Cz. 37

 


June 14

W nocy chłopak kilkukrotnie brał gorący prysznic, czym mnie budził. Jednak za każdym razem dzielnie wstawałem, zmieniałem przepoconą pościel oraz podawałem odwodnionemu nastolatkowi herbatę.

Skutkiem tego wszystkiego ledwie byłem w stanie rozpocząć zajęcia punktualnie. Na szczęście nie spóźniłem się jakoś bardzo, bo raptem kilka minut ale cały czas byłem dość senny.
W przerwie zrobiłem nam obu śniadanie i zaniosłem chłopakowi na pięterko.

Akurat coś omawiał ze znajomymi siąpiąc co chwila nosem. Postawiłem śniadanie na biurku i dyskretnie wycofałem się do salonu gdzie rzucił mi się w oczy smoczy czajnik oraz koperta.

Nie interesowało mnie ile tam jest miałem za mało czasu, zwyczajnie zaniosłem ją do swojego pokoju, który znajdował się naprzeciwko danielowego (bo czemu nie miałem zająć wolnej sypialni~)

Pomieszczenie nie było duże, ale za to miało dwuosobowe łóżko i wolne szafy. Prawdopodobnie był to pokój gościnny, a sadząc po ilości zalegającego gdzieniegdzie kurzu był bardzo rzadko używany.

Zerknąłem na zegarek. Oczywiście stał…

Zakląłem i wróciłem do laptopa.

Musiałem zacząć kolejne zajęcia, coś o bezpieczeństwie na drogach. Na szczęście miałem od Kate odpowiednią prezentację więc wystarczyło jedynie z niej skorzystać.

Jakoś ten wykład poszedł i za jakiś czas znów byłem wolny. Zszedłem na dół zrobić sobie espresso.

Stanąłem przed kawiarką i z deczka zgłupiałem. To nie był od taki sobie prosty ekspresik jak w nauczycielskim (który z resztą od dwóch lat nie chciał za bardzo działać) ten był zdecydowanie nowoczesny, czysty i przede wszystkim nie po angielsku.

Znaczki na przedzie wybitnie wskazywały produkcje azjatycką, japońską lub koreańską. Instrukcji obsługi nie było nigdzie w pobliżu tylko coś z sypką kawą i ziarnami – pewnie mielarka – no i sam ekspres ze spieniaczem i setką guziczków.

Spróbowałem je zrozumieć na szczęście były na nich obrazki, trochę mało jednoznaczne ale zawsze. Wbiłem coś co myślałem, że jest programem, nagrzałem wodę i wsypałem kawy, a potem nacisnąłem start.

Ekspres zawył, zasyczał niezadowolony i strzelił mi wrzątkiem ze spieniacza prosto w twarz. Zakryłem się ścierką, a tym czasem dołem też poczęła lecieć woda. Przerażony zacząłem się rozglądać za wtyczką.

Na to wszystko wszedł Daniel.

Najpierw usłyszałem stłumiony chichot, a potem podbiegł do mnie i wyłączył maszynkę jakimś tajemnym guzikiem z tyłu.

 - Co pan robi? – spytał wyraźnie rozbawiony.

 - No próbowałem zrobić sobie kawę… - powiedziałem zmieszany.

 - To się nie tak robi, zaraz panu pokarzę – wziął mnie za rękę i moimi palcami wbił odpowiedni program – cztery guziki, to naprawdę proste – uśmiechnął się, a potem sięgnął do jakiejś szafki aby wyjąć kubek.

Podstawił go pod ekspres, znów coś kliknął i za chwilę poleciał pięknie pachnący napar życia.

 - Proszę się nie przejmować, mój tata trzy dni się uczył różnych kombinacji. To prezent od mojej babci z jej wyjazdu do Japonii – kubek stopniowo zaczął się napełniać.

 - Niestety nie znam się na tak nowoczesnych sprzętach – mruknąłem zawstydzony.

Chłopak machnął ręką i podał mi naczynie, jednocześnie gasząc szatańskie ustrojstwo.

 - A ty nie masz ochoty? – spytałem przytomnie.

 - Nie… niezbyt lubię kawę, zawsze strasznie śmierdzi. Wole kakao.

 - Zapamiętam – obiecałem.

 

***

 

Po kolejnych kilku godzinach w końcu miałem wolne i mogłem się zastanowić nad obiadem. Zajrzałem do lodówki i od razu rzuciło mi się w oczy kilka gotowych dań opatrzonych karteczkami z datami.

Michael nieźle nas zaopatrzył, chodź pismo zdecydowanie nie należało do mężczyzny. Było za miękkie i obłe jak na niego. Zupełnie nie pasowało do tego na kopercie z pieniędzmi.

Może zamówił coś z knajpy, albo pani Hooch zrobiła im coś na zapas.

Tak czy inaczej cieszyłem się, że nie muszę gotować, choć brakowało mi ciepłych i pachnących dań Chemika.

Wsadziłem porcje na talerz, a potem do mikrofali. Nastawiłem według przepisu z karteczki i zająłem się szykowaniem herbaty.

Znów odruchowo sprawdziłem zegarek, który bezwstydnie stanął na godzinie dziewiątej, za co oberwał parę razy.

Na tym nakrył mnie Daniel.

 - Zepsół się? – spytał, niemal owijając się wokół mojej ręki.

Ciut zapiekły mnie policzki.

 - Ta, od jakiegoś czasu nie bardzo chce działać…

 - Dam panu nowy – stwierdził, ciągnąc mnie do drzwi na przeciwległej ścianie niż schody.

 - Ale ja… - wciągnął mnie do gabinetu Michaela – wystarczy go naprawić… - mruknąłem oszołomiony wielkością mahoniowego stołu na którym stał okazały mosiężny byk.

Przy ścianach wisiały gabloty wypełnione różnej wielkości i rodzaju fajkami.

 - Tutaj – otworzył szufladę w wielkiej chyba orzechowej komodzie, która w całości wypełniona była zegarkami.

Większość była szwajcarska sądząc po nazwach, parę francuskich i chyba brytyjskich. Daniel złapał pierwszy z brzegu wytarł rękawem z kurzu i mi wręczył.

 - Ale to twojego taty… - rzekłem speszony.

 - Oj tam , dostaje je od różnych ważnych ludzi, a potem tutaj chowa. Nawet nie zauważył gdy mu zabrałem poprzedni i panu dałem – machnął ręką.

Nie byłem przekonany co do tego pomysłu i chyba chłopak wyczytał to z mojej miny.

 - Jak pan chce inny to proszę sobie wybrać – wzruszył ramionami.

A więc jednak nie wyczytał nic z mojego wyrazu twarzy… ergh no trudno.

 - Nie powinieneś tak robić. Lepiej by było abyś go pytał o takie rzeczy – odłożyłem oba zegarki do szuflady – bo gdyby zauważył kradzież i odnalazł zegarek na mojej dłoni co by pomyślał?

 - No…. – chyba w końcu do niego dotarło.

Zamknąłem szufladę.

 - Chodźmy stąd, bo obiad wystygnie – objąłem go ramieniem i poprowadziłem do kuchni.

 

***

 

Kilka zajęć później znów byłem wolny, Daniel uciął sobie drzemkę w salonie, a ja po przykryciu go kocem postanowiłem pozwiedzać willę.

Zacząłem od dołu konkretnie od gabinetu Micheala, chciałem przyjrzeć się dokładniej jego fajkom.

Pamiętam, że dziadek kiedyś palił – przypomniały mi się przyjemne wspomnienia z dzieciństwa zanim zmarł na zawał.

Momentalnie stanęła mi przed oczami noc na pomoście nad jeziorem Michigan. Jak dorzucałem patyczków do ogniska, a on odstraszał okoliczne komary gryzącym dymem z takiej śmiesznej długiej glinianej fajki. Przypomniało mi się jak kiedyś dał mi się zaciągnąć, a potem śmiał się gdy zachłysnąłem się dymem i wyjaśnił, że jak dorosnę to będzie inaczej… Że kiedyś razem zapalimy… że nauczy mnie puszczać kółka - westchnąłem, przyglądając się chyba orzechowej gandalfówce.

 - Brakuje mi go… - jego śmiech tubalny, a łagodny.

Mogłem mu powiedzieć prawie wszystko i teraz po latach myślę, że mógł podejrzewać, iż będę homo, zwłaszcza jak nakrył mnie na oglądaniu jakichś starych gazet z gwiazdami kina babci, gdzie zamiast przyglądać się biustowi Britney Spears wolałem zajrzeć na stronę zaczynającą się od Leonardo DiCaprio. Tom nie miał z nim tak dobrego kontaktu, bo zupełnie nie chciał go słuchać tylko robić swoje rzeczy, a Janet… pewnie nawet go nie pamięta, w końcu zmarł niedługo po mamie.

Obejrzałem resztę gablot, wyjrzałem przez okno wychodzące na ogród sąsiadów gdzie pracowała przy grządkach jakaś kobieta w średnim wieku.

Uśmiechnąłem się i ruszyłem dalej, wcześniej porządnie zamykając pokój.

Na dole znajdowała się łazienka, salon, dodatkowy pokój który był zamknięty na klucz, kuchnia no i wyjście na werandę. Postanowiłem rozejrzeć się po ogrodzie.

Wyszedłem na zewnątrz, nabrałem powierza w płuca. Odrobinę zakłuło ale zignorowałem to widząc spory, mosiężny zegar na środku skalnika z różnymi roślinami. Z tyłu widać było coś na kształt rabatki z jakimiś kolorowymi kwiatuszkami.

Spodobałyby się Terry’emu – pomyślałem i zaraz postarałem się odrzucić te myśl – ale w sumie można by zebrać nieco i postawić na stole zwłaszcza te ładnie pachnące – zebrałem kilka łodyżek z takimi małymi, białymi kwiatkami i wstawiłem do wolnej szklanki po coca-coli

Zamknąłem okno by chłopak się dodatkowo nie pod ziębił, po czym ruszyłem zwiedzać górne piętro. Chciałem dokładnie przepatrzeć pokój Daniela, dowiedzieć się o nim czegoś więcej…, a może i zajrzeć do pokoju jego ojca.

Czy to podpada pod wścibstwo? – pytanie dopadło mnie gdy już chwytałem za klamkę pokoju Michaela.

Pokój był mlecznobiały  z olbrzymim dwuosobowym łóżkiem zakrytym beżowym baldachimem z wyhaftowanymi na nim złotą nitką falami. Na bocznej szafce leżał długopis jakieś pisma, kilka listów, chyba rachunki, szminka….

 - O! Czyżby wdowiec kogoś sobie znalazł? – mruknąłem podchodząc bliżej – no ciekawe  - zajrzałem do szuflady, w której leżały złożone w kostkę bokserki z ukrytymi między nimi prezerwatywami oraz środki usypiające tego samego typu co zażywał Terry.

Przygryzłem wargę.

Setka ciekawych acz zupełnie niemoralnych myśli przeszyła mój umysł.

Tydzień sam na sam z nim, możliwość uśpienia i nawet dostępne gumki tylko wariat by nie skorzystał.

Czy tu są jakieś kamery – rozejrzałem się dyskretnie, by w razie czego wyjść jedynie na wścibskiego.

Nic jednak nie wskazywało na ich obecność.

Dobra nasza – sięgnąłem do szuflady.

Co ty robisz debilu!? – moje palce zatrzymały się milimetry od szklanego słoiczka – Jak możesz!? – zgrzytnąłem zębami – jestem drapieżcą chce skorzystać z okazji ale… ale… nie tym kosztem, nie ciągnij za sobą kogoś w dół, nie psuj – cofnąłem się o krok.

Czułem się jak dziecko z uczuleniem na laktozę, które znalazło składzik z czekoladowym mlekiem.

Chciałem, a nie powinienem. Wiedziałem, że to trucizna, a jednak ledwie mogłem się powstrzymać by nie spróbować. Przecież drugiej takiej szansy już nie będzie, a nikt by się nie dowiedział.

W tym momencie zadzwonił mój telefon.

Prawie zszedłem na zawał.

To McMillan.

 - Halo? Tak? – momentalnie wycofałem się z pokoju, prawie wywalając się o próg.

 - Nie mam niestety dobrych wieści Pedro. Widzisz…

W głowie przeleciałem wszystkie swoje nie do końca zgodne z prawem szkolnym uczynki i czekałem na wyrok.

 - Rottelfelt złożyła na ciebie donos, podobno molestowałeś ją w czasie wyjścia do kina.

 - Słucham!? – wykrzyknąłem, kompletnie zapominając o śpiącym Danielu.

 - No…pokazywała mi zdjęcia sińców na nadgarstkach po tym jak podobno wykręciłeś jej ręce i próbowałeś zgwałcić przy łazienkach.

 - Nic takiego nie miało miejsca! – zapieniłem się – To ona się do mnie podwalała!

 - Pedro, mam twoje słowo przeciw jej dowodom…

 - Jestem gejem do cholery i p… - W ostatniej chwili się zatrzymałem – Pierniczę jej słowa. Terry świadkiem, że nie tknął bym kobiety, a już zwłaszcza jej.

 - Proszę, oszczędź mi szczegółów – poprosił – nie interesują mnie twoje kontakty z Fosterem. Kwestia jest tego, że muszę cię ukarać, a nie mogę tego zrobić inaczej– westchnął ciężko - niż tylko zwolnieniem.

 - CO!? – w tym momencie straciłem grunt pod nogami i aż klęknąłem z wrażenia.

 - Przepraszam Pedro, takie są procedury… - mówił z wyraźnym smutkiem.

 - Ale niech mi pan da czas, obronić się jakoś!

 - Masz czas do końca tygodnia na znalezienie jakiegoś dowodu, potem będę musiał cię zwolnić.

 - Ale jak mam to zrobić gdy kino jest zamknięte!? Nie dodrapie się do monitoringu, nikt nas nie widział! – zajęczałem czując jak do oczu cisną mi się łzy złości.

 - Przykro mi…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31