę się skupić nad rubrykami gdy tak drepczesz góro mięcha! – wrzasnął wyrywając sobie włosy z głowy co nieco mnie rozśmieszyło - wypierdalaj z pokoju i pozwól mi się skupić homofobie zasrany! Idź se na boisko tuptać, popilnuj dzieciaków na dworze z Irene czy coś – dodał już ciut spokojniejszym ale nadal zirytowanym tonem – póty nie wyschnie i tak nie zadziała – siorbnął kawy.

 - Może masz rację… - mruknąłem po chwili namysłu, w końcu jak wyjdę będę miał większą szanse ją ewentualnie zobaczyć choćby na pobliskim przystanku.

Momentalnie wystrzeliłam z pokoju jak rakieta i po chwili drogi znalazłam się znów na świeżym powietrzu.

Znaczy było by świeże gdyby nie idealnie wycelowany obłoczek papierosowego dymu wymierzony dokładnie w moją stronę.

 - Co? Nerwy puściły? – spytała złośliwie czarnowłosa.

 - Terry pogonił, nie mógł patrzeć jak suszę telefon wzrokiem.

Litwinka zarechotała paskudnie, krztusząc się dymem.

Zszedłem do niej i wpatrzyłem się w ulicę, dzieciaki mijały nas szerokim łukiem.

 - Ile ci zostało godzin? – przerwała trwającą ciszę.

 - Cztery… w tym teraz godzina przerwy.

 - Długo – gwizdnęła, gasząc peta o bielony wapnem murek z barierką wiszącą na kilku pordzewiałych śrubach.

 - Irene! Jakieś szczeniaki z siódmej A się tłuką! – usłyszeliśmy zdyszanego Luciusa.

Klasa Daniela, pewnie już skończyli zajęcia – pomyślałem.

 - Barany – westchnęła jednooka, kierując swe czarne jak smoła oficerki w kierunku murzyna.

Ja również poszedłem by w razie czego służyć pomocą, choć znając pointer dała by sobie radę nawet całkiem sama.

Gdy przybyliśmy na miejsce chodnik był już pobrudzony krwią.

Biologica się nie patyczkowała momentalnie pacyfikując siedzącego na poszkodowanym boksera.

Muzyk tymczasem pomógł wstać niższemu z chłopaków, a jak trochę rozgoniłem tłum.

Gdzieś między dzieciakami mignęła mi twarzyczka Sterna.

Nagle zgasło światło.

Zatrzymałem się zdezorientowany.

 - Kate nie wygłupiaj się – mruknąłem czując pod palcami zadbane damskie dłonie.

 - To nie Kate – zaszczebiotał przyjemnie znajomy głos.

 - Janet kochana! – odwróciłem się i w jednej chwili wziąłem ją na ręce – tak się martwiłem! – przytuliłem ją mocno.

 - No, już, już starczy tego! – śmiała się.

Odstawiłem ją na ziemię, wyściskałem, wycałowałem i zaproponowałem kawę w pobliskiej cukierni.

 

***


Siostra kończyła trzeci kawałek bezy truskawkowej trajkocząc non stop o swojej podróży do mnie, o tym jak jej przez niedbalstwo Toma odłączyli telefon i nie mogła dzwonić.

O ciężkich warunkach w busie, o taksówkarzu co się do niej przywalał o widoczkach za oknem, o każdym cholernym kamyczku jaki wydał jej się ciekawy i jaki zebrała – oczywiście pokazując mi je przy tym.
Miała ich chyba z kilogram w torebce.

Czasem myślę, że zamiast na socjologię powinna była iść na geologię -,-
 I w ogóle o wszystkim co jej się przydarzyło. Omijała jednak skrzętnie powód swojej ucieczki.

 - Dobrze – zatrzymałem jej słowotok – ale co się stało, że no zdecydowałaś się odejść?

Momentalnie cały jej entuzjazm wyparował, zgarbiła się lekko i wbiła wzrok w podłogę. Milczała chwilę chyba zbierając myśli.

 - No więc – nacisnąłem lekko – co się wydarzyło?

 - To był wieczór, wróciłam z wyjścia z koleżanką. On siedział już po kilkunastu browarach. Butelki leżały niemal wszędzie, a nie było mnie raptem kilka godzin. Myślałam, że śpi więc po cichu minęłam jego fotel i chciałem wejść na górę, ale nagle złapał mnie za szyję. To był ułamek sekundy -  mówiąc to zaczęła się trząść jak by ktoś ją prądem potraktował – zażądał pieniędzy, natychmiast. Kiedy mu odmówiłam – przełknęła ślinę – on…. stłukł butelkę i… i… - słowa ledwie opuszczały jej usta – zagroził, że mnie potnie i będzie bił, bił aż mu powiem gdzie mam pieniądze, kopnęłam go, a on się zachwiał, potknął i uderzył głową o blat. Gdy stracił przytomność zabrałam torebkę i uciekłam…. Pierwszy dzień siedziałam u Sarah i ryczałam, ale potem….

Wziąłem ją za rękę.

 - Jesteś bezpieczna, jestem tu – zapewniłem, tuląc ją do piersi – dobrze zrobiłaś i nie daj sobie Tomowi wmówić, że jest inaczej. Ojcu odwala to choroba, ale tu jesteś bezpieczna – pocałowałem ją w czółko – obronię cię.

 

***

 

Westchnąłem cierpiętniczo będąc zmuszony do zmycia z paznokci siostry krzywo nałożonego u Kate różowego lakieru.

 - Na prawdę nie maiłyście nic mądrzejszego do roboty niż zabawy starymi hybrydami?

 - Marudzisz jak stary zgred, fajnie było – zaszczebiotała, beztrosko machając nogami.

Zupełnie nie zachowywała się na swoje dwadzieścia sześć lat. Bliżej jej było mentalnie do niesfornej licealistki niż do dziewczyny na drugim stopniu studiów magisterskich.

 - Pedroooo kiedy będzie kolacja?

 - Już mówiłem, że jak toster kliknie… gotowe – zamknąłem fiolkę z acetonem i odłożyłem do pudełka dzielnie pełniącego funkcję apteczki.
Głośne miałczenie wypełniło pokój. Teo domagał się miski.

 - Zaraz nie wszyscy na raz – ofuknąłem go na co kot zupełnie mnie ignorując wskoczył na stół i usiadł.

 - Sporo urósł odkąd go ostatnio widziałam – pogłaskała nicponia za uchem.

 - No w tedy to jeszcze był kociakiem – odparłem już znacznie łagodniej – zaraz dam ci żreć nędzo czarna – obiecałem, podchodząc do lodówki.

Na dźwięk zgrzytania pokrywki od puszki kot momentalnie pognał pod stanowisko z miskami pozostawiając zdziwioną Janet samą przy stole.

 - Głodomorek – uśmiechnęła się, poprawiając za dużą podkoszulkę.

Nie wzięła żadnych ubrań – Bo po co… - więc chwilowo odziałem ją w jakieś swoje ciuchy. Zaś jej ubrania rzuciłem do prania, bo cuchnęły niemiłosiernie.

Zaklikał toster. Wziąłem grzanki i postawiłem na stole. Siostra od razu rzuciła się do pałaszowania.

 - Ile zamierzasz zostać? – spytałem w pewnym momencie.

 - Ne fem… - przełknęła – ale do ojca nie wrócę – powiedziała stanowczo, wgryzając się w kolejną kanapkę – bofe fe go.

 - Coś czuję że czeka mnie poważna rozmowa z Tomem – sapnąłem, zaglądając do leżącej w ryżu komórki.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31