Cz. 33

 

June 2

 

Minął weekend, w trakcie którego chemik większość czasu spędził siedząc zamkniętym w moim pokoju i chlipiąc młodszej siostrze Amy w słuchawkę.

Dopiero w poniedziałek troszkę doszedł do siebie, uświadamiając sobie, że jest skazany na jazdę ze mną autem do pracy, bo jego rower został pod szkołą.

 - Kawy? – spytałem, gdy wszedł do kuchni.

 - Może być… Pedro ja… no.. przepraszam za nazywanie cię grą mięcha – powiedział bardzo zmieszany.

 - Nie masz za co – odparłem, nastawiając wodę w czajniku – sam nie byłem aniołkiem. Nescafe czy Chibo?

 - Chibo – mruknął, siadając na rąbku krzesła, a ja zasypałem oba kupki i zalałem wodą.

 - Z mlekiem?

 - Jak masz to chętnie. Rany… - pociągnął nosem – naprawdę dzięki, że mogę tu być.

 - Nie każda góra miecha jest taka jaką się wydaje mendo – zachichotałem.

Nie wiem ale miałem wrażenie, że przez martwienie się o Terry’ego jakoś uleciało moje skupienie nad własnymi problemami.

Teo zamiauczał przeciągle szturchając łapką miskę. W weekend omijał blondyna szerokim łukiem ale teraz chyba już nieco przywykł i postanowił mimo jego obecności zamanifestować swoje potrzeby.

 - Już, moment, ty czarna klucho – mruknąłem, sięgając do lodówki po puszkę.

 - Ładny ten twój kot – stwierdził, wyciągając mu niemu dłoń.

Czarnuch się zjeżył i zasyczał groźnie.

 - Masz – podstawiłem mu pod mordkę miskę z jedzeniem ale ten dalej syczał.

 - Chyba mnie nie lubi – okularnik szybko zabrał rękę.

 - Jest nieufny wobec obcych – wzruszyłem ramionami – zostaw go na razie – kocur zajął się miską – za jakiś czasie przyzwyczai.

 - Myślisz?

 - Znam swojego kota – odparłem beznamiętnie, robiąc sobie tosty.

 - Nigdy nie miałem zwierząt innych niż myszy.

 - Nam z bratem ojciec kazał myszy tłuc w domu, bo się raz zalęgły – chemik skrzywił się na te słowa.

 - Nie lubiliście się z tatą? – spojrzałem na niego podejrzliwie.

Skąd on mógł to wiedzieć.

 - Trochę… - odparłem wymijająco.

 - Ja swojego prawie nie pamiętam – siorbnął gorącej kawy.

 - Ile miałeś lat?

 - Z dwanaście… z resztą mamy też nie pamiętam.

 - Co im się stało? - spytałem ostrożnie.

 - Wypadek, podwoził ich taksówkarz, dostał zawału. Skończyli w rzece.

 - Fffff – wciągnąłem boleśnie powietrze.

 - Nie ma o czym gadać, tyle dobrego, że nas dziadkowie przygarnęli – znów upił kawy – na którą masz zajęcia?

 - Dziewiąta. A ty?

 - Dziesiąta.

 - No to się zbierzemy za jakieś dwadzieścia minut – stwierdziłem wyjmując tosty.

Chemik kiwnął głową, dopił kawę i wstał.

 - Co mogę zjeść?

 - No homara mi zostaw – zażartowałem – bierz co uważasz – wzruszyłem ramionami, wskazując lodówkę.

Chemik nieco się rozluźnił i wyjął jajka, pół cebuli oraz kiełbasę.

 - Odkupię.

 - Nie wygłupiaj się. Jedz. Wieczorem ustalimy jak będzie wyglądało twoje mieszkanie tutaj – pogłaskałem obżartego kota po grzbiecie na co ten zrobił stójkę opierając się przednimi łapami o moje kolana i wyciągając szyję ku mnie – Co? Za mało ci było? – zakpiłem.

Zadowolone mruczenie wypełniło kuchnię.

Tymczasem blondyn walczył z czymś jajecznicopodobnym co szło mu nad wyraz sprawnie. Zupełnie jak by urodził się w kuchni.

 - Masz jakieś przyprawy? – zapytał, jedną ręką podrzucając na wpół ukształtowany omlet.

 - Na górze po lewej – wskazałem odpowiednią szafkę – najwyższa półka.

Okularnik chwile w nich przebierał marudząc ale chyba w reszcie znalazł coś sensownego zaś po kuchni rozszedł się cudowny zapach. Pachniało na tyle interesująco, że nawet Teofil wskoczył na blat i zaczął się przyglądać.

Po chwili jedzenie było gotowe. Zilonooki zrzucił omlet na talerz i zaczął pałaszować.

 - Chcef sfrubofać? – spytał z pełnymi ustami.

 - A daj – podsunąłem mu talerz.

Ten przełożył mi trochę, na ten widok Teofil przymierzył się do skoku i idealnie złapał przednimi łapami za talerzyk niestety tylnymi nie zdołał dosięgnąć stołu i zwalił się wraz z jedzeniem na podłogę tłukąc oczywiście naczynie.

No i to by było na tyle jeśli chodzi o moje próbowanie -,-

 

***

 

Zajechaliśmy do szkoły. Odstawiłem auto na parking, zabrałem rzeczy i ruszyłem stronę drzwi.

 - Ej, nie sprawdzasz czy zamknąłeś drzwi? – spytał zdziwiony chemik.

 - Po co? – uniosłem jedną brew – moje zamki dobrze działają, po za tym co by mi mieli ukraść? Breloczek z limonką na lusterku? Czy rozpompowaną piłkę do kosza z bagażnika?

Terry umilkł i wszedł razem zemną do budynku. Szybko odnaleźliśmy pokój nauczycielski i tam się rozdzieliliśmy, bo ja po zabraniu dziennika ruszyłem do kantorka, a on postanowił zostać.

Nudne zajęcia z dziewczynami na siłowni były idealne bym mógł w spokoju pomyśleć nad sposobem rozliczania się z Fosterem.

 - No dobra dziewczynki to rozgrzeweczka – zakomenderowałem po sprawdzeniu listy obecności.

Wygląda na to, że nieźle gotuje, może mógłby robić zakupy i gotować skoro pewnie większość wypłaty wysyła bratu?

Ale czy to nie przesadne wykorzystywanie? I gdzie ja go ulokuję?

Na razie zajął mój pokój ale chyba go ekspiuję do salonu, nie ma mowy by spał ze mną w  jednym łóżku, mimo że w sumie mam dwuosobowe po poprzednich właścicielach i byśmy się zmieścili…

To niby krępujące ale byłoby wygodnie zdaję się dla nas obu. Tylko chyba musielibyśmy sobie wyjaśnić, że to ze względów praktycznych nie romantycznych. A jak się zacznie do mnie podwalać to go odeślę na wersalkę do salonu.

Tak, tak właśnie zrobimy 😊
 - Panie pesorze czy możemy już wziąć się za sprzęty? -  z rozmyślania wyrwała mnie jedna z uczennic.

- Co? A tak oczywiście, każda na jeden sprzęt i co dwie minuty zmiana! – zakomenderowałem zerkając na zegarek od Daniela.

Powinienem zabrać jego rower do domu, pokazać mu gdzie się go stawia w piwnicy i nauczyć trasy do placówki abym nie musiał wstawać na jego ranne godziny.

Czyli chyba czeka nas mała rowerowa wycieczka – zaśmiałem się w myślach – Dawno już z nikim nie pedałowałem.

 

***

 

Po drugim śniadaniu i kilku lekcjach w końcu nadeszła upragniona przerwa obiadowa.

Zadowolony z dnia poszedłem do stołówki i stanął grzecznie w kolejce.

Jamal kręcił się w okienku wydając posiłki pod czujnym okiem głównej kuchty.

Nagle poczułem dłoń na ramieniu.

Wystraszyłem się lekko. Czyżbym znów coś złego zrobił?

 - Zapomniałem rano zapytać o której kończysz – Foster zaserwował swój firmowy uśmiech numer pięć, którym zwykle obdarzał tylko Kate.

 - Za jakieś dwie o ile nie wcisną mi jakiegoś zastępstwa. A ty?

 - Za trzy, poczekasz na mnie? Znaczy… jak nie chcesz to… to jakoś wrócę rowerem…może się nie zgubię… – zaczął się plątać.

 - Nie wydziwiaj, zaczekam – posłałem mu przyjazny uśmiech.

Natomiast po kolejce rozeszły się szepty tych małych gumowych uszek.

A niech se nas shipują napalone gnojki – pomyślałem, odwracając się do Jamala aby odebrać talerz z zupą.

Jego mina była nietęga ale nic nie powiedział.

Zabrałem naczynie i ruszyłem do stołu nauczycielskiego gdzie siedziała już Pointer i McMillan.

Oliver był już zajęty drugim daniem zaś Irene bez zainteresowania siorbała gorącą grochówkę.

Wziąłem łyżkę i spróbowałem.

Zupa była wyjątkowo słona i ostra zupełnie jakby komuś do garnka wpadła cała solniczka z pieprzniczką do towarzystwa.

Chemik usiadł obok spróbował i od razu się skrzywił

 - Okropna!

 - Nie gadaj, ciesz się, że jest – prychnęła biologica – Ludzie w niektórych krajach dali by się poćwiartować za taką zupę.

 - Chyba sobie kpisz! To jakaś abominacja, a nie żadna zupa.

 - Jak byś stał kilka dni na mrozie za choćby kawałkiem mięsa i potem zupę zepsuł to i tak byś ją zjadł z apetytem.

 - Stałaś kiedyś na mrozie chociaż pół dnia? – zakpił zielonooki.

Oho coś czuje, że zaraz w pracowni biologicznej znajdzie się drugi ludzki szkielet, tylko świeży.

 - Stałam cztery dni za kawałkiem szynki wieprzowej! Nie doświadczyłeś komuny! Nie wiesz co to kartka ani nawet nie umiesz sobie wyobrazić na wszystkich półkach sklepowych samego octu!

 - Jak to? W całym Walmarcie tylko ocet!? – dla Fostera było to coś niewyobrażalnego.

 - Nie ma Walmartu! Jest Peweks gdzie się płaci dolarami, a ty zarabiasz w nic nie wartych złotych. Za wymianę jest więzienie i ostracyzm społeczny. Więc wpierdalaj zupę i się ciesz, że ją masz – po tych słowach wypiła swoją porcję duszkiem i poszła po drugie danie, zostawiając zamurowanego chemika z jego myślami.

Ukryłem uśmiech w talerzu i zagryzłem go chlebem.

 

***

 

Otrzymałem od Waltera esemesa z zaproszeniem na działkę w lipcu. Nie napisał tylko czy razem z jego rodziną czy też zrobimy sobie męski wypad.

Ciekawe czy do tego czasu Terry dalej będzie u mnie siedział? Zastanawia mnie ile potrzebuje na tą terapię brata? Może powinienem o to podpytać doktorka… Tylko, że on jest od chirurgii, a nie problemów z płucami…

Siedziałem w kantorku i czekałem aż blondyn skończy zajęcia. Wyjąłem swój służbowy notatnik

 - Pod koniec czerwca są egzaminy, a za dwa dni dzień patrona i to pieprzone kino. A! No i urodziny – szepnąłem – stukając długopisem w kartkę – musze się zastanowić jak to przeprowadzić… Może przyniosę jakiś tort na zajęcia, zaproszę Cher i Waltera na wieczór na kawę… czekaj! Ona chyba teraz jakoś powinna mieć termin porodu. Nie, nie ma co jej głowy zawracać. Po za tym jak dalej będzie u mnie siedział chemik to lepiej sobie darować spotkanie.

Jęknąłem cierpiętniczo i oparłem się o ścianę, patrząc na wymalowane czerwonym markerem daty w  notesie.

W najlepszym wypadku mogę po prostu pojechać do Waltera się napić, a Terry’ego przysposobić do nakarmienia kota.

Zadzwonił dzwonek. Zabrałem rzeczy i ruszyłem w kierunku głównego holu gdzie za moment dogonił mnie Foster.

Był nadwyraz cichy zupełnie jak nie on.

Pewnie się boi – przemknęło mi przez myśl.

 - Masz klucz do zaczepu? – spytałem gdy wyszliśmy na parking.

 - T-tak – pokiwał głową.

Podeszliśmy do stojaków usytuowanych koło śmietników. Jego rower stał koło jakiegoś mdło pomarańczowego roweru i jak można się było domyślić miał różową, mocno podrdzewiałą ramę oraz mnóstwo tęczowych naklejek, które ktoś ochlapał chyba marchwiowym sokiem.

Chemik jęknął cierpiętniczo i zaczął go myć.

 - Co za nietolerancyjne, paskudne bachory.

Parsknąłem śmiechem bo dopiero po chwili dotarło do mnie, że mdły pomarańcz to również sok.

 - Co się chichrasz? – spytał zirytowany blondyn.

 - Bo twój rower nie był głównym celem dowcipnisia – wskazałem na sąsiedni pojazd – nie powinieneś od razu wiązać każdej krzywdy z orientacją nawet jeśli nią epatujesz na prawo i lewo.

 - Ale… - popatrzył na oblany sokiem rower, potem na swoje ochlapane naklejki i zamilkł.

Skończył czyścić i bez słowa podprowadził różową maszkarę pod mój granatowy wóz. Wrzuciłem byle jak rzeczy do auta tak że wyleciał mój służbowy notes.

Odkręciłem przednie koło i zapakowałem go do auta kładąc tylne siedzenia. Dobrze, że miałem kombi inaczej nasz szkolny gej numer jeden musiałby pedałować za samochodem.

Ale mam coś dziś wenę na te żarty – pomyślałem odpalając silnik.

Chemik siedział sztywno obok mnie na miejscu dla pasażera. Przy jednym z zakrętów na kolana spadł mu notatnik.

Na drodze mnóstwo było ludzi jak zawsze w godzinach szczytu. Zajechaliśmy pod blok jakieś dwadzieścia minut później. Skręciłem rower i pokazałem mu gdzie jest składzik.

 - Jutro dorobimy ci klucze – obiecałem – i dorzucimy naklejkę z numerem mieszkania. Inaczej cieć go zabierze na szrot.

Terry pokiwał głową.

 - Ej, co ci tak zmuliło. Milczysz jak zaklęty – sprzedałem mu przyjacielską sójkę w bok.

 - Bo… no… - chyba trochę nie umiał zebrać słów gdy wspinaliśmy się po schodach do mieszkania – chodzi o to, że… - wpuściłem go do mieszkania.

 - Że? – walnąłem torbę z dresem pod drzwi łazienki.

 - Jak będziesz ściągał ode mnie opłatę? I gdzie mam spać? I…. i… - trząsł się jak osika udając wyluzowanego.

 - dobrze gotujesz – rzuciłem swobodnie – zaopatruj nas w żarcie i gotuj. Nie musi to być nic drogiego nie jestem wybredny, a wyjdzie i tak mniej niż jak byś miał ze mną dzielić czynsz i rachunki – wzruszyłem ramionami zrzucając buty – co do spania to albo kanapa albo moje dwuosobowe łóżko. Tylko bez podtestów – zielonookiego ponownie zatkało – jak zaczniesz świrować to wylądujesz na wersalce. Od mojego kompa wara – zastrzegłem – i od moich rzeczy też – wskazałem na komodę. Mogę ci dokupić szafkę nocna i lampkę jeśli lubisz siedzieć po nocach.

 - A…. – zamilkł, może odpowiedziałem na wszystkie istotne kwestie? – A auto? Czasami będę mógł użyć? – spytał nieśmiało.

 Zachłanna bestia – zachichotałem w myślach.

 - Jeśli sam zapłacisz za benzynę – odparłem swobodnie.

Foster rzucił mi się na szyję i zaczął tulić.

 - Boże jakiś ty kochany! Dziękuję! Dziękuję! – i zaczął mnie obcałowywać.

 - No wystarczy, Terry, Terry, Terry… - i weś tu takiego szczęśliwego ogarnij, jeszcze trochę i mnie na śmierć zacałuje…


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31