Cz. 39

 


June 20

Nastał weekend, szykowałem się mentalnie na pismo od McMillana. Nie miałem siły walczyć. Dyrektor wysłał mi całego meila jakiego dostał od Rottefelt łącznie ze zdjęciami.

W istocie siniaki miała ale nie były jakoś wybitnie duże czy ciemne.

Zamknąłem laptopa. Za godzinę miał przyjechać Michael, a ja miałem hurtem jechać zaraz potem do szkoły.

Zgrzytnąłem zębami – życie cię nie rozpieszcza, z resztą nigdy nie rozpieszczało – zaswędziała blizna na głowie.

 - Panie Delashiit! – wołanie Daniela wyrwało mnie z chmurnych myśli.

 - Słucham!? – wyjrzałem z pokoju na korytarz.

 - Pomocy! – ruszyłem biegiem.

 - Gdzie jesteś!? – od razu podskoczyła mi adrenalina.

 - W prysznicu!

Drzwi łazienki były zamknięte ale znałem dobry myk z nożem, pobiegłem do kuchni i niebawem udało mi się sforsować zamek.

W środku zastałem golusieńkiego Daniela okutanego byle jak ręcznikiem. W zamkniętej kabinie szalała zepsuta słuchawka od prysznica. Cała podłoga była mokra, a chłopak wyglądał na nieźle wystraszonego.

 - Ona mi spadła i nagle…wszędzie woda, nie wiedziałem co robić! – odsunął się jak najdalej od węża agresywnie plującego gorącą wodą.

Westchnąłem, po czym uchyliłem drzwiczki i szybkim ruchem zakręciłem złoty kurek.

Dopiero gdy słuchawka, a właściwie jej resztki upadła bez życia mogłem ją podnieść i dokładnie obejrzeć. W czasie uderzenia pękła na pół zostawiając nieduży otwór z którego sikała sprężona woda.

 - Da się to jakoś na prawić? – spytał zaglądający mi przez ramię Stern.

 - Nie sądzę – mruknąłem widząc odłamki plastiku wirujące w przy odpływie.

 - Witajcie kochaniiii!!! – usłyszałem z dołu radosne wołanie Michaela – jak tam? – szelest ubrań i stukanie podróżnej walizy – halo! W ogrodzie jesteście czy co? – stukot butów o posadzkę.

 - Chwileczkę! Zaraz zejdziemy! – odkrzyknąłem, momentalnie zabierając się za suszenie posadzki.

Daniel zrobił krok w strone ubikacji na której lezała jego piżama. W tym jednak momencie się poślizgnął. Złapąłem go w ostatniej chwili nim uderzył głową w pralkę. Na domiar złego spadł mu ręcznik z bioder.

 - Co wy tam… - pan Michael zatrzymał się w pół kroku przed otwartymi drzwiami łazienki.

 - Hej tato ^^;

 

***

 

Dobrze, że pan Michael to taki wyrozumiały człowiek – pomyślałem pakując się do auta, szkoda że nie wszyscy są tacy – westchnąłem, głaszcząc kopertę z pieniędzmi za opiekę.

Droga mijała leniwie, jak na złość nie było żadnych korków, które mogły by opóźnić nieuniknione.

Zaparkowałem pod budynkiem. Lekki wietrzyk pieszczotliwie poczochrał moje czarne jak onyks włosy, zupełnie jakby próbował mnie pocieszyć.

Mury placówki pozostawały jednak niewzruszone.

Pogładziłem z namaszczeniem barierkę i wspiąłem się na korytarz. Przeszedłem pustym holem poruszając zaległy na parapetach kurz.

 - Było miło czas się pożegnać… - szepnąłem łapiąc za klamkę pokoju dyrektora.

W środku siedziała Rottefelt.

 - Mówiłam, że pożałujesz – syknęła, a potem odsunęła się udając chyba strach i zerkając z troską na umieszczoną w rogu pomieszczenia kamerę.

Zerknąłem na urządzenie i pokręciłem głową z politowaniem.

Dyrektor dołączył do nas jakąś chwilę później, miał nieodgadniony wyraz twarzy. Wytarł czoło, otworzył laptopa i spojrzał zmęczonym wzrokiem na nas oboje.

 - Panno Rottefelt czy to na pewno on? – spytał podsuwając jej kartkę do podpisania zeznań.

 - Z pewnością, do teraz bolą mnie nadgarstki gdy próbował… – teatralnie zakryła usta dłonią, a potem szybko złożyła krótki podpis.

 - Co ma pan na swoja obronę panie Delashit?

 - Nie zrobiłem tego, odsunąłem ją gdy próbowała po raz kolejny mnie złapać za pośladki… - westchnąłem znudzony szopką.

 - Kłamliwa świtania – warknęła czerwonowłosa.

 - Czy to pani nadgarstki – McMillan pokazał nam kilka wydrukowanych zdjęć ze śladami ledwie widocznych sińców.

 - Widzi pan jak mnie potraktował – zajęczała Scarlet – to bestia!

Zdusiłem gorzki śmiech.

 - Panno Rotttefelt jest pani świadoma konsekwencji za składanie fałszywych oświadczeń?

 - Dowody są niepodważalne – zdenerwowała się, posyłając mi jadowite spojrzenie – próbował mnie zgwałcić.

 - Gówno prawda – zgrzytnąłem zębami.

 - Dobrze, w takim razie co mi pani powie o tym? – Oliver odwrócił w naszą stronę laptopa.

Na ekranie wyskoczył złożony z kilkudziesięciu zdjęć filmik, na którym nauczycielka łapała mnie za tyłek z uśmiechem, widać było moje niezadowolenie i ten niefortunny incydent z nadgarstkami. Z każdym kolejnym pojawiającym się obrazem mina kobiety rzedła.

 - Mówiłem! – zawołałem z radością.

 - Ale skąd to!? – wybuchła w końcu złością – tam nie było kamer tam… - zatkała usta.

Zdradziła się.

 - Te zdjęcia przysłał mi jeden z uczniów zaniepokojony pani bezwstydnym zachowaniem – powiedział spokojnie dyrektor – i nawet puścił bym to pani płazem, rozumiem młodość i głupota, ale bezpodstawne oskarżanie innego pracownika szkoły o gwałt to już zdecydowanie inny kaliber.

 - To niemożliwe – szybko sięgnęła po papier z oświadczeniem, ale zdołałem zabrać jej go sprzed nosa.

 - Koniec gry! – zawołałem uradowany.

 - Dzwonię na policję – zirytował się McMillan.

 

***

 

Wracałem do domu w nadzwyczaj dobrym humorze.

Nie wiem kto nade mną czuwa ale… kurwa, jestem wdzięczny – wciągnąłem ciepły powiew wiatru nosem i wszedłem do klatki.

Momentalnie uderzył mnie zapach dymu.

Poddenerwowany ruszyłem biegłem do mieszkania przeskakując po kilka stopni.

Trzęsły mi się ręce bo smród wydobywał się zza drzwi. Otworzyłem i od razu stanęła przede mną ściana białego pachnącego ziołami dymu.

 - Terry!? – zawołałem przestraszony – Teo!

Kocur leżał zadowolony na plecach z uchylonym pyskiem i popatrywał na coś w głębi domu.

 - Terry? – blondyn stał goły na jednej nodze trzymają w rękach pęki jakichś dymiących  roślin.

Okna były zamknięte, na stole w salonie paliły się białe i czarne świece w kamiennych świecznikach obłożonych jakimiś kryształami. Na środku tego dziwacznego rozgardiaszu leżał narysowany pentagram z moja skarpetką na środku oraz liściem laurowym.

 - Co ty wyczyniasz! Zgaś to sitarstwo – wyrwałem mu bukiet z ręki i dopiero wówczas okularnik otworzył przekrwione oczy.

 - Wróciłeś! – rzucił mi się z radością na szyję, zapominając kompletnie o dymie – martwiłem się.

 - Złaś i gadaj co ty wyczyniasz? – warknąłem.

 - Rytuał ochronny oczywiście. Wyczułem energetycznie że coś ci się dzieje i postanowił…

 - Zgaś to i sprzątnij! Zaraz cały obrus będzie tłusty od tych świec i trzeba wywietrzyć – zabrałem Teo do łazienki, umyłem ręce i zająłem się otwieraniem wszytkach okien na oścież.

 - Dobrze, że nic ci nie jest – blondyn pozdmuchiwał świece w jakiejś dziwnej kolejności i zaczął zbierać kamienie do drewnianej miseczki – jak tam było?

 - No… nic specjalnego – odpadłem wymijająco, zabierając swoją skarpetkę, po czym sięgnąłem po zioła.

 - Nie! – wrzasnął jak bym go walnął w bok – znaczy… ja to zbiorę – wyjął mi bukiet z ręki i zabrał do sypialni – sam posprzątam, nie ruszaj nic! – zastrzegł.

 - Ok, ale się ubierz – poprosiłem siadając zmęczony na kanapie.

 - A co? Spodnie cisną? – zażartował frywolnie.

 - Chciałbyś – parsknąłem – A w ogóle to Dyro wywalił tą Rottefelt.

 - No i dobrze suce, kto to widział geja napastować – przeszedł przez pokój w jakiejś półprzeźroczystej szacie – Ale głosiłeś to?

 - Nie, ona zgłosiła mnie za gwałt…

 - CO!? – oczy blondyna rozszerzyły się jak źrenice kota po dawce kocimiętki – jaka pizda, jak śmiała. Ale to dyro.. ale… em? – spojrzał na mnie pytająco.

 - Pamiętasz jak do ciebie dzwoniłem w czasie wyjazdu?

 - Tak, ale co to ma…

 - Chciałem ci powiedzieć, że mnie zwolnią dyscyplinarnie przez nią, i dziś jechałem by to się stało, ale ktoś nadesłał dodatkowe zdjęcia uniewinniające mnie..

 - Ha! Rytuał zadziałał! Wiedziałem – powiedział dumny jak paw – Ale teraz jeszcze jedna rzecz – powiedział gdy pokój był już doprowadzony do względnego porządku – nie byłeś u siostry, prawda? – przyszpilił mnie zielonością oczu do kanapy.

 - Skąd to przypuszczenie? – przełknąłem nerwowo ślinę.

 - Nie kłam, czuję to.

Nie miałem już sił na jakiekolwiek gierki.

 - Masz rację, nie byłem u siostry, nie remontuje nic.

 - A więc gdzie byłeś i czemu?

Westchnąłem.

 - Ojciec jednego z uczniów poprosił mnie o opiekę.

 - Stern?

Spojrzałem na niego zdziwiony, a na wargach okularnika wykwitł złośliwy uśmiech.

 - Skąd wiedziałeś?

 - Widziałem cię w jego kamerze – wybuchł dobrodusznym śmiechem – ale żeś się spiął – klepnął mnie przyjacielsko w ramię – wszystko gra jedziemy dalej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31