Cz. 38

 


June 16

 

Od telefonu McMillana chodziłem jak struty. Nie mogłem jeść ani spać, nie wiem czy Daniel zdawał sobie sprawę jak bardzo przydadzą mi się pieniądze ojca. Nie miałem szans czegokolwiek udowodnić. Nie uwierzyłby mi, że sińce były wynikiem jej próby napastowania  mnie, a nie na odwrót.

Smętnie molestowałem widelcem jajecznicę.

Co ja powiem Terry’emu? – przygryzłem wargę - Bez mojej pensji nie ma szans by cokolwiek poszło do jego brata, dzieciak nie przeżyje – poczułem metaliczny posmak w ustach.

 - Oj – głos Daniela wyrwał mnie z zamyślenia - masz – podał mi chusteczkę abym wytarł krew – coś pana trapi?

 - Tak, ale to nie twój problem – zapewniłem – jak się dziś czujesz, lepiej?

 - Lepiej, ale nawet jeśli nie mój to chciałbym wiedzieć. Może mógłbym pomóc?

 - Raczej nie – uśmiechnąłem się smutno – nie ma to z tobą nic wspólnego tylko z panem dyrektorem i panią Rottelfelt  – westchnąłem – co masz dziś za zajęcia?

Wymienił kilka przedmiotów w tym chemię.

Poczułem ucisk w żołądku.

 - Potrzebujesz jakiejś pomocy z czegoś? – spytałem sucho.

 - Znów trochę zawalam biologię – mruknął zrezygnowany.

Chyba zepsułem mu humor...

 - Co konkretnie?

Dzieciak skrzywił się jak by zjadł cytrynę.

 - No co jest? Masz o układzie rozrodczym pantofelka czy co?

 - N-nie – dalej jego mina nie wyrażała zbytniego entuzjazmu – z zapylania…

 - Znaczy kwiatów?

 - Ta… - wepchnął sobie pełną łyżkę płatków do ust.

 - Toż to wcale nie takie trudne, są pręciki owocnia i tak dalej. Nie masz o tym w książce?

Chłopak chwilę pomemłał mleko, po czym przełknął.

 - To że mam nie znaczy, że umiem – burknął i wrócił wzrokiem do miski.

 - Pouczę cię popołudniu – obiecałem – a na razie jak się czujesz?

 - Niezbyt dobrze, kłuje mnie w płucach gdy biorę głębszy oddech i kaszlę. Nieczuję zapachów ale czuje smak.

Dotknąłem jego czoła, ale nie było jakoś wybitnie ciepłe.

 - Zwykłe przeziębienie albo grypa, przejdzie ci tylko dużo pij, może dorobie ci herbaty?

 - Tak, poproszę – dokończył śniadanie i wstał – będę na górze.

Zostawił mnie.

Zaczynałem o dziewiątej więc miałam dość sporo czasu.

Zagrzałem wody i oparłem się o blat wyglądając na spory ogród.

Niektórzy to mają dobrze – pomyślałem, luksusowe posiadłości, drogie auta i opiekunki na zawołanie, gdy innym nie starcza nawet na chleb nie mówiąc o leczeniu – westchnąłem – może mógłbym się tu zatrudnić chociaż jako ogrodnik? Albo opiekunka? Tylko czy pan Michael by się zgodził? A nawet gdyby… to przecież ogromna pokusa – zerknąłem na pozostawioną przez chłopaka miskę z resztką mleka.

Drapieżnik i potencjalna ofiara w jednym domu to niezbyt dobry pomysł.

Ale czy wilk w owczarni nie jest problemem podobnego pokroju?

Przejechałem dłońmi po policzkach.

Śmieć… - spojrzałem na swoją podobiznę wykrzywioną przez stalowy brzuch czajnika – a z drugiej strony uratowałem go co najmniej dwa razy – przełknąłem ślinę -  „hamujesz się” – zdzwoniły mi w uszach słowa Irene – uratowałem Janet i Toma, odbiłem Waltera z rąk mafiozów,  przygarnąłem Terry’ego – gdzieś miedzy śladami spalenizny moje obicie się lekko uśmiechnęło – może i śmieć ale przydatny

Czajnik jakby słysząc moje myśli zaczął gwizdać radośnie.

Zgasiłem płomień i zalałem fusy.

Nieco podniesiony na duchu ruszyłem z kubkiem na górę.

Ostrożnie uchyliłem drzwi do pokoju nastolatka, miał jakieś zajęcia. Delikatnie postawiłem herbatę na stole. Spojrzałem w stronę leżącego na łóżku chłopaka z odpalonym laptopem, po czym dyskretnie się wycofałem. Nie wiem czy było mnie widać w tle ale nawet jeśli…  co to miało teraz za znaczenie skoro i tak maiłem zostać dyscyplinarnie zwolniony.

 

***

 

W czasie odbębniania zajęć dostałem wirtualną wiadomość od chemika.

 

Terry Foster:

Zadzwoń w wolnej chwili…

 

Obawiałem się tej wiadomości. Czy mógł już wiedzieć o zwolnieniu? Może się martwił, że długo nie wracam? Albo coś się stało pod moją nieobecność jego bratu albo Teofilowi? Może zleciał z okna albo zrobił sobie inną krzywdę?

 - Halo! Słucha pan mnie w ogóle? – do rzeczywistości przywołał mnie niezadowolony głos jakiejś dziewczynki z czwartej klasy, którą chyba chwile wcześniej wezwałem do odpowiedzi.

 - Bardzo cię przepraszam, możesz powtórzyć?

Dziesięć niezadowolonych westchnień to dość wymowna odpowiedź.

 - Dobrze dostajesz cztery i pół – wybrnąłem jakoś i chyba nawet ucznia w miarę usatysfakcjonowałem.

Na szczęście niedługo potem mogłem zadzwonić do chemika.

Kilka sygnałów później usłyszałem jego głos.

 - No w końcu – usłyszałem jego niezadowolone burkniecie – Jak tam u siostry?

 - Jakoś idzie – skłamałem gładko – coś się dzieje?

Chwila ciszy.

 - Nie… Zwyczajnie… - westchnął – trochę pusto bez ciebie i… - wyczułem głębokie zakłopotanie w jego głosie – twój kot strasznie tęskni.

 - Oh… - ta rozmowa była bardzo niezręczna.

Najwyraźniej nie tylko ja coś ukrywałem.

 - Słuchaj, przyjadę za parę dni to pogadamy, teraz… no… nie bardzo mam czas – jęknąłem zerkając w stronę pokoju Daniela.

 - Ta, jasne…

 - A co do pocał… - BIP BIP BIP

Rozłączył się.

Westchnąłem i padłem zmęczony na łóżko.

Miotała mną gorycz i wstyd oraz złość. Zacisnąłem zęby aż zabolała mnie szczęka.

Oddam mu czek od Michaela i poszukam nowej roboty.
Tylko gdzie?

To wilczy bilet!

Uderzyłem z bezsilności w poduszki.

W tej chwili czarnej rozpaczy przyszła mi na myśl jedyna osoba, która mnie nigdy nie zawiodła.

Wbiłem numer i poczekałem chwilę.

 - Tu zakład fryzjerski Cher, you hair is our jewel.

 - Masz moment? – zabrzmiałem bardziej smutno niż chciałem.

 - Uhu hu, co się stało? – usłyszałem jak przez mgłę, że wydaje komuś kilka poleceń – no słucham? Co się odTrumpowało?

Ostrożnie przymknąłem drzwi.

 - Najprawdopodobniej zostanę dyscyplinarnie zwolniony ze szkoły…

 - Za co!? – wykrzyknęła zaskoczona – trafiłeś jakiegoś dzieciaka piłką lekarską w łeb czy co?

 - Za molestowanie koleżanki - burknąłem.

 - WTF!? Ale jak? Przecież ty nie… no nie ten… z kobietami.

 - Fałszywe oskarżenia, babka łapała mnie z tyłek to odsunąłem ją za nadgarstki i trochę za mocno ścisnąłem – słyszałem jak Seachough nabiera powietrza.

 - Co za pizda niedojebana! – Cher zaczęła litanię wyzwisk, która skończyła się dopiero po dobrych kilku minutach – Ale nie ma żadnego nagrania z monitoringu ani nic? – spytała w końcu nadal dość agresywnym tonem.

 - Nie było tam kamer, a nawet jeśli były to kina są zamknięte. Nic nie wskóram.

 - No ja pierdolę…

 - Teraz to nieważne, mam na karku kolegę z chorym bratem. Stracił mieszkanie teraz kibluje u mnie z jednej pensji dałoby radę pociągnąć jakiś czas, ale on potrzebuje na leczenie dla młodego. Nie chcę by mnie utrzymywał w zamian za dach nad głową.

 - Za dyscyplinarkę w takich ramach raczej nie znajdziesz zbyt szybko rozsądnie płatnego zatrudnienia – stwierdziła kwaśno.

 - Wiem, ale czy ze względu na nasza znajomość… - zacząłem bardzo niepewnie.

 - Dobrze Pedro – przerwała mi łagodnie - jeśli cię zwolnią, wezmę cię na ile dam radę.

 - Dzięki – szepnąłem, czując jak do oczu cisną mi się łzy wdzięczności – kochana jesteś – westchnąłem czując jak zaciska mi się gardło.

 - Trzymaj się, będzie dobrze. Nie z takich rzeczy wychodziłeś – powiedziała pokrzepiająco – do później – szepnęła gdy gdzie w tle usłyszała wrzask, po czym się rozłączyła.

 - Do później – powtórzyłem, wpatrując się w uchylone drzwi.

 

***

 

Po kolacji zająłem się z chłopakiem odrabianiem zadań z biologii, które głównie polegało na odcyfrowywaniu krzywego pisma Pointer na niewyraźnych zdjęciach robionych jakimś przedpotopowym aparatem.

 - Opisz so-sposoby ze-za-zapylania – odczytałem treść zadania – Ona powinna nauczyć się używania szkolnych komputerów – westchnąłem nieco zmęczony – albo chociaż pisma drukowanego.

 - Było by miło – rzucił Daniel, znów wertując podręcznik.

 - Nie pamiętasz z głowy? Nie robiłeś notatek?

 - Nie no, robiłem ale…wolę z książki bo tam na pewno nie ma błędów - wykręcił się sianem.

Pewno zamiast uważać grał z ziomkami albo memy przeglądał – pomyślałem z goryczą.

 - Może nie było by błędów gdybyś uważał – mruknąłem pod nosem.

Brązowowłosy spojrzał na mnie żywiej. I przez dobrą chwilę czułem jak bada mój profil.

 - Uważam – syknął, znajdując w końcu odpowiedni obrazek, po czym zaczął go bezmyślnie przerysowywać.

 - W zadaniu jest opisz, a nie narysuj – zwróciłem uwagę.

Słyszałem niezadowolony jęk.

 - Bo ona sprawdzi niby zeszyt, a mogę opisać jej słownie o ile zapyta.

 - Danielu nie jesteś orłem z bioli i pani Pointer to wie. Czemu zakładasz, że nie spróbuje cię pytać zwłaszcza z tak prostego tematu? Rozumiesz w ogóle te obrazki?

Nastolatek westchnął cierpiętniczo.

 - Ale męczysz bułę – sapnął, mierząc mnie nieprzyjemnym spojrzeniem.

Zabrałem u delikatnie podręcznik.

 - Anemogamia – przeczytałem – co to jest?

 - No jakieś tam zapylanie – burknął – wodą?

 - Powietrzem. Czym się charakteryzują rośliny stosujące ten rodzaj zapylenia?

 - Bo ja wiem? Maja dużą powierzchnię – czułem jak zagląda mi przez ramię.

 - Dużą powierzchnię czego?

 - Pręcików?

 - Sam jesteś pręcik – parsknąłem śmiechem – wiesz w ogóle gdzie ma polecieć pyłek?

 - No na kwiatek.

 - Na płatki? A może na listki kwiatka? Pomyśl chwilę.

 - Nie no na słupek.

 - O lepiej, a konkretniej.

 - Na środek.

 - Znamię – poprawiłem.

 - A od kiedy kwiaty mają znamiona, co one do tatuażysty chodzą? – zaperzył się.

Wzniosłem oczy ku niebu.

 - Tak się nazywa to miejsce gdzie ma trafić pyłek, znamiona kwiatów wiatropylnych są duże aby łatwiej złapać niesiony wiatrem pyłek – widząc niezrozumienie na jego twarzy postanowiłem przejść na język bardziej zrozumiały - łatwiej się odbija lotkę rakietą tenisową niż kijem, prawda?

 - Nom, jest więcej miejsca dla piłki.

 - I tu jest tak samo – zapewniłem.

Kolejne wyjaśnienia już przeszły dużo prościej i chyba nawet dzieciak się tym nieco zajarał. Po kolacji zaproponowałem obejrzenie filmu.

Chłopak musiał jednak nieco posprzątać pokój gdyż po naszej walce z biologią wszędzie walały się rysunki słupków, pyłku, pręcików itp.

W kuchni zabrałem się za robienie popcornu. W tym celu wyjąłem patelnie nalałem oleju i nasypałem ziaren. Gaz zapłonął błękitnym.

Głuchy wybuch kaszlu zatrząsnął domem.

Nalałem chłopakowi soku i ruszyłem na górę.

Szczeniak siedział na łóżku trzymając się za brzuch i kaszląc przeraźliwe. Zupełnie jak by nie mógł się pohamować.

 - Danielu wszystko gra? – spytałem ostrożnie.

Pokręcił głową, kaszlnął jeszcze parę razy i w końcu umilkł.

 - Masz, napij się – powiedziałem troskliwie.

Odebrał ode mnie kubek i wychylił duszkiem.

 - Nie mogę brać głębokich wdechów – szepnął – bo to się źle kończy.

Wydało mi się to niepokojące.

 - Czyżbyś miał astmę alergiczną?

 - Nie, nigdy czegoś takiego nie miałem – zamachał rękami – raczej to kwestia tego cholernego przeziębienia – odkaszlnął po raz ostatni – to co oglądamy?

 - zobaczysz – mrugnąłem wyszukując odpowiednia stronę.

Kliknąłem play i w tym momencie z dołu dało się słyszeć huk, jakby strzelanina.

Dzieciak momentalnie skrył się pod łóżkiem, ja zaś przypomniałem sobie o popcornie.

Wyleciałem z jego pokoju jak z procy przeskakując po trzy stopnie wpadłem do zadymionej kuchni. Migiem zgasiłem gaz i otworzyłem okno.

Na szczęście kukurydza się nie spaliła i mogłem ją zabrać na górę

Wieczór upłynął nam na oglądaniu „Filmu o pszczołach” aby młody mógł dodatkowo utrwalić wiedzę z bioli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31