cz.10

 

January 1

 

 - Czy oskarżony przyznaje się do winy?

Rozejrzałem się i zobaczyłem masę ludzi z grobowymi minami, patrzących na mnie z wypisaną na twarzy wrogością.

 - Czy oskarżony przyznaje się do winy? – zagrzmiał ponownie mężczyzna w graniaku

 - Do jakiej winy? - spytałem, zerkając na stojącą za drewnianym podestem starszą panią w białej peruce.

 - Panie prokuratorze, proszę o mowę końcową – powiedziała murzynka, poprawiając perukę.

 - A co tu dużo mówić, powiesić – stwierdził blondyn, zwracając się do ławy przysięgłych – Zabił i zgwałcił siedmiolatka. Za to jest tylko jedna kara...

 - Chyba na odwrót – mruknął mój obrońca, gumkując coś w różowym zeszycie.

 - Nie ważne, na krzesło z nim!

 - Ale, ale ja nic... - z ławy wyciągnęło mnie dwóch rosłych gliniarzy – ja nic nie zrobiłem! Wolę starszych! - zacząłem wyć w panice.

 - Widzisz!? Widzisz jak wyglądał mój synek!? - zawołała jakaś baba, chowając do torebki podpaski i wyjmując poszarzałe zdjęcie nadzwyczaj szpetnego dziecka.

 - Przecież ja bym tego kijem przez szmatę nie tknął! - zawyłem, usiłując się wyrwać.

Nic to jednak nie pomogło. Policjanci wciągnęli mnie do więzienia, a potem zaczęli wlec przez pełen cel korytarz.

 - Szmata! Pedał! Ja bym go powiesił za jaja! - darli się więźniowie, wyciągając w moją stronę swe obrzydliwe łapska.

 - Dajcie go mnie, już ja się z nim zabawię! - zarechotał jakiś rudzielec w kaftanie bezpieczeństwa, gryząc stalowe pręty.

Niebawem korytarz się skończył i zostałem zawleczony do niewielkiego betonowego pokoju ze stojącym pod ścianą, stalowym krzesłem.

 - Proszę tylko nie tam! Jestem niewinny!  - zaskowyczałem – Mam małego kotka! Błagam zlitujcie się! - jednak moje lamenty na nic się zdały, przypięli mnie do rzeczonego mebla i założyli jakiś dziwny hełm z elektrodami.

 - Proszę, ludzie, pomyliliście pedofilii! To nie ja!

 - Za gwałt i morderstwo skazany zostaniesz na śmierć przez porażenie prądem. I niech Bóg zlituje... chociaż nie. Gnij w piekle – ksiądz wytarł swój przesadnie duży nos.

Z przerażenia zacząłem się szarpać. Nagle dostrzegłem Hill'a, który stał w swoim kitlu tuż przy dźwigni. Na śnieżnobiałej plakietce miał napis „lekarz sądowy”.

 - Walter, to jakieś szaleństwo, ratuj!

 - No to pa pa Pedro.

 - Co!?

 - Widzimy się w kostnicy – zarechotał staruszek, po czym pociągnął za wajchę.

 - NIEEEEEE!

Obudziłem się z krzykiem.

 - Oż Kurwa – szybko sprawdziłem czy nic mojemu ciału nie jest, macając się po klatce piersiowej - to był tylko cholerny sen – odetchnąłem z ulgą, powoli wracając do rzeczywistości.

Pierwszym co zobaczyłem była wanna pełna jakiegoś czerwonego płynu.

 - Rany Boskie, zabiłem kogoś!? - momentalnie z niej wyskoczyłem i zacząłem ściągać zabarwione na wiśniowo ciuchy.

Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, że coś jest ostro nie tak.

Postanowiłem podejść do tematu na trzeźwo. Znaczy w miarę możliwości...

Nabrałem nieco czerwonego płynu ręką i powąchałem.

Uprzedzając pytanie, nie to nie była farba.

Krew też nie.

Jak się okazało po pijaku zrobiłem sobie buraczaną kąpiel.

Brawo Pedo, przestraszyłeś się barszczyku. Moje gratulacje -,-

Co następne, brokuły?

 

***

 

 - Miału – głośne i wyraźne miaukniecie przeszyło moje uszy niczym wystrzał z armaty.

 - Teofilu, za jakie grzechy – jęknąłem, nasypując mu do miseczki garść karmy.

Kociak dzięki Bogu nie odpowiedział tylko zajął się jedzeniem.

 - Teo, nie mógł byś ciszej chrupać – westchnąłem, zaglądając do lodówki.

Na szczęście miałem coś takiego jak śmietana. Zadowolony wypiłem od razu dwa kartoniki i zmęczony z obolałą głową zacząłem się rozglądać za jakimiś lekami.

Oczywiście porządnych kapsułek na kaca jeszcze nie wynaleziono, dlatego pozostało mi leczyć swoje jestestwo apapem.

Ległem na kanapie z pilotem od TV w ręku, jednak szybko zrezygnowałem z włączania go, ponieważ już samo pstrykanie guzików doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

Może poczytam jakąś książkę? - zastanowiłem się szukając wzrokiem jakiejś sensownej –

 „O wspinaczce, czyli jak nie spaść” - nuda,

„Kot – krótka instrukcja obsługi” – już czytałem,

„Biografia Armstronga” – za ciężkie,

„Zielona mila” - wystarczy mi horrorów na jeden dzień.

„Jak udoskonalić pływanie?” - idealne.

Zwlokłem się z kanapy i zabrałem tomik z regału, po czym wróciwszy na miejsce zająłem się lekturą.

Taki zadowolony zacząłem czytać, czekając aż ból głowy nieco zelży. Byłem na trzeciej stronie gdy na korytarzu usłyszałem głośny huk, a potem jazgot Pucusia.

Czy na prawdę pani Thomson musi wyprowadzać tego pieprzonego zwierzaka akurat teraz – pomyślałem, nakrywając łeb poduszką.

Niewiele to jednak pomogło bo nasza klatka schodowa działa jak wielki megafon i nawet kiedy Whoopi była już na dole, dalej było słychać piski tego zasrańca.

Powinienem zainwestować w zatyczki do uszu – pomyślałem, czekając aż pani Thomson opuści budynek.

W końcu zaległa błoga cisza. Było wspaniale. Nikt nie chodził, nikt nic nie jadł. Byłem tylko ja i dźwięk mojego oddechu.

Nie na długo. Po trzech sekundach nieba sąsiad z góry zaczął remont.

Kurwa >< czemu akurat dziś?

 

***

 

Wybrałem się do apteki po zatyczki bo moje słuchawki już niebardzo pomagały. Nieco siąpił deszcz ale w tamtej chwili mi to jakoś nie wadziło. Ubrałem się, zamknąłem mieszkanie i wyruszyłem w tę jakże niebezpieczną podróż - znaczy na drugą stronę ulicy.

Kolejka była całkiem spora ale nie chciało mi się iść nigdzie indziej. Rozejrzałem się za to po wnętrzu apteki wypełnionym setkami przeszklonych regałów z tysiącami drobnych, kolorowych pudełeczek. Wokół obudowanych szkłem lad, przy niewielkich okienkach kręciły się dwie farmaceutki. Jedna chuda jak szczapa z rudymi włosami i druga okrągła jak piłka, która musiała wchodzić na stołeczek aby jakkolwiek widzieć klienta.

Stanąłem więc i zacząłem przysłuchiwać się rozmowom kupujących.

 - Czy jest coś na katar? - spytał jakiś siwiuteńki dziadzio z balkonikiem.
 - A co by pan chciał? Tabletki czy psikacz? - zapytała ta ruda.
 - Coś niechemicznego.
 - Wodę morską? - zaproponowała farmaceutka.
 - Nie. Coś innego.

Po chwili namysłu kobieta znikła w półkach i przyniosłam mu jakieś niebieskie pudełeczko.
 - To mam taki homeopatyczny ... – wymieniła kompletnie nieznaną mi nazwę.
 - A co on ma w składzie? - zainteresował się dziadziuś.
 - Czary-mary.

Westchnąłem i spojrzałem na pozostałe okienka, które oczywiście musiały być nieczynne, mimo, że gdzieś tam, między regałami widziałem jeszcze dwie kobitki pijące kawę.

 - Błagam szybciej – szepnąłem, czując jak lek przeciwbólowy powoli przestaje działać.

A tymczasem do piłki podeszła kolejna klientka i podała jej receptę tak wymiętoloną i mokrą, że aż żal było patrzeć.

Pada, pewno odrobinkę zamokła jej kieszeń czy coś... – myślę, a tym czasem babuleńka z najszczerszym uśmiechem jaki w życiu widziałem powiedziała:
 - Ojjj, trochę mokra ta recepta, bo mi się mocz w torebce wylał....

Boże, widzisz i nie grzmisz – pomyślałem, a tymczasem na dworze rozległ się huk jak by ktoś odpalił naraz całe pudełko petard.

Ok, zwracam honor.

 

Nie dalej jak pół godziny później w końcu nadeszła i moja kolej. Taki zadowolony podszedłem do okienka.

 - Poproszę stoperan do uszu.

Ruda popatrzyła na mnie zdziwiona.

 - Co do uszu?

 - No stoperki, tak żeby wszystkie dziurki dobrze wypełnił.

 - A zatyczki – sięgnęła gdzieś pod ladę – Coś jeszcze?

 - I może, jak macie, to coś na kaca? Ale niezbyt chemicznego.

 - Nie chemicznego to chyba tylko klina, ale to nie u nas, tylko dwa lokale dalej.

Trzej panowie momentalnie opuścili kolejkę.

 

***

 

Wróciwszy do domu postanowiłem zrobić sobie krótki, rozgrzewający prysznic. Zrzuciłem buty, zdjąłem ciuchy i ruszyłem do łazienki.  W połowie drogi uświadomiłem sobie, że chyba zapomniałem ręcznika. Wróciłem się do pokoju.

 - Teo, złaź – zabrałem kociakowi kołdrę, za co zostałem obdarzony spojrzeniem jak bym mu kogoś zabił – nie patrz tak na mnie, potrzebuję się wykąpać – mruknąłem wychodząc.

Futrzak przeciągnął się i ruszył za mną.

Zarzuciłem ręcznik na kosz z praniem, odłożyłem zegarek na pralkę i wszedłem do wanny. Odpaliłem z zadowoleniem wodę i zacząłem się kąpać.

Po niedługiej chwili usłyszałem ciche szuranie żwirku.

A czyli kociak przyszedł siusiu zrobić, spoko. Dobrze, że go za młodu oduczyłem robienia tego do butów – pomyślałem, szukając mydła.

Po chwili zza zasłonki dało się słyszeć miauczenie.

 - Teo idź się pobaw w pokoju – poprosiłem, na chwilę gasząc wodę.

Kot mi nie odpowiedział za to usłyszałem ciche skrobanie. Zapewne wlazł na sedes i się patrzy nicpoń jeden – przeszło mi przez myśl gdy ponownie puściłem wodę i zająłem się namaczaniem włosów oraz spłukiwaniem mydła.

Nagle dało się słyszeć cichy zgrzyt, a potem na moje strategiczne rejony poleciał wrzątek.

 - TEO! - zawyłem, obywając ponowną dawką gorącej wody – Paskudo! - wyjrzałem akurat by zobaczyć jak zwierzak przypadkiem zrzuca mój ukochany czasomierz w czeluści toalety.

Ten rok zapowiada się wyjątkowo gównienie.

 

***

 

Wyjątkowo głośny dzwonek do drzwi wyrwał mnie z oglądania nadzwyczaj interesującego dokumentu o tresurze lwów.

 - Co? - spytałem, podchodząc do drzwi.

 - Pedro, jesteś tam? - zerknąłem przez wizjer.

 - Och, Słucham pani Thomson.

 - Czy mógł byś przez moment popilnować Pucusia? - zapytała, wskazując na stojący przy schodach wózek - muszę z Wilhelmem pojechać do lekarza.

 - Co rany, co się stało? - spytałem z troską.

 - A nic takiego, standardowe badania tylko może nam troszkę zejść a Pucuś słabo znosi samotność.

 - No dobrze – westchnąłem – gdzie ten futrzak?

Whoopi uśmiechnęła się promiennie i wyciągnęła zza spódnicy małego liska.

 - Pucusiu, to jest Pedro, bądź dla niego miły – poprosiła wciskając mi rudzielca – to papa – rzekła, po czym ruszyła do męża.

Za raz jak tylko zamknąłem za staruszką drzwi Pucuś rozpoczął reczital.

 - Rany boskie lisie, zamknij się – jęknąłem.

Jednak pchlarz ani myślał być cicho.

 - Pucek zamknij się albo przerobię cię na futro i dam Hill'owi – zagroziłem, na co psowaty zamilkł i zaczął intensywnie węszyć.

 - Może dam ci coś pić – zastanowiłem się na głos, wchodząc w głąb mieszkania.

Tymczasem zwabiony dziwnymi dźwiękami wyszedł do nas Teo. Puc od razu do niego podbiegł i znów zaczął piszczeć, za co oberwał od mojego słodkiego burka łapą.

Mądry kotek, tak, broń pana, broń.

 

***

 

W czasie trzech godzin nieobecności staruszków Pucuś zdążył wyżreć mi cały papier toaletowy oraz pogryźć kapcie.

 - Przestaję lubić psowate – mruknąłem, ścierając resztki kupki z przedpokoju - gotowe – westchnałem i ruszyłem do kuchni celem usmażenia sobie czegoś na obiad.

Właśnie kończyłem kroić mięso, gdy usłyszałem przeciągłe miauczenie.

Poszedłem do pokoju.

 - Czego? - warknąłem zmęczony.

Teo podszedł do mnie otarł się o moją nogę, a potem zerknął tęsknie w stronę kuchni.

 - Chyba sobie żartujesz, przed chwilą jadłeś – słysząc moje słowa do akcji wkroczył Pucuś.

Przebiegł mi pod nogami, po czym wdrapawszy się na blat złapał za mięso.

 - Pucek zostaw! - zawołałem, ale Teo tak mi się zakręcił między nogami, że się na progu wywaliłem.

Tymczasem rudy spryciarz zwinnie mnie przeskoczył i wraz z kocurem zniknęli pod łóżkiem.

 - Teo ty mały, czarny zdrajco!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31