cz.18
March 4
Siedziałem
za stołem w kuchni, piłem mleko i obserwowałem siedzącego na parapecie gołębia,
kiedy do pomieszczenia weszła mama.
- Piotrusiu, pospiesz się, bo znów się
spóźnisz do szkoły.
- Nie chcę tam iść mamo...
- Ale Peter musisz.
- Proszę, nie, wolę tu z tobą zostać.
- Pedro w tej chwili idź do szkoły. Jesteś w
końcu nauczycielem. Ale już! Bip Bip Bi...
Ze
snu wyrwał mnie dzwonek mojego telefonu. Rzuciłem się by go odebrać.
- Halo? - ziewnąłem, zerkając na wyświetlacz,
który pokazywał szóstą rano.
- Czekam pod blokiem.
- Jak to pod blokiem? A skąd ty masz mój
adres!?
- Pedro, nie denerwuj mnie i go zabierz albo
przysięgam, że...
- Już lecę! – przerwałem wypowiedź staruszka,
momentalnie się ubierając.
Chyba
wolałem nie wiedzieć jakie okropności szykuje dla mnie doktor Hill, dlatego
czym prędzej zbiegłem na klatkę, gdzie czekał już Walter ze szczeniakiem.
- On mi nie daje czekolady! - zapiszczał na
mój widok Nataniel.
- Jest szkodliwa, oferowałem ci gorzką to nie
chciałeś – warknął lekarz.
- Bo jest ohydna!
- Chodź – wziąłem siedmiolatka za rękę i
pociągnąłem do siebie – Dzięki.
- Następnym razem ostrzegaj jak coś takiego
się wydarzy, to przygotuję końską dawkę środków usypiających – westchnął
okularnik, pakując się do auta – powodzenia Pedro.
Kiwnąłem
głową i zamknąłem drzwi.
***
Kocham
naszą policję, na zgłoszenie stwierdzili, że poszukają w bazie ale obecnie nie
mogą młodego przechować, bo mają za duży nawał roboty związany z transportem
jakiegoś więźnia i żebym go przywiózł za parę godzin.
Super,
normalnie bomba -,-
- Nie chcę do szkoły! - marudził Fisher gdy
jechaliśmy w stronę placówki – chcę siedzieć i oglądać Ben Ten'a!
Już
nawet nie miałem ochoty mu odpowiadać.
Naprawdę
w tamtej chwili mocno się zastanawiałem czy wepchniecie mu w usta pary
trzydniowych skarpet podpadałoby pod przemoc fizyczną.
- Chcę Ben Ten'a i czekoladę!
Kurwa,
kocham dzieci...
a
zwłaszcza ciche...
i
najlepiej... Nie, nie ważne. (i rozebrane ( ͡°
͜ʖ ͡°) )
Zajechaliśmy
pod szkołę. Sądząc po zgromadzonych na parkingu maszynach Lis była już w szkole
tak samo jak Kate.
No
dobrze. Będę miał gdzie chłopaka zostawić w czasie zajęć.
A
może Amber by go do świetlicy wzięła? - uśmiechnąłem się do siebie i ruszyłem w
stronę niewielkiego domku z niewyraźną, zieloną elewacją.
Im
bliżej jednak byłem harcówki tym bardziej wydawało mi się, że coś jest nie tak.
Nie
myliłem się. Na drzwiach wisiała kartka informująca o tym, że świetlica, na
czas remontu, została przeniesiona do głównego budynku.
- Świetnie – westchnąłem, zawracając w stronę
szkoły.
- Co? Pomylił się pan?
- Powiedzmy – mruknąłem, gdy wchodziliśmy
tylnym wejściem do budynku.
- Spokojnie mama się ciągle myli kiedy
prowadzi. I wtedy panowie skrzyczą.
- A co niby takiego wołają?
- Że jest głupia, że blondynki nie powinny siedzieć za kółkiem,
albo jeszcze: ty kurwo, moje lusterka!
- Natan – syknąłem, wprowadzając chłopaka na
główny korytarz.
Mijając
pokój nauczycielski, zerknąłem na kartkę z zastępstwami.
- Co!? Ktoś tu chyba zdrowo ochujał!
- A co to znaczy chujał?
- Nieważne – wziąłem go na ręce i galopem
popędziłem do kantorka.
Zatłukę
tego kto następnym razem wciśnie mi zastępstwo bez uprzedzenia – pomyślałem w
mgnieniu oka lecąc do przebieralni.
- Nawet nie waż się drgnąć – zastrzegłem zza
kotar.
- Dobra, dobra...
Tymczasem
do pokoju weszła Kate.
- O, co to za słodziak?
- Słuchaj, możesz się nim zająć bo mi
zastępstwo wyskoczyło i nie mam co z nim zrobić?
- A skąd go masz?
- Wlazłem mu do auta – powiedział dumnie
rudzielec.
- Co? Jak to? - zdziwiła się Karter.
- On ci wyjaśni, a ja muszę lecieć – porwałem
notes i zbiegłem do siłowni.
***
W
końcu nadeszła przerwa, zabrałem dziennik z pokoju nauczycielskiego i gotowy
poszedłem odebrać Fishera od jego tymczasowej niani. Niestety ku mojemu
zdziwieniu małego nie było, a Kate była w a trakcie odliczania.
- Dziesięć, dziewięć, osiem...
- Gdzie on jest?
- Sześć, bawimy się w chowanego,pięć, cztery.
- W szkole!? Porypało cię!?
- Dwa, oj nie krzycz, jeden. Zaraz go znajdę.
Na pewno nie poszedł daleko.
- Od ilu liczyłaś? - warknąłem niezadowolony.
- Od... sześćdziesięciu?
- W takim razie może być wszędzie!
- Dramatyzujesz Pedro – czerwonowłosa
wzruszyła ramionami.
- Dramatyzuję? Dobrze, to w takim razie go
znajdź, proszę bardzo – splotłem ramiona na piersi.
Nauczycielka
przewróciła oczami, po czym rozpoczęła poszukiwania, które po trzech minutach
zarzuciła stwierdzając, że może jednak przypadkiem mam rację.
I
ludzie się dziwią, że wolę facetów -,-
- Zostań tu na wypadek gdyby wrócił, a ja idę
go poszukać.
- Ok – uśmiechnęła się Karter, rada, że jej
się upiekło.
Zbiegłem
na dół i ruszyłem na poszukiwania, które oczywiście utrudniał mi kręcący się na
korytarzu tłum.
Jak
bym był dzieckiem to gdzie bym poszedł? - pomyślałem, rozglądając się –
czekolada! Więc pewnie na stołówce siedzi – udałem się więc w stronę kantyny.
Obszedłem
sklepik, przemierzyłem część jadalną, ba nawet zajrzałem pod stoły ale nigdzie
nie było nawet śladu tego rudego skubańca.
- Czego szukasz Pedro? - zagadnęła mnie w
pewnym momencie Lis.
- Takiego rudego chłopca, siedmiolatka, mniej
więcej tej wysokości – pokazałem – nazywa się Nataniel i lubi czekoladę.
- To nie jest żaden uczeń prawda?
- Nie... - spuściłem wzrok widząc jej karcące
spojrzenie – miałem go dowieźć na komisariat – zacząłem się tłumaczyć - ale
mieli tyle roboty, że powiedzieli abym się chłopcem przez ten czas zajął i że
oddzwonią.
Green
westchnęła głośno.
- No dobrze, pomogę ci.
- Dzięki – uśmiechnąłem się i wspólnie
ruszyliśmy na poszukiwania.
Idąc
korytarzem minęliśmy chemika, który nerwowo cały czas gdzieś wydzwaniał i
kręcił się jak by miał mrówki w dupie.
Jak
widać nie tylko ja mam dziś nerwowy dzień – pomyślałem schodząc do podziemi
gdzie dyżur miała Pointer. Znaczy powinna mieć, bo jej tam nie było.
Zaniepokojony zacząłem zaglądać do poszczególnych sal.
- Вания – Irene dobrała kartę - ваша очередь -
warknęła na rosyjskiego budowniczego, który odstawił na moment flaszkę, a
następnie dołożył do stosiku kart na co reszta ekipy wybuchnęła grobowym
śmiechem.
- Co tam się dzieje? - spytała zaniepokojona
Lis.
- Ruska mafia normalnie. W karty grają.
- A co z chłopcem? - szepnęła Green,
wyglądając zza framugi.
- Czy jak ułożę motyle to dostane jeszcze
jedną kostkę?
- Dostaniesz nawet dwie, tylko napisami do
dołu – poprosiła jednooka, sięgając po wódkę.
- Mogę kolorystycznie?
- W sumie czemu nie –
wzruszyła ramionami.
***
Trochę
nam zajęło zanim młody wyszedł spod jakże czułej opieki Irene, a do tego czasu
zdołał nie tylko zająć się owadami ale również poskładać do kupy szkielet psa,
odkurzyć poroża i podlać wszystkie kwiaty. Dzięki Bogu Green wpadła na pomysł
by go przywabić na czekoladę i właściwie tylko dzięki temu udało nam się go
schwytać.
- A dostanę jeszcze? - zapytał, chrupiąc
jakiegoś batona.
- Jak będziesz grzeczny i więcej nie będziesz
próbował uciekać.
- Ale tam było nudno, a poza tym to ona powinna
mnie była szukać.
- Nie ona tylko pani Kate – warknąłem – to nie
zabawa, nie dość, że się zgubiłeś rodzinie to jeszcze nam się zgubisz. Niebawem
powinna przyjechać policja i cię zabrać.
- CO!? Ale ja nie chce do więzienia! A tamten
baton co ukradłem to już go zjadłem i nie ma dowodów, że to ja!
Westchnąłem
czując wibracje telefonu z tylnej kieszeni. Wyciągnąłem maszynkę i odebrałem.
- Halo?
- Amy Fisher – w słuchawce rozbrzmiał
zachrypnięty głos staruszka - Pierce steet 12. Leczyła się na alergiczne zapalenie
skóry ale co dla ciebie może być ciekawe jej pełne nazwisko brzmi
Foster-Fisher. Mówi ci to coś?
- Terry...
- No więc to samo sobie pomyślałem.
- Dzięki Walter.
- Jest za co. Nawet nie wiesz jak trudno jest
czasami wyciągnąć recepcjonistkę z tej jej okienka. Ale spokojnie, tabletki
przeczyszczające w kawie jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.
Parsknąłem
śmiechem – Ah, Hill i tej jego szatańskie metody pracy.
- Pamiętaj, że dziesiątego jest przedstawienie
Tiny, ubierz się jakoś ładnie.
- Em...?
- Muszę kończyć, smok wraca z kibla....
Pokręciłem
głową z politowaniem i rozejrzałam się po korytarzu. Zgadnijcie kogo znów przy
mnie nie było i komu w końcu chyba spuszczę lanie -,-
Gdzie
ten szczeniak znów polazł!? - pomyślałem ze złością.
Miałem
jednak szczęście bo dostrzegłem ścieżkę z okruszków batonika prowadzącą gdzieś
na piętro.
***
- No i gdzie ta cholerna policja gdy jej
potrzeba – warczałem prowadząc ciamkającego kolejną czekoladową słodkość
Nataniala na grubej smyczy.
Nie
pytajcie skąd ją mam bo i tak nikt by mi nie uwierzył.
Wtem
usłyszałem jakąś wrzawę na korytarzu. Zatrzymałem więc dzieciaka i wsłuchałem
się w głos dyrektora.
- Ile razy mam powtarzać, że nie wolno pić w
pracy?! - złościł się Oliver na kierownika
budowy.
- Ale panie majster... - Rusek czknął w rękaw - Kto tu pracuje?
Reszta
rozmowy niestety mi umknęła bo chłopak zaczął
mnie ciągnąć w stronę toalet.
- Czego ty znów chcesz? - spytałem.
- Kupkę, odepnie mnie pan? - potrząsnął
smyczą.
Westchnąłem
ale wykonałem polecenie.
- Tylko szybko – poprosiłem, zastanawiając się
gdzie w tej chwili może być Terry.
Zadzwonił
dzwonek na przerwę.
Jeśli
to jest jego wujek to powinienem dzieciaka mu oddać, tylko pytanie czy to
przypadkiem nie jest jakiś zbieg okoliczności... - moje rozważania przerwał huk
otwartego okna.
- A ty gdzie!? - zawołałem za chłopakiem,
który już biegł sobie radośnie przez boisko – Zatłukę go – zgrzytnąłem zębami,
biegnąc w stronę wyjścia dla woźnych. Oczywiście jak na niezdarę przystało
musiałem się potknąć i rozwalić sprzączkę w pasku oraz spodnie.
Bomba,
teraz wszyscy mogą podziwiać moje śliczne bokserki w niebieskie delfinki.
Tymczasem
podtrzymując spodnie jedną ręką minąłem wychodzącego z klasy Daniela.
- Turniej dwudziestego siódmego, autokar i
nocleg w hotelu! - poinformowałem go, starając się zrobić coś z paskiem.
Oszołomiony
chłopak zamrugał zdziwiony ale przytaknął.
- A! Panie Delashit!
Nie
wiem co Stern jeszcze ode mnie chciał ale w tamtej chwili niestety nie miałem
czasu by go słuchać, bo już zdołałem dobiec do wyjścia dla personelu.
- Może innym razem... – usłyszałem tylko
między kolejnymi krokami.
Wyleciałem
na dziedziniec nadal trzymając jedną ręką spodnie, aby mi do końca nie spadły.
- Gdzie ten pieprzony bachor? - rozejrzałem
się wkoło, by za moment kontem oka dostrzec wtarabaniającą się po schodach,
drobną sylwetkę o rudych kudłach – tu cię mam – mruknąłem biegnąc w jego
stronę.
Z
perspektywy obserwatora mogło by to wyglądać jakby dorosły mężczyzna – pedofil
– gonił Bogu ducha winne dziecko.
Teraz
niech tylko podjedzie policja i jestem skończony – pomyślałem wpadając do
szkoły.
- Stój ty mały... - chłopak się odwrócił ale
ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie przywitała mnie złośliwa twarzyczka
Nataniela.
- Coś nie tak panie profesorze? - spytał
nastolatek.
- Em.. nie, nic. Idź na lekcje – burknąłem
starając się zatrzymać resztki powagi.
No
i co teraz? - pomyślałem ze zgrozą, słysząc dzwonek na lekcję – znów go
zgubiłem – przygryzłem wargę, usiłując jakoś naprawić sprzączkę w pasku.
Kiedy
znów podniosłem wzrok korytarz był już prawie pusty jednak ponownie dostrzegłem
rude kudły tym razem w pobliżu wielkiego warkocza.
Amber,
dzięki niebiosom – pomyślałem, szykując smycz – tym razem mi się nie wymkniesz
– uśmiechnąłem się chytrze widząc jak Yang przeprowadza jakąś klasę.
Teraz
tylko wmieszać się w tłum – oblizałem suche wargi i nieco się przygarbiłem, aby
nie wystawać ponad głowy uczniów.
W
tym kamuflażu podkradłem się cichutko do murzynki oraz chłopca. Byłem już raptem
metr od nich gdy klasa ostro skręciła dosłownie wtłaczając mnie do klasy i
wpychając na sam jej koniec.
- Amond? - spytał Zhu, nawet nie podnosząc
głowy znad dziennika.
- Jestem!
Wstałem
i zacząłem skradać się w kierunku drzwi.
- Anderson?
Dobra
nasza, tylko powolutku.
- Obecna!
- Apikan?
- Jest!
- Badeson, proszę do pierwszej ławki – mruknął
Chińczyk, nadal lustrując bystrym wzrokiem kartki.
Jeszcze
tylko kawałek – pomyślałem zbliżając się do wyjścia.
- Badeson do ławki, a nie dowcipy – w moim
kierunku pomknął ostro zakończony ołówek, który wbił się na ponad pół
centymetra w drzwi ledwie kilka milimetrów od mojej dłoni.
- Em, panie profesorze ale to nie Hubert.
Dopiero
teraz Yang spostrzegł swój błąd.
- Ups, wybacz Pedro ja...
Nie
słuchałem co dalej mówił, po prostu wybiegłem z klasy i ciężko dysząc zamknąłem
za sobą drzwi.
Dotąd
myślałem, że to Pointer jest najniebezpieczniejszym nauczycielem w naszej
szkole, jednak w tamtej chwili nie byłem już tego taki całkiem pewny.
Tymczasem
minęła mnie Amber, a na schodach ponownie zawirowała ruda czupryna tego małego
popaprańca.
Kurwa,
spóźnię się na własną lekcję. Mam nadzieję, że Kate zajmie się dzieciakami –
przemknęło mi przez myśl, gdy wbiegałem po trzy stopnie na górę.
- Nataniel stój! - Wrzasnąłem ostro wkurzony,
dopadając ostatniego piętra.
- Co ty chcesz od mojego chrześniaka góro
mięcha? – prychnął Terry, mierząc mnie nieprzychylnym wzrokiem.
W
tym momencie puściły mi hamulce.
- Od niego nic, ale od ciebie abyś go na
następny raz pilnował cioto jedna! Nawet nie wiesz ile miałem problemów by cię
znaleźć!
- Natanielku, odwróć się, wujek musi nauczyć
tego bezmózga odrobiny rozumu. Masz ememesy i poczekaj – uśmiechnął się do
dzieciaka, wręczając mu czekoladki.
- Dobrze wujku. Powodzenia – wyszczerzył się
dzieciak i poleciał usiąść sobie na ławeczkę.
Kiedy
tylko Terry się do mnie odwrócił walnąłem go z całej siły w łeb więc tamten
mnie kopnął między nogi i za chwilę znów zaczęliśmy się tłuc, natomiast chłopak
siedząc na ławeczce zaczął nam kibicować.
- Z lewej go teraz! Pan uważa panie Pedro!
Wujek mocniej! Za uszy go, za uszy!
- Co się dzieje? - na korytarz wyjrzała klasa
chemika.
- A nic wujek się tłucze z panem Pedro.
- A przyjmujesz zakłady? - spytał jakiś
chłopak.
- Pewnie – wyszczerzył się ponownie rudzielec
– ale tylko w czekoladzie.
- W takim razie stawiam dwa Marsy na pana
Delashit'a.
- A ja Liona na pana Fostera.
- Widzisz klasa jest za mną murem – zaśmiał
się Terry, usiłując mi wymierzyć sierpowego.
- Chyba szpitalnym – złapałem go za kudły i
wyszarpałem, jednak ten kretyn mnie podciął i za chwilę znaleźliśmy się na
schodach spadając.
- Rozerwałeś mi koszulkę, uduszę cię! - zawył
chemik, kiedy znaleźliśmy się na samym dole.
- Erghem- w jednej chwili obaj podnieśliśmy
głowy by zobaczyć rozsierdzonego dyrektora, kilku filmujących całe zdarzenie
budowlańców oraz szwadron policji z matką chłopca na czele.
- O cześć siostrzyczko.... - uśmiechnął się
krzywo Terry – co tam?

Komentarze
Prześlij komentarz