Cz. 28

 

April 19

Dzień zaczął się chciało by się powiedzieć niewinnie.

Z rana obudziło mnie znudzone jednak wyjątkowo natarczywe miauczenie ale powodem, dla którego wstałem nie były dźwięki wydawane przez Teo lecz wielki kawał rury, który zwalił mi się nagle razem z kawałem sufitu na łeb, zalewając jednocześnie połowę domu wodą nieznanego pochodzenia.
Jak się później okazało „fachowcy” wynajęci przez mojego drogiego sąsiada ciutkę się pogubili w planach, pokuli tam gdzie nie wolno i w rezultacie zamienili moje mieszkanie w staw.

Jedyną osobą zadowoloną z tego stanu rzeczy był kot mogący z dumą popisać się przede mną swoją zwinnością w skakaniu z mebla na mebel.
Państwo Thomson, w których pokładłem nadzieję na opiekę nad zwierzakiem postanowili dnia poprzedniego wyjechać do sanatorium skutkiem czego zostałem z kotem i zlanym mieszkaniem sam jak palec.

W akcie rozpaczy zadzwoniłem do Cher odebrał jednak Lucas i poinformował, że jego zacna małżonka wyjechała do rodziców na parę dni, a on jest obłożnie chory i nie ma mowy by zajął się jakimkolwiek innym zwierzęciem niż żółw w kojcu.

Na Waltera nawet nie było co liczyć, staruszek prędzej by go wypchał niż się zaopiekował, a poza tym jako lekarz nie miał prawa zabrać do szpitala jakiegokolwiek zwierzęcia ale może uda mi się u niego przekiblować do wieczora.

W związku z tym wysłałem mu wiadomość z pytaniem, na co staruszek odpowiedział twierdząco.

Pozostało mi więc tylko jedno wyjście - zabrać kocura do szkoły

 

***

Kuweta nie nadawała się do niczego jednak zabunkrowany zapas żwirku w jednej z łazienkowych szafek nie uległ zniszczeniu. Dlatego też po umyciu dotychczasowego wucetu mój kot zyskał suche miejsce do załatwiania się. Niestety transporter nie miał tyle szczęścia z racji tego, że był materiałowy przesiąkł dokumentnie i nie było siły na niebie i ziemi abym mógł kociaka w nim przewieźć czy chociażby trzymać w placówce. Zabrąłem go jednak mimo wszytsko z nadzieją ze wyschnie po drodze – jak się potem okazało nie wyschł.

Czasu miałem co raz mniej dlatego też czym prędzej się zebrałem i bez śniadania opuściłem mieszkanie zostawiając klucze budowlańcom, którzy mieli usunąć skutki awarii i na ile się da osuszyć mieszkanie.

Według ich zapewnień do wieczora powinni się uwinąć.

Cóż miejmy nadzieję...

Tymczasem zajechałem na parking, wyniosłem sierściucha z kuwetą. Byłem już nieco spóźniony.

Wbiegłem do kantorka, zrzuciłem torbę z telefonem na krzesło, zamknąłem kota w nauczycielskiej ubikacji i poleciałem na zajęcia co nie było najmądrzejszym posunięciem jak się potem okazało.

Ale po kolei najpierw zajęcia z trzecią C całkowicie niemal przespane przez rażącą większość klasy.

Szczerze gdybym nie był tak zdenerwowany porankiem też bym pewnie usnął razem z nimi.

Dźwięk dzwonka był moim błogosławieństwem wyleciałem od tych śpiochów jak z procy i pofrunąłem do Teo.

Jeśli ktoś zna moje szczęście w życiu pewnie się łatwo domyśli co zastałem:

Drzwi otwarte, żwirek wszędzie, kota brak i jeszcze piękna, świeżutka kupka na samym środku wykafelkowanej na biało łazienki.
Cwaniak wlazł na kuwetę i otworzył sobie drzwi klamką.
Tak jak go kocham, tak miałem ochotę go w tamtej chwili zatłuc.
 - Gdzieś ty się sukinsynu podział? - syknąłem w pierwszej chwili, z automatu sprzątając kuwetę oraz podłogę.

Potem wyruszyłem na poszukiwania, gdzie przypomnę kocur miała nade mną ponad pół godzinną przewagę.

 

***

 

Przerwa nie pomogła, kot dalej pozostawał nieuchwytny, co nie było niczym dziwnym w tak dużym budynku.

Może jakiś dzieciak go zabrał? Może woźna pogoniła? A co jeśli dyrektor go dorwie?

Przypomniało mi się gdy raz dziki kocur się o niego otarł na wyjściu do muzeum historii naturalnej i biedak spuchł jak bania oraz zmienił kolor na wiśniowy.

 - Teo! – wołałem co brzmiało podejrzewam jak bym szukał jakiegoś ucznia, a nie zwierzaka.

Irene posłała mi przelotnie, podejrzliwe spojrzenie ale zaraz wróciła do dopijania kawy z papierowego kupka.

Tym czasem przerwa minęła, a ja musiałem zarzucić poszukiwania na rzecz kolejnych zajęć.

Minąłem klasę Daniela i pewnie jego samego gdzieś w tym tłumie też, jednak nie maiłem w tamtym momencie na niego czasu.

Wybacz – pomyślałem – ale muszę znaleźć mojego przyjaciela.

 - Teo nie chowaj się! – zawołałem w korytarz.

To na nic… - wszedłem do kantorka i zastawiłem pułapkę z żarcia oraz pudełka.

Kiedyś spryciarz musi wrócić by się załatwić, prawda? - pomyślałem dumny ze swojej przebiegłości, po czym poleciałem na zajęcia.

WF z samymi dziewczętami na siłowni to jakiś koszmar gdyby mogły robiły by tylko selfiaczki albo się do mnie przystawiały, a ja do jasnej ciasnej jestem homo i jak na razie nie ma perspektyw by się to zmieniło. Taki już jestem i kropka.

Swoją drogą ciekawe czy jak by mnie McMillan wywalił to mógłbym to nagłośnić jako przejaw homofobii i na kanwie tego coś ugrać…?

Jeszcze jak bym był czarny jak Lucius lub Jamal, albo innego wyznania jak Ruth czy Nija to już w ogóle byłbym nietykalny. Bo na razie to uchodzę za stereotypowego przedstawiciela rasy białej do tego mężczyznę i chyba wszyscy po za Irene są przekonani, że jestem całkowicie hetero-normatywny.

Może powinienem zrobić coming out jak chemik i się swoją seksualnością afiszować?

Podejrzewam, że wówczas wzrosły by przejawy paringowania mnie z Terry’m oraz spadła ilość uczennic próbujących zainteresować mnie okrągłością swoich piersi.

Tymczasem jakaś lala zaczęła zdejmować koszulkę i musiałem interweniować by nie zaczęły sobie pokazywać sów na moich zajęciach.

Pogoniłem je do szatni z tak idiotycznymi pomysłami, po czym zszedłem na stołówkę. Byłem głodny jak wilk. Oczywiście nie wiozłem sobie drugiego śniadania, bo po co? ><

Za ladą stał Jamal z kwaśną miną.

 - Coś taki smutny? – zagadnąłem, przyglądając się wystawionym w lodówce kanapkom.

 - A szkoda gadać – jęknął.

 - No mów!

 - Ale nie będziesz zły?

 - A co? Znów coś z dragami? – spoważniałem w jednej chwili.

 - I tak i nie… - mruknął zagadkowo – domowego wypieku ciastka z marychą od mojego kuzynka z Chicago mi coś wzięło i zażarło. Normalnie miałem całą paczkę, a teraz – sięgnął do stojącej pod ladą torby – Widzisz? Została połowa.

Pokiwałem poważnie głową

 - Może myszy? – podsunąłem szybko orientując się iż ślady wskakują  raczej na coś większego nisz gryzoń.

 - Takie duże?

 - To może szczur one potrafią być duże jak kot – powiedziałem z powagą.

 - O rany, będę musiał dyrcia powiadomić, dzięki stary!

 - Nie ma za co – uśmiechnąłem się fałszywie, po czym kupiłem kanapkę i momentalnie wycofałem się ze sklepiku.

 

***

 

Gdzie bym poszedł jako kot? – zastanowiłem się, opierając o ścianę - najpewniej gdzieś się ukrył i śpi.

W tym momencie zadzwonił dzwonek na przerwę.

Wyśmienicie, jak spał to już na bank się obudził i gdzieś poleciał – zgrzytnąłem zębami.

 - APSIGH! – McMillan kichnął aż zadzwoniły szyby w gablotach – POINTER!

Irene wyjrzała z damskiej łazienki trzymając w pysku elektrycznego papierosa zajumanego prawdopodobnie jakiemuś czuniowi.

 - What? – burknęła, momentalnie chowając urządzenie w kieszeni, a dym wypuszczając w rękaw skórzanej kurtki.

 - Czy t-ty… Apsigh! dokupiłaś ostatnio do swojej sali jakieś wypchane z-zwierzę… Apsigh, kota czy coś?

Jednooka zmarszczyła brwi w konsternacji.

 - Nie, nadal w mojej pracowni znajduje się jedynie szkielet, nie mam żadnych wypychanych ssaków drapieżnych w tym momencie, a już na pewno nie kotowatych.

 -  Apsigh… to czemu do cholery kicham? Coś kręcisz – warknął, wycierając czerwony jak malina nos.

 - Jedyne co pana kręci to w nosie – mruknęła pod nosem jednooka – ale jeśli znajdę tu jakiegokolwiek kota mogę obiecać, że utopie go w formalinie dla bezpieczeństwa pana śluzówek oraz dla wzbogacenia kolekcji moich eksponatów.

 - Dobrze – grubas kiwnął głową, po czym wyniósł się w zacisze swojego gabinetu, a na twarzy Irene zagościł okropny, drapieżny uśmiech.

Polowanie się rozpoczęło… - pomyślałem z przerażeniem – Teo gdzie jesteś!

 

***

 

Mijając bibliotekę natrafiłem na mokre ślady małych łapek.

Ucieszyło mnie to w końcu miałem jakiś trop. 

Pewnie próbował pić w szkolnej łazience – pomyślałem z nadzieją, że może uda mi się go szybko złapać.

Ruszyłem za plamami, które zaprowadziły mnie do sali biologicznej.

Tam czekała mnie scena jak z apokalipsy.

Potłuczone i pozrzucane szkielety ssaków drobnych, powyrywane pióra z wypchanych ptaków, akwarium ze zrzucona pokrywą i brakiem rybek.

Kocur ewidentnie miał używanie. Nicpoń pieprzony dostał gastrofazy po ziole, nażarł się i zwiał.

Jeszcze tylko brakuje aby Irene tu weszła – jęknąłem w myślach, biorąc się za sprzątnie.

Przy okazji walki z bałaganem znalazłam parę ciekawych rzeczy między innymi zakamuflowany zbiorniczek z wódką w ciele puszczyka oraz ukrytą na zapleczu replikę nerki z podpiętą aparaturą fermentacyjną, udającą naczynia krwionośne.

Może i powinienem to zgłosić Oliverowi ale w tamtej chwili uznałam, że moim priorytetem jest minimalizacja szkód, które mogły by się bezpośrednio przełożyć na moją ewentualną dekapitację ze strony rozzłoszczonej Pointer.

Na szczęście udało mi się ten cały bajzel ogarnąć przed przerwą i ruszyć na dalsze poszukiwania mojej drogiej czarnej mendy.

Dzięki Bogu mokre ślady łap dalej były widoczne, jednak urywały się przy sali chemicznej, gdyż woźna właśnie postanowiła zmyć te część korytarza.

Zajrzałem więc bezmyślnie do Terry’ego. Siedział na telefonie i z wypiekami na twarzy coś pisał, obok leżała kartka z napisem „inwentaryzacja”

Wolałem mu nie przeszkadzać, pewnie esemesuje z Sidem – pomyślałem z niechęcią - Jak bym był kotem to bym mu teraz wbiegł do Sali i wgryzł w kostkę – a potem przypominałem sobie o tym co przeczytałem w jego telefonie i odpuściłem.

Przyjdzie czas, że sobie wszystko wyjaśnimy – obiecałem, ruszając w dalszą drogę.

 

***

 

Poszukiwania spełzły na niczym, miałem jednak szczęście gdyż biologicę zajęły dziewczyny z sekretariatu, które nagle stwierdziły, że potrzebują wykazu wszystkich znajdujących się u niej okazów. Spisu strat na rzecz moli i innych wypadków oraz listy potrzebnych jej nowych obiektów.

To na pewno kupi mi co najmniej jedną godzinę zajęć w końcu Pointer ma tam tyle rzeczy.

Z względnym spokojem sprawdziłem listę i kazałem dzieciakom zrobić rozgrzewkę.

Szósta prawie siódma F, rany jak ten czas leci... - westchnąłem w myślach - niebawem wakacje, dwa tygodnie papirologii, ponad miesiąc wolnego i znów z tydzień na organizacje.

standard u nauczyciela.

Dwadzieścia osób... zarządziłem grę w unihokeja, rozdałem sprzęt i siadłem na ławce.

Co ja zrobię z tak dużą ilością czasu wolnego oraz z brakiem perspektyw na spotkanie Daniela? - przygryzłem od wewnątrz policzek - cóż dwa miesiące go nie zbawią, najwyżej znajdzie sobie kolejną miłość - krew w ustach przywołała mnie do rzeczywistości.

Albo mi się wydaje albo oni zawojowują się jakoś grzecznie. Minęło trzydzieści minut, a ja jeszcze niczym nie oberwałem. Co się z nimi dzieje? - zacząłem być lekko podejrzliwy.

Zaraz, coś ich jakoś tak mało... było dwadzieścia osób, jest niecałe piętnaście.

- Ej gdzie reszta? - zapytałem przerywając nagle grę.

dzieciaki przecząco pokręciły głowami co wywołało u mnie jeszcze większy niepokój.

 - Zostać! nic nie zniszczyć! - zawołałem wychodząc - idę ich szukać.

Gdy otworzyłem drzwi przywitała mnie ściana szarego, papierosowego dymu oraz jak na zawołanie alarm przeciwpożarowy.

Czy ja już kiedyś mówiłem jak bardzo tych gnoi nienawidzę?

 - Proszę o opuszczenie placówki! – z głośników dało się słyszeć dyrektorki wokal.

Rozzłoszczony i lekko zdenerwowany kazałem bachorom ustawić się parami, po czym zabrałem ich na korytarz.

Na głównym holu minęła nas Lis wraz z Terry’m oraz Irene. Ich klasy szły we w miarę zdyscyplinowanych kolumnach w przeciwieństwie do mojego uradowanego tłumu.

Niech no was oddam Oliverowi – pomyślałem z mściwą satysfakcją, ustawiając ich przy ścianie budynku.

Pozostałe klasy i nauczyciele oraz inni pracownicy szkoły niebawem wraz z nami wypełnili płytę dziedzińca.

Dyrektor czekał na konserwatora przy drzwiach, a my mieliśmy za zadanie sprawdzić obecność.

Odbębniwszy te czynność zacząłem się rozglądać czy może gdzieś przypadkiem wraz z dzieciakami nie wybiegł na zewnątrz mój pupil.

Nagły zgiełk skierował mój wzrok na jedno z okien.

Czas w tamtym momencie dla mnie zwolnił, widziałem wszystko jak na jakimś cholernym filmie akcji.

Kot zeskoczył z parapetu na parterze i zaczął biec po bruku miałcząc przeraźliwie.

Szukał mnie!

 - T… - zatrzymałem się; jeśli teraz się wychylę, dyrektor mnie zwolni, ale jeśli tego nie zrobię… spojrzałem na Irene wyciągającą bagnet.

Moje niebieskie oczy i jej zielona tęczówka spotkały się na mili sekundę.

Nie rób mu krzywdy – pomyślałem gdy ruszyła przez tłum, pozostawiając swoja klasę Lis.

Chciałem biec za nią ale drogę zaszedł mi Oliver.

Pointer złapała kocura za skórę na karku, jednak bagnetu nie miała już w dłoni. Odwróciła się do uczniów i wbijając we mnie wzrok spytała.:

 - Czyje to zwierzę!

Widziałem to wściekłe spojrzenie McMillana.

Wystąpiłem do przodu.

 - To ja! – Daniel szarpnął go za marynarkę – to moje zwierzę.

 - Doprawdy? – spytała kpiąco Pointer – A jak się wabi? – kucnęła przed nim z wijącą się niczym piskorz czarną kupką futra.

 - Teo – kocur momentalnie skupił na nim wzrok i zamiauczał wymownie.

 - Zabieraj – oddała sierściucha brązowowłosemu – radze go lepiej pilnować – uśmiechnęła się, puszczając do mnie oczko.

Tym czasem do czerwonego ze złości i alergii dyrektora dobiegł konserwator z informacją skąd wziął się alarm.

 

***

 

 - Aleś nabroił, przez ciebie Daniel ma uwagę oraz tydzień kozy. Jesteś z siebie dumny? – zawołałem do kota, gdy jechaliśmy do domu Waltera – Dobrze, że ojciec chłopaka jest głównym inwestorem sportowym tej szkoły, inaczej mogli by go zawiesić.

Kociak ziewnął na tylnym siedzeniu i zwinął się w kulkę.

 - Paskuda – zachichotałem, skręcając w aleję domków jednorodzinnych.

Drzwi od furtki były uchylone.

Coś jest nie tak…

 - Zostań w aucie – przykazałem zamkniętemu w transporterze zwierzakowi.

Wszedłem chyłkiem na posesję, drzwi wyły otwarte prawie na oścież.

 - Walter? – szepnąłem zaglądając do środka.

 - No i skończyło się rumakowanie, chcieliśmy po dobroci teraz będzie po złości! – usłyszałem obcy głos z salonu.

Zabrałem wiszącą w holu parasolkę z solidną drewnianą rączką.

 - Albo zaczniesz przypisywać to co ci każemy albo postaramy się by wielki Walter Hill już nigdy nikogo nie zoperował – dwóch drabów stało nad opartym o ścianę kominka staruszkiem.

Biedak miał rozwaloną wargę i podbite oko, a być może i połamane żebra.

 - No to co? Będziesz grzeczny dziadku? – zapytał ten wyglądający na meksykańca z sumiastym wąsem.

Walter coś zaszemrał.

 - Co? Co mówisz? – wyższy drab się nachylił.

 - Chuj ci w dupę! – siwowłosy napluł mu prosto w oko.

Ten moment wykorzystałem by z całej siły uderzyć stojącego bliżej mnie napastnika w głowę parasolem. Gdy ten się zatoczył rzuciłem się na tego oplutego.

Biłem bez pamięci.

Nie miałam ani krztyny litości.

Tym czasem tymczasem meksykaniec doszedł do siebie spróbował poddusić paskiem od spodni.

Sytuacja była zła żeby nie powiedzieć fatalna, razem byli dostatecznie silni by dać mi radę.

Gdy już zaczynałem tracić nieco przytomność usłyszałem chrapliwy głos doktora.

 - Łapy do góry, kutasy – Hill dobył dubeltówki powieszonej nad kominkiem – albo zrobię z was durszlaki – znów odpluł nieco krwi.

Obaj jak na komendę się zatrzymali i wlepili w niego wściekłe spojrzenia.

Uścisk na moim gardle zelżał.

 - Nie ośmielisz się – zasyczał ten wyższy.

 - Założysz się? – Walter zdjął blokadę – trzy trupy za jednym zamachem, a policja mi tylko pogratuluje odwagi.

 - Sprzątniesz swojego kumpla – pisnął meksykaniec.

Wiedziałem, że Walter nie strzeli. Wykorzystałem więc ich nieuwagę na szybki unik i skok na fotel tym samym opuszczając linię strzału.

 - No chyba nie! - strzelił im pod nogi i szybko przeładował, w tym momencie obaj rzucili się do panicznej ucieczki, wrzeszcząc się coś w krótkofalówkę.

Hill poleciał za nimi drąc się w niebogłosy.

Nie zdołał ich jednak zatrzymać bo wpadli do prowadzonej przez jakiegoś metysa furgonetki i w mgnieniu oka odjechali.

Walter chciał spisać numery rejestracji jednak pojazd ich nie miał.

 - Kurwy jebane – prychnął – opierając się o framugę drzwi wejściowych.

 - Pomogę – zaproponowałem biorąc staruszka na ręce.

Walter oczywiście się wyrywał rzęsiście przeklinając jednak darował sobie wyrywanie.

Pozwolił się zanieść na wersalkę i opatrzeć.

 

***

 

Siedzieliśmy i piliśmy piwo na znieczulenie doskwierających nam obu siniaków.

Walter wyjaśnił mi, że tym zbirom chodziło o podpisanie przez niego pewnej klauzuli zmuszającej go do wypisywania pacjentom pewnych leków jakiejś tam firmy, które po za oczywiście uśmierzaniem bólu powodowały szybkie uzależnienie organizmu od substancji czynnej.

Etyka lekarska nie pozwalała mu na taki krok dlatego też zaczęło się jego prześladowanie czego kulminacją byłą wizyta tych dwóch.

Ja tym czasem opowiedziałem mu o ostatniej wycieczce szkolnej, o zalaniu i pogoni za moim kotem, który teraz siedział w klatce w kuchni.

 - No i wiesz Irene, ta taka ze ślepym okiem dostała rozkaz od dyrektora by się zwierzaka pozbyć…

 - Ślepooka Irene… weż… wys…Wyszeł? – prawie połamał język na jej nazwisku.

 - Tak, obecnie Pointer. Skąd wiedziałeś?

 - Była moją pacjentką – Walter urwał se kawał kiełbasy – rekonstrukcja oka po uszkodzeniu odłamkiem pocisku. Ciężka sprawa, zajęło mi to w tedy ponad cztery godziny dziś bym to zrobił w trzy – popił piwa.

 - Jakiego pocisku?

 - No ten… - staruszek musiał się chwile zastanowić – przywieźli ją do mnie na nocnym dyżurze, była jakaś obława policyjna. Udało się skasować paru narkotykowych bossów ale reszta zwiała. A ona dostała rykoszetem. Wyobraź sobie, że była w ogóle polską agentką do spraw zwalczania przemytu. Nie do pomyślenia co? – siwowłosy wytarł nos – no i ją przywieźli. Darła się w tedy, że zatłucze tych wszystkich gnoi i domagała się statusu świadka koronnego. Nie chciała narkozy tylko znieczulenie miejscowe. Rąbnięta zupełnie… - otworzył kolejną puszkę - ale szok różnie działa. Zszyłem i oddałem ją szeryfowi jakiś tydzień później.

 - C-czekaj czy ty mówisz mi, że ta Irene, ta będąca w związku ze służbami układu warszawskiego została świadkiem koronnym w sprawie bossów narkotykowych? – wytrzeszczyłem oczy.

 - No na to wychodzi – Walter znów zalał gardło gorzałą – jaki ten świat mały co nie? – zarechotał, rozbawiony moją miną.

Gadaliśmy jeszcze z pół godziny o różnych innych ciekawych przypadkach w karierze doktora. O wyjmowaniu chomika z odbytu. Płukaniu żołądku u cymbała co nałykał się nawozu do kwiatów, wyprowadzaniu z przełyku magnesu w kształcie świeczki i innych równie fascynujących dokonaniach Hill’a, przy zacnej asyście kolejnych puszek piwa.

Nie ma mowy bym wracał do domu samochodem – pomyślałem, otwierając drugi czteropak.

W tem usłyszałem warczenie telefonu. Podniosłem się ciutkę chwiejnie i poszedłem do przedpokoju.

Numer nic mi nie mówił, a przynajmniej nie w tym stanie.

 - Hm?

 - Ty pizdo jebana, cały dzień do ciebie, gnoju pierdolony, dzwonię. Nie odbierasz złamasie zachujały! Gadaj gdzie ona kurwa jest!? Tydzień na zajęcia nie chodzi! Liścik suka zostawiła, telefonu ode mnie nie odbiera. Dawaj ją szmato do telefonu!

 - Tom - dość szybko rozpoznałem głos brata - o grzyb ci chodzi? – burknąłem skonsternowany.

 - Jak to o grzyb! Ty fiutociągu niedojebany czemu ukrywasz Janet i nic mi nie mówisz!!!! Gnojówa z domu uciekła trzy dni temu. Dziś do mnie opiekun roku dzwoni, że jej nie ma, że ją ze studiów wypierdolą!

 - Tom…

 - Ty zakało rodziny nie przerywaj mi jak mówię! Ma natychmiast wracać i powiedz jej, że…

 - Tom.

 - że przestanę płacić jak zaraz do mnie nie zadzwoni i nie przeprosi i…

 - Tom! - przerwałem jego nienawistny słowotok - U mnie jej nie ma.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31