Cz. 34

 


June 4            

 

Nastawiłem z rana radio. W głośniku wrzało.

 - Co tam słuchasz? – spytał zaspanym tonem Terry, wkraczając do kuchni.

 - A wiadomości – wzruszyłem ramionami – pandemia dotarła do USA. Na razie jest na wschodnim wybrzeżu ale cholera wie kiedy dotrze do nas.

 - Myślisz, że nas zamkną? – spytał, sięgając do lodówki, aby zacząć robić nam obu śniadanie.

Wyobraziłem sobie kilka miesięcy z Terry’m samemu w domu bez możliwości wychodzenia.

 - Mam nadzieję, że nie – dopiłem kawy.

 - Dyro chodzi zdenerwowany. Boję się, że może coś być z tym jednak na rzeczy – włączył mikser – słuchaj mam pytanie, był byś bardzo zły gdyby wieczorem wpadł tutaj jeden mój kumpel?

 - Jaki kumpel – zjeżyłem się.

 - No znajomy, wiesz mam spięty tyłek i…

 - Chyba nie musiałem tego wiedzieć. Nie możecie się bzyknąć gdzieś na mieście? – warknąłem oburzony.

 - Em… ale ja go chciałem poprosić o masaż… - zapadło nerwowe brzęczenie miksera -  jest rehabilitantem, a ja od kilku dni mam bardzo spięty jeden mięsień – poczułem się mega głupio.

 - Wybacz ja… - znów ciszą zajął się mikser.

 - Serio myślałeś, że chcę się tu z kimś pieprzyć? – chemikowi od razu poprawił się humor – może nie jestem cnotką jak ty ale nie będę nadużywał twojej gościnności aż w takim stopniu – puścił mi oczko – po za tym gościu jest heterykiem i nawet gdybym chciał nie był bym w stanie go postawić. Ale skoro ty jesteś masażystą, to… - sięgnął po patelnię – dasz radę coś poradzić?

W sumie tyłek miał niezły, może do Daniela było mu daleko ale pomasować go mogę.

 - Zobaczymy co się da zrobić.

***

 

Zajechaliśmy pod placówkę. Zapięliśmy rowery i ruszyliśmy do nauczycielskiego gdzie od dobrej chwili trwało nerwowe wyczekiwanie dyrektora. McMillan wyraźnie się spóźniał.

Od razu rzuciły mi się w oczy długie wiśniowe włosy dość wysokiej, nadzwyczaj szczupłej kobiety, która okrakiem siedziała na krześle w opinających jej kształtny tyłek czarnych rurkach.

Widziałem niemal jęzor do pasa u Luciusa oraz obu Azjatów. Obok kobiety kiwała się na taborecie Kate, a gdzieś w rogu na to wszystko spode łba spoglądała niezadowolona Pointer.

Terry od razu poleciał do dziewczyn, natomiast ja ulokowałem się bliżej Lis, która jak rzadko była bardziej zielona od swojego pięknego, moro sweterka.

W reszcie trzaskając drzwiami zjawił się Oliver.

 - Wybaczcie spóźnienie ale miałem pilny telefon z kuratorium. Z powodu pandemii być może będziemy musieli przejść na nauczanie elektroniczne. Nie jest to jednak do końca pewne. Ostateczne informacje dostaniecie dopiero dziś wieczorem.

 - Super… - ton Irene był jak zwykle bardzo entuzjastyczny.

Dyrektor zgromił ją wzrokiem natomiast ognistowłose zachichotały między sobą.

Chyba Kate znalazła sobie nowa kumpelkę – pomyślałem.

 - Kontynuując. Dziś jest dzień naszego drogiego patrona – Green podniosła rękę i chyba coś próbowała zgłosić -  Każdy wie gdzie idzie z dzieciakami – jednak McMillan koncertowo ją ignorował -  Macie ich pilnować, bo wam łby pourywam. Reszta, która nie ma dziś oficjalnego wyjścia pilnuje tych maluchów które zostają w placówce. Jakieś pytania? – w tym momencie Lis rzuciła pięknego pawia prosto na buty dyrektora.

 - Super… - sapnąłem uświadamiając sobie, że ktoś inny będzie musiał iść ze mną i dzieciarnią na ten cały Zmierzch – po prostu super…

 

***

 

Scarlet zaczęła liczyć dzieciaki, kręcąc przy tym dupą jak by dostała owsików.

Czekała nas mała przeprawa przez metro i jeden autobus aby zdążyć na ten zakichany film. Uczniowie oczywiście jak zwykle niezdyscyplinowani. Wyglądało, że jest dla nich zdecydowanie za trudne wystać pięć minut w parach, aż miałem ochotę pójść do składzika po skakanki i je nimi związać.

A co po niektóre (jak Daniela) związać i zabrać do domu XD – podpowiedział mój spaczony umysł.

W końcu liczenie dobiegło końca, pieniądze na bilet zostały zebrane i mogliśmy wyruszyć.

Jak się okazało to ja musiałem prowadzić gdzie co i jak bo Scarlet zupełnie się nie orientowała wśród miejskiej zabudowy i o mało nie władowała się z dzieciarnia na targ.

Targ miejsce niebezpieczne i łatwe do pogubienia naszej trzódki, a to któreś podwędzi krawiec gdzie indziej jakieś się zawieruszy w słodkich bułkach albo stoisku ze słodyczami. Oliver by nam głowy pourywał.

Tak czy inaczej udało się zaciągnąć tą krnąbrną czeredę w dół do metra. Jak się okazało część nie miała odpowiednich biletów. Bo po co? Bo przecież się zupełnie nigdzie nie śpieszymy ><

Oddychaj Pedro, oddychaj….

 - Spokojnie zaraz wrócą – mrugnęła w moja stronę swymi uwodzicielko długimi rzęsami.

 - Nie martwi mnie to, tylko że się spóźnimy – burknąłem pod nosem.

 - Oh przestań, będzie dobrze śliczny. Nie potrwa to dłużej niż przeciętny stosunek w kiblu – zachichotała frywolnie, a mnie lekko zemdliło w żołądku i jak raz nie była to wina Terry’ego.

Znów stanął – pieprzony zegarek.

Chyba na prawdę muszę pójść z nim do zegarmistrza albo coś…

W końcu radosne towarzystwo wróciło i mogliśmy władować się do wagonu.

Tłumaczenie by się nie rozbiegali nie miało sensu nawet gdybym tego chciał.

Oparłem się o barierkę i pociąg gwałtowanie ruszył.

Scarlet stanęła niedaleko. Tymczasem ja przyuważyłem Daniela siedzącego wraz z przewodniczącym i gadających o jakichś pierdołach.

Chwilę ich podsłuchiwałem, ba nawet się zastanawiałem jak zrobić im dyskretną fotkę ale przy stojącej tak blisko Rottelfelt nie umiałem się zdobyć na odwagę.

Nie jestem wszak aż tak zuchwały aby robić to przy ludziach.

Tak po namyśle żałuję, że nie pstryknąłem kilku gdy u mnie nocował… ale cóż będzie nauczka na przyszłość.

Pociąg ostro zahamował i w tym momencie zwaliły się na mnie obfite piersi czerwonowłosej oraz ich zboczona właścicielka.

 - Urght, przepraszam ale chyba na ciebie lecę~

Błagam zabierzcie tę natrętną babę bo coś we mnie wybuchnie ><

 

***

 

Zakupiliśmy bilety i zasiedliśmy na jednej z ławek czekając aż dzieciaki nabiorą całego tego słonego szajsu z kinobaru. Jak się okazało co sprytniejsze dzieciaki przywlekły sobie jakieś rzeczy w plecaczkach. Chwilę biłem się z myślami czy też nie fundnąć sobie naczosy. Ale po chwili namysłu stwierdziłem ze to zbyteczny wydatek w końcu teraz miałem na utrzymaniu jeszcze Terrego.

Rottelfelt natomiast nie miała takich oporów. Rozwaliła się przy mnie i zaczęła wpierniczać, jak by na złość głośno mlaskając i zachwalając jakie dobre.

 - Może chcesz troszkę? – zaproponowała łaskawie trzymając jednego w ustach – są wyśmienite.

Sięgnąłem i ku jej wielkiemu smutkowi po prostu zjadłem.

 - Dzięki – mruknąłem zadowolony i napiłem się nieco zabranego ze sobą soku marchwiowego.

Niebawem zrobiła się odpowiednia godzina i mogliśmy wejść na salę. Na szczęście tu obowiązywała już pewna zasada. Nauczyciele siadali zawsze na końcu rzędu w jednej linii. Miałem farta siąść koło Daniela, który zakupił sobie ogromny karton popcornu oraz cole XXL. Coś czuje, że nie będę głodował pomyślałem szczęśliwy.

W Sali zgaszono światła zaczęła się plejada reklam. Leciały kondomy, podpaski, batony jakieś, potem reklama banku i w końcu zaczęły się zwiastuny filmowe.

Nigdy nie przeszkadzało mi oglądanie tego wstępu przed seansem, był to dodatkowy czas pozwalający na ewentualne skorzystanie z toalety lub spóźnienie.

Przypominało mi się jak kiedyś mama zabrała mnie i Toma do kina.

Nie pamiętam już na co. Ale pamiętam wściekłość mojego brata gdy potknął się na schodach i wywalił cały swój popcorn. Okropnie w tedy płakał, a mama usiłowała go uspokoić natomiast ja zaproponowałem mu swój. To chyba jedyne moje wspomnienie w którym Tom się szczerze uśmiechnął i mnie przytulił…

Było minęło. Czas leci dalej.

Poczułem jak ktoś mnie głaszcze po włosach. Odwróciłem się do tyłu i zobaczyłem zadowoloną z siebie Scarlet.

 - Co tam skarbie? – zaświeciła nieskazitelnie białymi zębami.

 - Nie wycieraj lap po żarciu w moje włosy – furknąłem.

Oburzona czerwonowłosa strzeliła akcentacyjnego focha, a tym czasem Daniel zaproponował mi popcorn z czego z radością skorzystałem.

 

***

 

Film mi się dłużył, może dlatego, że już go widziałem parę razy w telewizji. Jednak miło było czasami muskać dłoń Sterna w czasie nabierania dmuchanej kukurydzy.

Chłopak czasami na mnie popatrywał, a czasami to ja na niego popatrywałem.

Ciekawe o czym myśli gdy na mnie zerka? – przemknęło mi przez myśl, gdy Bella po raz kolejny z tym swoim wyrazem twarzy jak by miała mokro w gaciach zerkała na Cullena.

Po chwili oglądania coś mnie uderzyło.

On ma ponad sto lat i kocha tę nastolatkę. Czy to się liczy jako pedofilia? – zdusiłem chichot.

Poniekąd nie, bo ona jest pełnoletnia. Ale on jest martwy…

Znów zdusiłem śmiech widząc zamiast Belli Waltera, ganiającego za wampirem z rozpiętymi spodniami.

Ah, zaiste cudne było to wyobrażenie.

Nareszcie film się skończył, poleciały napisy i można było powoli zacząć zbierać dzieciaki. Daniel cyknął parę fotek do szkolnej kroniki, a tymczasem ja ze Scarlet przeliczyliśmy uczniów, po czum sprowadziliśmy na dół do wyjściu by za chwilę zaprowadzić je bliżej toalet gdzie musieliśmy zrobić dłuższą przerwę. Po wizycie w łazience stanąłem we wnęce między otwartymi drzwiami sali kinowej, a wielkim tekturowym niedźwiedziem z dziurą zamiast głowy.

 - Co tak tu stoisz sam, piękny? – zamruczała Rottelfelt – znienacka łapiąc mnie za pośladki.

 Odskoczyłem wystraszony.

 - Czy to nie podchodzi pod molestowanie? – burknąłem zdezorientowany.

 - Oj tam, bycie dotykanym przez piękną kobietę to nie molestowanie – oblizała się lubieżnie – Co powiesz byśmy pojechali do mnie jak już się bachory rozejdą? – wygięła się niczym kotka w rui.

 - Nie trzeba, dzięki – skrzywiłem się jak bym zjadł cytrynę.

Nie chciałem z nią mieć nic wspólnego z dwóch powodów, no może trzech. Pierwszym było to, że byłem gejem ale to nie było najistotniejsze. Romans w pracy to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę, a po za tym diabli wiedzą czy ona zdrowa jak wypina tyłek do każdego ładniejszego faceta.

 - Będę nalegać – zastąpiła mi drogę, a jaj ton momentalnie stwardniał.

 - Dzieciaki odchodzą – złapałem ja za nadgarstki i odsunąłem, po czym niemal galopem popędziłem do wyjścia.

Za sobą usłyszałem tylko złowrogi syk.

 - Jeszcze tego gnoju pożałujesz…

 

***

 

Zmęczony jak nieszczęście wróciłem do domu z nadzieją na wypicie chłodnego piwa i obejrzenie meczu. Jednak gdy wszedłem zamiast ciszy przywitał mnie szmer dzwonków i dźwięki gongu oraz ćwiczący zupełnie na golasa Chemik.

Ukryłem się w kuchni cały czerwony.

Czy da się odwidzieć to co zobaczyłem? – jęknąłem w myślach dosypując kotu żarcia.

Za chwilę trwającą pół piwa doszedł do mnie Terry jednak tym razem przynajmniej w slipach.

 - Wybacz, ale nie mogłem przerwać treningu czi – nalał sobie zimnego soku z lodówki.

 - Ale musiałeś na golasa i to w salonie? – burknąłem biorąc kolejny łyk.

 - Tak, ubrania mącą w głowie i utrudniają otwieranie czakr – chyba zauważył mój brak entuzjazmu bo szybko zmienił temat – jak było na dniach szkoły?

 - Kino spoko ale ta Scarlet to jakieś napalone zwierzę. Jak by nie siedziała w innym rzędzie to podejrzewam, że w czasie filmu dobrała by mi się do spodni.

 - Nie dziwę jej się, jesteś po prostu atrakcyjny – przetarł sobie plecy ręcznikiem.

 - Podrywy to co innego niż molestowanie, jędza złapała mnie z tyłek – poskarżyłem się.

 - A to pipa, ej ale mówiłeś jej, że jesteś homo? Bo wiesz zawsze mógłbyś ją oskarżyć o homofobię i mówię nienawiści wobec mniejszości seksualnej.

 - Ale ona nie wiedziała, że nie jestem heteronormatywny i nie robiła tego ze względu na orientację tylko zwyczajnie była natarczywa – wyjąłem drugie piwo.

 - Choć, zrobię ci masaż. Jesteś strasznie spięty, przyda ci się nieco wytchnienia bez irytujących wiśniowowłosych bab – zaproponował nagle, a ja zadowolony przystałem na jego prośbę.

Wygląda, że mimo wszystko mieszkanie z nim nie jest takie złe.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31