Cz. 31
April 23
Rano w sobotę obudziło mnie nieprzyjemne wycie
telefonu.
Z wyrazem bólu jaki towarzyszy każdemu kto chciałby
jeszcze pospać podniosłem się z prowizorycznego posłania i sięgnąłem po
dotykówkę.
Na ekranie wyświetliła mi się krzywa morda Toma.
Przewróciłem oczami.
- Czego? –
ziewnąłem, dowiadując się z wyświetlacza, że jest godzina siódma rano.
- Może
jakieś dzień dobry fiucie! – oburzył się Tom.
- Dzień
dobry jest zarezerwowane dla normalnych ludzi, którzy nie zawracają innym tyłka
w sobotni poranek.
- Zamknij
ryj i posłuchaj „braciszku” – powiedział to ostatnie z mocno wyczuwalnym jadem
– Janet ma wrócić na uczelnie albo przestaję płacić za jej studia.
- Zabierz
Brada na terapię to sama wróci.
- Jeszcze
czego! Ojciec jest zdrowy!!!
- Tom, wiem,
że jesteś jebanym sknerą, krętaczem, leniem…
- Do rzeczy!
Bo cię pozwę za pomówienia!
- Ale dopóty
nie ruszysz zadu i nie sprawdzisz w jakim stanie jest ojciec, nie ma mowy by
Janet opuściła moją dzielnicę.
Tom głośno westchnął i mogłem oczami wyobraźni
ujrzeć jak łapie się za nasadę nosa, próbując powstrzymać się od kolejnej salwy
inwektyw.
- Dobrze…
pojadę
- I zrób
zdjęcia, inaczej ci nie uwierzymy – powiedziałem chłodno.
- Jeszcze
czego! Ty śmiesz mi dyktować warunki!? Ty cwelu, pedale niedojebany! Ty… Ty…
- Cieszę
się, że się dogadaliśmy – ziewnąłem, ignorując wybuch złości – baj… - zgasiłem
telefon.
- I
pomyśleć, że jesteśmy spokrewnieni – westchnąłem, ponownie układając się na
posłaniu i zamykając oczy.
- Kto
dzwonił? – usłyszałem słodki głos Daniela.
Niechętnie uchyliłem jedno oko.
- Nikt
istotny – uśmiechnąłem się pobłażliwie – co chciałeś? Zły sen?
- Niezbyt –
usiadł obok mnie – co się dzieje, że Janet tu jest?
- To nie
jest twoja sprawa mój drogi chłopcze – mruknąłem, przewracając się na drugi bok
– nie musisz się tym martwić – ziewnąłem – o której zabiera cię ojciec?
Chyba wyczuł sporą niechęć do wyjaśniania tematu bo
ułożył się obok zabrał rąbek kołdry i wtulił się w moje plecy.
- Przed
dwunastą pisał…
Leżeliśmy chwilę bez słowa jednak czuć było ciężką
atmosferę. Dzieciak czuł się odsunięty od ważnej dla mnie sprawy.
Ale przecież nie mogłem mu powiedzieć, nie ma sensu
by się martwił moim ojcem opijusem ani bratem chamem, ani bytem Janet czy moim.
To po prostu go nie dotyczyło.
Nie chciałem jego litości dla mojej sytuacji.
Godziło by to chyba za mocno w resztki mojej
męskiej dumy.
- To dobrze
– szepnąłem, sięgając ręką by pogłaskać go po włosach – śpij, jestem tu…
***
Drugi raz obudził mnie smród spalenizny z kuchni – wyrwany
ze snu momentalnie pognałem za źródłem odoru do palników, gdzie w najlepsze
kipiało mleko.
Momentalnie wyłączyłem gaz i zalałem reszki kubka
oraz niegdyś białej zawartości wodą.
- Janet! – Zawołałem ze złością, widząc,
że Daniel też już się ocknął.
Z łazienki wyjrzała brunetka zakładając właśnie
piąty kolczyk.
- Ups ^^;
przepraszam, zapomniałam – pisnęła, po czym ponownie skryła się za drzwiami.
Miałem ochotę ją i jej kolczyki wywalić przez okno
ale ostatecznie pohamowałem się i zająłem sprzątaniem.
- Czy serio
tak trudno upilnować mleka – marudziłem, walcząc z przypalonym białkiem.
- Co na
śniadanie? – zapytał Daniel, trąc jeszcze zaspane oczęta.
- A co byś
chciał? – zapytałem, nastawiając elektryczny czajnik z wodą.
- Może
płatki? – spytał, a mi momentalnie przed oczami stanęło kolejne kipiące i
brudzące kuchnie pianą mleko.
- A coś innego? Może tosty? Parówki? Mam niezłą
kiełbasę do smażenia albo jajecznicę?
Nastolatek chwile myślał, zerkając to na mnie to na
lodówkę.
- No to
niech będą parówki – uśmiechnął się czarująco, prześlizgując się obok mnie aby
znaleźć się bliżej szafki z kawami – i
może herbatę, ma pan zieloną?
- Jakąś
powinienem mieć – odpowiedziałem uśmiechem, sięgając na najwyższą półkę.
Czy on próbuje zemną flirtować?
Nie możliwe, musi mi się zdawać.
To na pewno kwestia niewyspania.
- Janet, a
ty co chcesz na śniadanie!? – zawołałem w głąb mieszkania.
- Cokolwiek
byle bez pomidora!
- Dobra,
dostaniecie po kalarepie – stwierdziłem, wyjmując zardzewiałą od nieużywania puszkę
z zieloną herbatą.
Niebawem śniadanie było gotowe, usiedliśmy. Moja
droga siostra jak zwykle porozcinała paróweczki jak ośmiorniczki i ganiała je
widelcem po talerzu co mnie strasznie rozczulało.
Co innego Daniel który najpierw obtoczył całą
parówkę w majonezie, a następnie zaczął go z niej zlizywać. przejechał kusząco
językiem po całej długości serdelka, a ja poczułem w brzuchu motylki.
- Pedro… -
moją uwagę znów zwróciła brunetka
- T-tak? –
musiałem się uszczypnąć pod stołem.
- Czy mógłbnyś
mi podać jeszcze keczap? – Daniel oblizał ubabrane w białej substancji usta.
- Jasne –
momentalnie wstałem i oglądając się na niego poszedłem do lodówki.
Czy on mnie prowokuje? – pomyślałem szukając
pomidorowego przetworu – nie no, pewnie zawsze tak je, tylko się tobie zboku
jeden kojarzy – zabrałem butelkę z czerwoną paciają i zaniosłem na stół.
Niestety kiedy wróciłem Stern już skończył jeść.
No cóż czasem tak bywa…
***
Po śniadaniu Daniel dostał esmesa, że jego ojciec
się sporo spóźni więc z racji dobrej pogody zaproponowałem wspólny spacer po
pobliskim parku.
Na entuzjastyczną reakcję obojga dzieci nie trzeba
było długo czekać.
Tylko patrzeć jak zaczną się bawić w berka na placu
zabaw – pomyślałem ze śmiechem, zmieniając Teofilowi wodę.
Kot zamruczał zadowolony i otarł się o moje nogi.
Tymczasem dzieciarnia się ubrała i zebrała przy
drzwiach.
- No już,
już – mruknąłem, biorąc do plecaka dwie butelki soku jabłkowego, przewidując,
iż za jakieś pół godziny obojgu zachce się pić.
Wsiedliśmy do autobusu, kupiłem milusińskim bilety
i siedliśmy na końcu pojazdu.
Daniel zaczął szczebiotać z Janet o jakiejś
internetowej grze, o której ja przyznam się szczerze nie miałem zielonego
pojęcia. Gra z tego co zrozumiałem polegała na gromadzeniu rzeczy aby przetrwać
cztery pory roku i nie umrzeć z głodu oraz szaleństwa.
Dziwna gra
ale jak się okazało oboje w nią grali. Daniel upierał się, że najlepszy jest
rudy drwal zaś moja siostra dowodziła wyższość jakiejś bibliotekarki.
Ożywionej rozmowie przysłuchiwała się jakaś
siedząca kilak miejsc dalej babcia z jakimś piekielnie otyłym jamnikiem.
Miałem dziwne przeświadczenie, że w jej oczach
wyglądałem z nimi jak młody ojciec z żoną i dzieckiem.
No cóż jakoś udało mi się to zignorować.
Niebawem dojechaliśmy na odpowiedni przystanek i
weszliśmy do parku. Przywitała nas od razu fala drobnych meszek wśród
kwitnących kwiatów bzu. Ruszyliśmy główną alejką w głąb zieleńca.
Daniel i Janet nie przestawali przy tym głośno
konwersować o grze, ja natomiast szedłem z tyłu obserwując piękno otaczającej
nas przyrody.
Czyli głównie spasione gołębie wyczekująco
zerkające w kierunku dziergających na ławkach babć oraz okrągłe kaczki
taplające się w jednym z nieco zarośniętych jeziorek. Gdzieś w pobliżu mignął
mi plac zabaw z gromadką dzieci ale na szczęście ominęliśmy go szerokim łukiem.
Im mniej pokus w zasięgu wzroku tym lepiej –
pomyślałem, zerkając na olbrzymią magnolię rosnącą na samym środku skrzyżowania
druk.
Poszliśmy nad większy staw, minęliśmy betonowy
most, przy którego jednej z kolumienek zatrzymał się Stern i chwilę rozglądał
po jeziorku.
- Co jest
Daniel? – spytała zaciekawiona brunetka, również się rozglądając.
- Mam Déjà
vu - stwierdził w pewnym momencie chłopak – mam dziwne wrażenie, że tu kiedyś
stał pomnik kaczki – wskazał gdzieś w kierunku stawu na pustą betonową płytkę
gdzie chwilowo siedział otyły wróbel.
-
Niemożliwe, ponad rok tu mieszkam i nigdy go nie widziałem – stwierdziłem
twardo.
- Może był
ale go usunęli, Daniel już mógł być w tym parku, jak był młodszy – stwierdziła
beztrosko Janet.
- Ale ja tu
nigdy nie byłem – zaprotestował nastolatek - tylko wydaje mi się, że tam był
pomnik kaczki.
- O! to może
masz efekt Mandeli jesteś pewny, że coś gdzieś było jak tego nie było. Albo
byłeś w innym parku i stąd ci się kojarzy – zaszczebiotała.
- To w sumie
bardzo możliwe, obok naszej willi też jest park - ochoczo zgodził się Stern – W
każdym mieście jest jakiś park, ej pacz łabędzie! – złapał Janet za rękę i
polecieli je obejrzeć z bliska.
Boże jakie z nich dzieci – pomyślałem ze śmiechem –
jeszcze trochę i zaciągną mnie na ten plac zabaw i każą się bujać na
huśtawkach.
Jak się można było domyślić zrobili to mimo moich
licznych protestów.
- Pobujaj
mnie!
- Nie!
Najpierw mnie!
- Ej, jestem
jego siostrą! Mnie powinien pierwszą!
- Ale ja
jestem młodszy!
Zorgowali się czekając aż skończę pić soczek i
zacznę na powrót robić im za napęd.
- Już no już
– złapałem na raz za obie huśtawki i pociągnąłem do tyłu aby wychyliły się na
odpowiedni kąt, po czym puściłem i obserwowałem co się dalej dzieje – tylko
uważajcie żebyście nie wypadli – poprosiłem.
Oboje piszczeli jak jakieś dzieci z podstawówki co
niesamowicie mnie śmieszyło.
Dookoła nas latały oczywiście też inne maluchy
wydając różnego rodzaju zadowolone odgłosy.
I wszystko byłoby w najlepszym porządku gdyby do
Daniela nie zadzwonił telefon, potem chłopak się odwrócił.
Czyżby ojciec? – przebiegło mi przez myśl.
Po chwili rozmowy Stern schował telefon i zawołał
do mnie.
- Panie
Delashit łapie pan! – po czym zeskoczył z huśtawki, na szczęście mam niezły
refleks i zdołałem go w ostatniej chwili złapać.
- Mnie też!
–zawołała w locie Janet.
Ale na to już gotowy nie byłem, skutkiem czego
koncertowo zaryła twarzą w piasek.
- Miałeś
mnie złapać – burknęła oburzona.
- Trzymałem
Daniela, nie jestem Flashem by w mgnieniu oka reagować na twoje wrzaski.
- I wyjmij
sobie dżdżownice z włosów bo ci weszła – dodał Daniel pomagając jej wstać.
***
- No w końcu
odebrałeś kurwo jedna, Ojca właśnie zabieram do szpitala. Przez tą nierozsądną
sukę zachlał się niemal na śmierć.
- Fotki Tom.
Zdjęcia wypełnionych wniosków do oddziału zamkniętego dla alkoholików się nie
liczą. Równie dobrze mogłeś je podpisać i go nie wysłać.
- Jak jesteś
taki kurwa mądry to go sam zaprowadź pierdolona pizdo! Albo ją przywieziesz
albo nie płacę więcej za studia i będziecie musieli sobie sami poradzić, a przy
spadku dopilnuję byście nie dostali złamanego centa! Rozumiesz, kurwa!?
- Mam dobry
słuch braciszku – wycedziłem z nieukrywaną nienawiścią – podjedziemy za jakieś
trzy godziny. Ale jeśli ojciec nie zostanie wywieziony do zakładu to ja
zabieram Janet do siebie – zastrzegłem.
- Jeszcze mi
będziesz skurwysynu warunki dyktował!? Ty chujociągu jebany!
- Miłego
wieczoru Tom - rozłączyłem się
- No i co? –
spytała brunetka dopijając kakao z dużą ilością bitej śmietany.
- Nic,
ubieraj się. Tom jedzie zabrać ojca do zakładu na terapię.
- Serio? –
wytrzeszczyła z niedowierzaniem oczy.
- Też jestem
sceptyczny więc w razie czego wrócimy.
- Ok… –
stwierdziła z widocznym strachem ale chyba wiedziała, że nie ma innego wyjścia
jeśli chce skończyć studia.
Zapakowaliśmy się i jakieś pół godziny później
byliśmy już w drodze.
- Pedro ale
obiecujesz, że jeśli ojciec dalej tam będzie to wrócisz ze mną i mnie nie
zostawisz? – upewniła się co dziesięć minut tak jak by zbliżanie się do domu
rodzinnego miało zmienić podjętą jeszcze przed wyjazdem decyzję.
W końcu w połowie drogi zasnęła co dało mi odrobinę
upragnionej ciszy.
Cieszyło mnie, że mi ufa. Że nie była tak zawistna
jak Tom czy ojciec.
- Spokojnie
siostrzyczko – szepnąłem głaszcząc ją po suchych włosach – nie dam cię
skrzywdzić, nie na mojej wachcie – uśmiechnąłem się czule.
Ciekawe co za manianę nasz drogi brat tym razem
wymyśli? – zastanowiłem się – Tom to prawnik, nie ma możliwości by czegoś nie
odjebał. Zawsze coś wymyśli pieprzony spryciarz.
Włączyłem cicho muzykę, a z radia poleciało nieco
urywane przez pogarszającą się pogodę „Highway to hell”.
Kilkanaście kawałków potem w końcu dotarliśmy do
celu. Na dworze lało jak z cebra.
Zostawiłem śpiącą siostrę w aucie i wyszedłem na
podjazd gdzie stało obce mi auto.
Nagle z wnętrza dało się słyszeć dźwięk tłuczonego
szkła oraz salwę przekleństw.
Wziąłem głęboki wdech i złapałem za klamkę. Drzwi
były otwarte.
Wewnątrz przywitał mnie osobliwy bukiet zapachów
złożony z wódki, uryny i wymiocin.
Ojciec najwyraźniej ostro zabalował.
- Halo? –
zapytałem, rozglądając się po tych niby znajomych pomieszczeniach – Tom?
- O ty tu
kurow-hick robisz? – z kuchni ozwał się przepalony do niemożliwości głos Brada.
Tom stał wciśnięty w róg, na stole leżały papiery.
Zapewne te do zakładu.
Cała kuchnia była w ruinie gdzieniegdzie walały się
resztki elektronicznych sprzętów, chyba komórki, może ładowarki, wywinięty na
lewą stronę mikser, naczynia w proszku. Istna apokalipsa.
-
Wypierdalaj z mojego domu kutafonie! – stary ruszył do mnie z mordą.
Kątem oka zobaczyłem jak Tom się chowa za
zdemolowanymi szafkami.
- Won Kurwa!
– zamachnął się i omal się nie przewrócił.
Uchylenie się przed ciosem nie było trudne.
- Nie
weźmiecie mnie tam pizdy! Wyrodne bachory! – zawołał i znów się zamachnął na
mnie w czasie gdy mój brat ostrożnie prześlizgiwał się w kierunku wyjścia.
Ciekawe ile mu zajęło docucenie tych zwłok –
pomyślałem, dalej bacznie obserwując ojca.
- No
pieprzony dupolizie! – skoczył na mnie – spierdalaj – próbował uderzyć mnie
tulipanem.
Złapałem go za rękę i przytrzymałem aby Tom mógł
się wydostać.
- Dzwoń po
tych z zakładu.
- Telefon mi
zniszczył! – zapiszczał przerażony szatyn.
- Puszczaj
kutasie! – ojciec spróbował uderzać drugą ręką ale się nieco zachwiał i zawisł.
Szkoda, że był tylko w tych zaszczanych spodniach i
obszarpanym brudnym od wymiotów podkoszulku. To było okropne widzieć go w tym
stanie. Zarośniętego, brudnego, pijanego. Dobrze, że Janet nie musiała tego
widzieć… A może widziała więcej razy niż my? – ta myśl mnie uderzyła jak
puszczona z pełną prędkością lokomotywa.
- Pierdolony
morderca! Mnie też zabijesz!? Scierwo!-hyc – Brad zaczął się szarpać.
Przygwoździłem go do ściany i spróbowałem drugą
ręką sięgnąć po telefon aby dać Tomowi.
- Puszczaj
Kurwa! – darł się stary.
Chwila nieuwagi. Telefon sięgnął ziemi ale się nie
zniszczył. Natomiast uwolniona łapa starego złapała mnie za kudły i szarpnęła w
dół. Uderzyłem głową o framugę.
Tom podniósł moją komórkę i ukrył się w kiblu.
Z nosa trysnęła mi krew.
- Zatłukę
cię ty pierdolony pomiocie! – znów postarał się uderzyć moim łbem o ścianę ale
tym razem mu się nie udało, podciąłem go i obaj wylądowaliśmy na podłodze.
Chwilę się szarpaliśmy. Bardzo starałem się nie
zrobić mu za bardzo krzywdy, niestety on nie miał takiego zamiaru.
- Szkoda że
cię Hope urodziła! Gdyby mi nie pękła guma! – zaryczał, próbując raczkować w
kierunku wytrąconej jakiś czas wcześniej butelki.
Nie dałem mu. Znów obaj wylądowaliśmy na podłodze.
W pewnym momencie zdołał jednak sięgnąć po jakiś lepiej zachowany talerz i
rozbić mi go na głowie.
Zamroczony musiałem go puścić co ten dziad
wykorzystał aby jeszcze dodatkowo mnie skopać.
Czułem, że jest źle ale zdołałem dzięki resztce
taboretu jakoś się obronić i cudem stanąć na nogi.
Byłem oszołomiony, a Brad co raz mocniej się
nakręcał.
- Zaraz
naprawię ten błąd – wycedził z mściwą satysfakcją, ponownie się na mnie rzucając
z dzikim okrzykiem.
- Udało się!
Będą za pięć minut! – zawołał Tom, wyglądając z kibla.
Ten moment nieuwagi wystarczył bym go zepchnął,
niestety ten cymbał zachwiał się, potknął i jebnął łbem o kant stołu znów
tracąc przytomność.
- Coś ty
zrobił!? – Tom wyskoczył do mnie jak oparzony – zabiłeś go! Ty pojebańscu! – z
rozwalonego łuku skroniowego ciekła staremu krew.
Zignorowałem wyzwiska szatyna i sprawdziłem puls.
- Odwal się,
żyje – burknąłem z obrzydzeniem.

Komentarze
Prześlij komentarz