cz.19

 


March 10

Mina objeżdżanego chemika zdecydowanie była warta tych karnych nadgodzin – pomyślałem, wychodząc ze świetlicy – tylko muszę Pointer przypomnieć by mi to nagranie wysłała – uśmiechnąłem się złośliwe.

 - ale wieje – skrzywiłem się i poprawiłem szalik – paskudna pogoda – wszedłem do szkoły i od razu ruszyłem pustym korytarzem w stronę schodów.

 - Panie Delashit! - usłyszałem swoje nazwisko.

 - Słucham? - odwróciłem się powoli – O, Daniel, co się stało? - spytałem starając się zachować profesjonalizm i nie zerkać na kilka drobnych, wiśniowych śladów zdobiących jego delikatną szyję.

Pewnie to ta zgręza – przemknęło mi przez myśl.

 - Bo... - chłopak wbił wzrok w swoje buty zupełnie jak by próbował przypomnieć sobie wyuczoną formułkę - Bo ja, bardzo chciałem panu podziękować! – spojrzał mi głęboko w oczy.

Miał takie piękne tęczówki, zupełnie orzechowe z drobnymi cętkami wokół źrenic układającymi się w coś na kształt mgławicy.

Po prostu cudowne...

Rozmyślając nad jego oczami nie zwróciłem uwagi na wyciągnięty w moją stronę prezencik.

 - Proszę... - jego cichy głos przywołał mnie do rzeczywistości.

Odebrałem od niego małe, granatowe pudełeczko z jakimś złotym napisem.

 - Dziękuję al... - nie zdążyłem dokończyć, bo chłopak nagle zniknął.

Rozejrzałem się zdziwiony po korytarzu ale już nikogo tam nie było.

 - Ok... - szepnąłem zabierając prezent na górę – ciekawe co to jest? - mruknąłem odstawiając torbę z rzeczami na krzesło.

Na szczęście Kate jeszcze nie było i mogłem w spokoju otworzyć pudełeczko, w którego wnętrzu znajdował się naprawdę drogi zegarek z niebieską tarczą, widocznymi trybami i wyświetlaczem daty.

 - Już nakręcony – zauważyłem przymierzając go – leży idealnie – uśmiechnąłem się z zadowoleniem, po czym wróciłem do pudełka gdzie znalazłem jeszcze gwarancje oraz instrukcję obsługi, z której wynikało, że czasomierz jest wodoodporny do ośmiu metrów.

 - Musiał się bardzo wykosztować – szepnąłem, szukając ceny na pudełku.

Byłem święcie przekonany, że nie znajdę, a jednak...

 - Dwieście dolarów!? - wytrzeszczyłem oczy – Rany boskie... - aż mi się w głowie zakręciło.

Migiem schowałem zegarek do opakowania.

Chyba powinienem to oddać – przemknęło mi przez głowę, gdy wkładałem pudełko do jednej z kieszeni w torbie.

 - Hej Pedro, jak tam w świetlicy?

 - Dosyć spokojnie przynajmniej dopóty nie zachciało im się bawić w Indian.

 - A więc stąd te ślady na twojej twarzy? - spytała wskazując na moje policzki.

 - Och, będę musiał to domyć – westchnąłem, sprawdzając z kim mam lekcje

Jak się okazało musiałem ruszyć tyłek aż na samą górę i zająć się tymi z fatalnej szóstki na Edukacji Dla Bezpieczeństwa.

Kurde, ciekawe jakie tematy mam dziś z nimi poruszyć - pomyślałem, zmieniając buty na trampki i ruszając na dół do pokoju nauczycielskiego.

Zabrałem dziennik i skierowałem się do sali numer osiemdziesiąt cztery, czytając przy okazji tematy do omówienia.

Dziś niebezpieczeństwa w miejscu pracy - czyli co, pożar? Stalking... - wszedłem do klasy i przejrzałem zgromadzone w szafce materiały.

Wziąłem ze dwa filmy, w sumie nie wiem o czym ale za to edukacyjne i przypisane do tego tematu. No ok, co się będę sprzeciwiał - położyłem pudełka na biurku razem z dziennikiem, a następnie udałem się do toalety, aby zmyć resztki śladów po świetlicy.

Ledwie się domyłem, a już wył dzwonek na lekcje i musiałem iść do tych małych potworów.

To chyba jedyne dzieci do jakich nie umiem żywić ciepłych uczuć – pomyślałem, wpuszczając 6F do klasy.

Wchodźcie mali sadyści, wchodźcie - zgrzytnąłem zębami.

Gdy korytarz był pusty, zająłem się sprawdzaniem listy. W między czasie raz czy dwa trzasnęły drzwi ale nie zwróciłem na to większej uwagi.

Kiedy skończyłem odznaczać obecności zadałem standardowe pytanie.

 - Dobra, kto doszedł po dzwonku?

 - Ja! - zawołał jakiś blondynek z ostatniej ławki - dwa razy ( ͡° ͜ ͜ʖ ͡°)

 - Panie Malignat bez głupich żartów proszę – westchnąłem, wsadzając płytkę do komputera i puszczając na białym ekranie...

 - O! Dojdę trzeci raz – klasa wybuchnęła śmiechem widząc trzy pół nagie panie oraz faceta przebranego za hydraulika pod napisem „Klempner”.

Szybko wyjąłem dysk ze stacji.

 - Który z was zamienił płyty!? Przyznać się! Brajan!? - zawołałem ze złością na wniebowziętego blondyna.

 - Nie moja wina – chłopak pokazał mi oryginalny dysk - trza było patrzeć co i gdzie pan wsadza.

 - Malignat w tej chwili u mnie na biurku.

 - Wie pan, biurko trochę niebezpieczne można spaść, nie wolał by pan na podłodze?

 - Ty bezczelny... - ruszyłem w jego stronę naprawdę zły, zabrałem mu płytkę, odebrałem dzienniczek i zsadziłem z krzesła - trzydzieści pompek – wysyczanemu ze złością, wracając na swoje miejsce, by w spokoju puścić ten zakichany film i napisać uwagę.

Nienawidzę tych głupich bachorów ><

 

***

 

W przerwie obiadowej udało mi się złapać Pointer, która akurat patrolowała główny korytarz.

 - Irene! - dogoniłem ją – kiedy mi wyślesz ten filmik.

Brunetka przez moment mierzyła mnie wzrokiem usiłując sobie przypomnieć o co mi chodzi.

 - Kiedy masz okienko? - spytała po chwili milczenia.

 - W sumie to teraz...

 - Super, podjedziesz ze mną do domu i pomożesz mi z pewną sprawą, a ja ci to zgram. Może być?

 - Nie ma sprawy, a o co chodzi?

 - Musze pewną ciężką rzecz przetransportować do szkoły. Pójdziemy po to jak tylko skończę dyżur.

Kiwnąłem głową.

 - Widzimy się w takim razie przy drzwiach zaraz po dzwonku.

Pointer uśmiechnęła się i zadowolona podążyła dalej korytarzem.

Niedługo potem zadzwonił dzwonek, na szczęście zdążyłem zabrać bluzę. Gdy wyszedłem Irene czekała już na mnie przy drzwiach w skórzanej kurtce paląc papierosa.

 - Gotowy? - spytała, gasząc peta o barierkę.

 - Oczywiście - pokazałem jej USB.

Jednooka uśmiechnęła się z zadowoleniem i ruszyła przed siebie.

 - Nie bierzemy auta? - spytałem, doganiając ją.

 - A na cholerę jak to raptem kawałeczek.

Kawałeczek Pointer okazał się być prawie kilometrem, znaczy mnie to tam nie przeszkadzało, jedynie nie chciałem spóźnić się na lekcje.

W końcu dotarliśmy do starego bloku o szarej, opanowanej przez grzyby elewacji, sypiącej się z każdym podmuchem wiatru.

Od ulicy budynek witał przechodniów pordzewiałymi drzwiami z jakimś graffiti na pękniętej szybie.

Irene otworzyła drzwi i wpuściła mnie na klatę schodową, gdzie na nieużywanych sankach spał jakiś bezdomny.

Minąłem go lekko zażenowany i ruszyłem wraz z Pointer na gorę.

 - Tylko nie dotykaj barierki bo trzyma się tylko na słowo honoru – zastrzegła, gdy sięgnąłem ręką do poręczy.

Schodki były dość strome, w wielu miejscach poszczerbione i przede wszystkim brudne jak dzika świnia.

 - Czy nikt tu nie sprząta? - spytałem doganiając jednooką.

 - Jak chcesz by było czysto to idź na dół dozorce z sanek zwlecz - wzruszyła ramionami kobieta.

Na samo wspomnienie pijanego ciecia aż mną wstrząsnęły dreszcze.

Niebawem stanęliśmy przed całkiem ładnymi, stalowymi drzwiami z pięcioma dziarskimi po kulach zalepionymi gipsem. Nawet nie do końca chciałem pytać skąd te dziury, więc ruszyłem za brunetką do środka.

 - Wróciłam - zaśmiała się Pointer, odsłaniając niewielką szafkę przy drzwiach, nad którą wisiała jakaś usmarowana błotem głowa lalki.

Wzdrygnąłem się na ten widok.

 - Spokojnie, już się nie ruszy – zarechotała biologica, zapraszając mnie do salonu.

Reszta domu była dość obskurna, a do tego lekko zagracona przeróżnymi dziwnymi sprzętami od pordzewiałych szprych rowerowych po pudła z różnymi czasopismami.

Idąc korytarzem zajrzałem do kuchni, gdzie prócz starej kuchenki gazowej i kilku szafek z lodówką, pysznił się wysłużony samowar oraz jakiś karton z książkami. Pod oknem stał spory kosz wypełniony owocami oraz ze dwa lekko spleśniałe pomidory.

W dużym pokoju wisiało zaś kilka obrazów przedstawiających ludzi i konie w czasie polowania, czy innego boju, pośród śnieżniej zmieć. Pod malowidłami odpoczywała spora, szara sofa, a naprzeciwko niej przy sprzęcie DVD stał jakiś niemożebnie stary telewizor. Prócz tego w salonie znajdowały się jeszcze czarne szafy oraz oprawione w ramki fotografie Irene i jakiegoś brodatego mężczyzny z blizną nad prawym okiem.

 - Mąż?

 - Narzeczony - wzruszyła ramionami Irene.

 - Zostawił cię? - spytałem ostrożnie.

 - Niechby spróbował - uśmiechnęła się jednooka - umarł, a raczej mi go zatłukli. Chodź, tę nerkę mam w sypialni.

 - Nerkę?

 - Znajomy muzealnik pozbywał się starej wystawy poświęconej anatomii człowieka i mi ją zaproponował. Dobry sprzęt dydaktyczny - zaprowadziła mnie do kolejnego pomieszczenia, w którymi kryło się wąskie łóżko, dwie szafy, lampka nocna oraz schowana za grubymi, niebieskimi zasłonami popielniczka. Jednak nie to było najdziwniejszą rzeczą w pokoju.

 - T-to ona...? - aż mi zaparło dech w piersiach.

Organ miał co najmniej półtora metra wysokości i ponad dwa metry w obwodzie.

 - Nie bój się, ona nie gryzie – szturchnęła mnie brunetka

 - A-aha...

 - Wynieś ją do przedpokoju, a mi daj USB i zaraz ci ten filmik zgram.

Podałem biologicy nośnik, po czym zabrałem się za rzeźbę.

 - Z czego jest zrobiona? - spytałem po chwili walki.

 - Z plastiku, tylko zalana częściowo gipsem żeby ciężko ją było przewrócić.

 - Super – jęknąłem, dalej siłując się z organem.

W reszcie po kilku minutach walki udało się się ją jakoś po ludzku złapać i wytaszczyć na korytarz, mijając przy tym Pointer walczącą ze swoim przedpotopowym laptopem.

 - Nie cierpię tego siatkarstwa! – warknęła pod adresem aktualizującego się Windowsa.

 - Spokojnie, pewnie zaraz się zrestartuje, bez nerwów – stęknąłem odstawiając rzeźbę do przedpokoju.

Irene prychnęła coś niezadowolona i wyjęła papierosy.

Nie cierpię przebywać w jednym pokoju z palaczami więc pod pretekstem zagotowania herbaty skryłem się w kuchni, gdzie wedle instrukcji brunetki powinna znajdować się puszka z ziołami.

Wstawiłem czajnik i zająłem się szukaniem saszetek. Kiedy otworzyłem wskazaną przez gospodynię szafkę okazało się, iż wewnątrz około dwudziestu pająków urządziło sobie wielkie zebranie.

 - Rany Boskie! - z hukiem zamknąłem drzwiczki.

 - Co tak trzaskasz!? Chcesz mi meble poniszczyć! Są starsze od ciebie, więc uważaj! - zawołała gniewnie jednooka.

 - Wybacz! – wybełkotałem – ale nie spodziewałem się takiej ilości pająków...

 - Oj tam, standard. Przynajmniej mam mniej moli! O kurewstwo się w końcu załadowało! - ucieszyła się Pointer gasząc peta o spód buta.

 - Super – westchnąłem, ostrożnie zaglądając do szafki.

Na szczęście stawonogi zdołały uciec i mogłem w pokoju dokończyć robienie herbaty.

 - Masz  - mruknęła Irene, podając mi USB oraz odbierając ode mnie kubek – Gerald też lubił w tym pić – uśmiechnęła się nauczycielka.

Dziwnie było mi pić z tego naczynia, czułem bowiem jakiś nienaturalny niepokój, zupełnie jak bym robił coś złego.

Niedługo potem oba kubki były puste i należało wyruszyć w drogę powrotną.

 -  A nie masz jakiegoś wózka czy czegoś by to znieść? - spytałem, spoglądając z niechęcią na nerkę.

 - Niestety – westchnęła brunetka, odkładając naczynia do zlewu – chodź, bo niebawem koniec lekcji.

Jęknąłem cierpiętniczo ale podniosłem rzeźbę i ruszyłem do wyjścia.

Jakimś cudem zszedłem po schodach bez wywrotki i minąłem opróżniającego butelkę denaturatu ciecia, który na mój widok najpierw zrobił zeza, po czym czknął potężnie i zogniskował wzrok na butelce.

 - Więcej tego chujstwa nie piję, kto to wiedział by delirium miało kształt teściowej...

 

***

 

Po odniesieniu nerki do pracowni biologicznej, postanowiłem pozostały mi do przerwy czas spożytkować na odnalezienie klasy Daniela i zwrócenie mu zegarka.

Przecież ratowanie jego życia było moim świętym obowiązkiem i to nie tylko ze względu na to, że byłem nauczycielem ale również dlatego, iż po prostu byłem w nim zakochany i z pewnością źle bym się, czuł ze świadomością, że nic nie zrobiłem.

A teraz czułym się źle wiedząc, że mimo wszystko powinienem mu ten prezent zwrócić. Bo z drugiej strony chłopak pewno trochę się za tym cackiem nachodził.

Ergh... co tu zrobić... - przebiegło mi przez myśl.

 - Gdzie tu sens gdzie tu logika, zupełny idiotyzm – usłyszałem jakiegoś chłopca oglądającego zawieszone na korytarzu tablice korkowe.

 - John co ty tu robisz? - spytałem zdziwiony.

 - Ja?

 - A widzisz tu kogoś jeszcze? - spytałem z ironią.

 - Cóż... spierdziałem się panie profesorze w klasie, a pani wyrzuciła mnie za drzwi. No i oni tam wszyscy zostali w tym smrodzie, a ja tu sobie na korytarzu oddycham świeżym powietrzem. Więc pytam - gdzie tu sens, gdzie logika?

Dobre pytanie – pomyślałem skonsternowany, spoglądając w kierunku drzwi.

 

***

 

Dom, słodki domek – pomyślałem przekraczając próg mieszkania.

 - Wróciłem Teo! - zawołałem w głąb przedpokoju by za chwilę usłyszeć leniwe miauknięcie gdzieś z okolic salonu – wiedziałem, że tęskniłeś – uśmiechnąłem się i ruszyłem do kuchni by wrzucić coś na ruszt.

Nie miałem zbytnio pomysłu na obiad więc ugotowałem kluski, dodałem sosu, trochę resztek mięsa z dnia poprzedniego i posypałem sosem, po czym zabrałem się za jedzenie.

Kończyłem już gdy zadzwonił telefon.

 - Halo?

 - Gotowy? Będę za dziesięć minut i jedziemy do Tiny – usłyszałem w słuchawce przejęty głos Waltera.

 - Co? Jak to?

 - No na przedstawienie, nie pamiętasz? - spytał groźnie Hill

O matko, na śmierć zapomniałem!!!

 - Tak, oczywiście, zadzwoń domofonem jak już będziesz pod blokiem. Znasz adres.

 - Dobra, to cześć.

W momencie gdy tylko doktorek się wyłączył zacząłem się w panice ubierać i dobierać ciuchy.

Koszula, nie ta inna, chyba wyprułem pół szafy co i rusz zmieniając dodatki. W gajerku za oficjalnie, to może sama koszula i krawat ale nie do dresu! Zacząłem poszukiwania dżinsów, a tymczasem usłyszałem dzwonek do drzwi.

 - Dobra, pieprzyć – westchnąłem zakładając byle jakie spodnie i najmniej brudne buty jakie w tamtej chwili miałem do dyspozycji.

Zwinąłem klucze, portfel z dokumentami oraz klucze i galopem zbiegłem do Waltera.

 - Dłużej nie można było – warknął staruszek odpalając silnik swojego żółtego pojazdu.

 - Przepraszam – sapnąłem zapinając pas.

 - Znów nie zawiązałeś krawata – zauważył okularnik, stając na światłach.

 - Zawiążesz mi?

 - Jak tylko dojedziemy. Krawat nie zając nie ucieknie – staruszek depnął gaz i za chwilę mknęliśmy główna ulicą gdzieś na drugi koniec miasta.

 - Walter może ciut zwolnij, to teren zabudowany.

 - Spokojnie powyżej stówy policji nawet się nie opłaca wszczynać pościgu.

 - A fotoradary?

 - Oj tam... spokojnie wiem gdzie stoją – nagle skręcił w jakąś mniejszą uliczkę, ale tak ostro, że wylądowałem twarzą na szybie.

 - Ładny z ciebie glonojad – zachichotał siwowłosy, ponownie ostro skręcając.

 - Czy ty zawsze tak jeździsz? - spytałem ze strachem.

 - Czasami... jak jadę do przypadku to sobie jeszcze koguta stawiam na dachu.

Wyobraziłem sobie walterową multiplę jeszcze z niebieskim światłem.... nie to chyba za wiele....

Niebawem zajechaliśmy pod budynek przedszkola murowany czerwoną cegłą i obłożony gdzieniegdzie białym tynkiem. Na niewielkim parkingu stało już nieco aut ale na szczęście wciąż były miejsca.

Wyszliśmy na zewnątrz.

 - Kurde dawno tak nie wiało – zgrzytnął zębami staruszek – masz pod ręką zegarek? Która godzina? - spytał gdy szliśmy wąskim chodniczkiem w kierunku drzwi.

Podwinąłem rękaw i spojrzałem na zegarek od Daniela. Wziąłem go bo pasował do koszuli i spodni i w sumie już odechciało mi się go oddawać. Był zbyt ładny.

 - Za dziesięć szósta.

 - Idealnie – uśmiechnął się doktor wyjmując zaproszenia – tu jest twoje – podał mi jakiś pomazany świstek papieru na którym widniało moje imię – Tina sama pisała.

 - Jest... śliczne – skłamałem gładko, przypominając sobie pierwsze listy od Janet gdy była jeszcze mała.

 - Zgadza się, od razu widać, że lekarskie – powiedział z dumą Hill otwierając mi drzwi – Tylko jedna rzecz, trzymasz się mnie i starasz nie oddalać – wododział poważnie Walter.

 - Oczywiście – pokiwałem głową – będę grzeczny.

 - Na to liczę – zarechotał okularnik oddając palto szatniarce.

Ja uczyniłem z moją kurtką to samo i niebawem wyruszyliśmy na poszukiwanie reszty rodziny staruszka.

Jak się okazało przybyli byli kierowani do dużej sali z jedzeniem na które składały się ciastka oraz jakieś jabłkowe soczki z herbatą.

 - Wuja!!! - Tina od razu mnie wypatrzyła i przybiegła się przywitać.

 - Witaj mała – wziąłem ją na ręce i przytuliłem – słyszałem, że dzisiaj grasz w przedstawieniu.

 - Glam, zobacys będzie siupel! - zaszczebiotała – dziadzia! - wyciągnęła rączki w stronę Waltera.

Staruszek wziął ją na ręce, a tymczasem doszli do nas rodzice małej aktorki.

 - Witaj Pedro – mruknął chłodno Mike.

 - Pedro – uściskała mnie Tamara – już się baliśmy, że nie przyjdziesz – nawet nie masz pojęcia jak mała wyła byś tylko się pojawił. Zagroziła nawet, że nie wystąpi jeśli się nie pojawisz.

 - Aż tak? - zerknąłem z podziwem na pięciolatkę.

 - Aż tak – westchnął Mike, spoglądając jak Mei opycha się ciastkami – Może już wystarczy bo dla innych zabraknie – mruknął do córki.

Dziewięciolatka przewróciła oczami i zajęła się soczkiem oraz rozmową z jakąś inną dziewczynką przy ogromnym stole, za którym siedziało mnóstwo innych dzieci i powtarzało swoje role razem z rodzicami.

 - To co? Kiedy idziemy na salę? - spytał Walter - bo chętnie bym jeszcze zapalił.

 - Dziadzia będzie puszczał kółeczka?

 - Będzie, tylko o której przedstawienie, bo nie wiem czy zdążę...

 - Za jakieś dwadzieścia minut – stwierdził Mike.

 - Wyśmienicie – ucieszył się staruszek oddając mi Tinę.

 - Wuja chodź, pokaze ci mojom glupe – powiedziała dumnie dziewczynka ciągnąc mnie w głąb pomieszczenia do sporego dywanu, na którym bawiło się kilkoro innych dzieci.

Błagam, Walter, nie zostawiaj mnie tu samego – przemknęło mi przez myśl, jednak było już za późno, Hill wyszedł.

 - To jest Abi, a tam siedzi Nana, a tu jest Jezz – wskazała na uroczego szatyna przebranego za księcia.

Zgrzytnąłem zębami, przełykając ślinę i obserwując resztę dzieci.

Teraz już wiem jak się czuje pedofil w przedszkolu i to wcale nie jest fajne.

 - Tinuś, a gdzie jest toaleta?

 - Wuja musi si-si?

 - Bardzo musi.

 - To chodź – złapała mnie za rączkę i poczęła prowadzić do drzwi, a potem jakimś bardzo krętym korytarzem – tylko pamientaj jabluśko jeśt dla chlopciów, a gluśka dla dziewcynek.

 - Zapamiętam – uśmiechnąłem się do niej przepraszająco, po czym wszedłem do łazienki z wielkim oknem.

Błagam Walter, wracaj – pomyślałem siadając na klozecie.

Rozejrzałem się po kabince. Nic specjalnego, białe drzwiczki z zasuwką, wieszak na papier z wyznacznikiem długości, no i ścianka działowa z dziurą przy podłodze w razie jak by się srajtaśma skończyła. Standard, u mnie w szkole też takie są.

Jednak w tym momencie usłyszałem jak do pomieszczenia jeszcze ktoś wchodzi. Sądząc po odgłosach kroków nie był to nikt dorosły, a rzut oka na cień tylko mnie w tym upewnił.

Za chwilę trzasnęły drzwi sąsiedniej kabinki jednak nie usłyszałem charakterystycznego zgrzytu zasuwki. Zerknąłem na dziurę pod ścianką działową. Chłopczyk stał tyłem.

Idealna sytuacja – zacisnąłem rękę w pięść.

Siedziałem i patrzyłam na odbijający się w kafelkach cień. Nie byłem w stanie się ruszyć. Paraliżował mnie strach, że najmniejszy gest mógłby się skończyć czymś niewytłumaczalnie złym.

Moje myśli galopowały w niezliczoną ilość scenariuszy bardziej bądź mniej ohydnych i wtedy usłyszałem, że ktoś trzeci wszedł do pomieszczenia.

 - Pedro? Jesteś tu? - rozpoznałem głos staruszka.

Momentalnie otworzyłem zasuwkę i prawie wybiegłem z kabinki.

 - Tak, chodźmy – powiedziałem lekko się trzęsąc.

 - Wszystko gra? Chcesz coś na uspokojenie? - zapytał z troską siwowłosy.

 - Nie, po prostu skąd chodźmy – mruknąłem, wyciągając Waltera z łazienki.

Tymczasem rodzice zaczęli się już powoli zbierać przed salą gimnastyczną gdzie miało odbyć się przedstawienie. W tłumie ludzi dostrzegłem Mike'a oraz Tamarę z Mei na rękach. Dogoniliśmy ich i już za chwilę siedziałem razem z nimi na wypełnionej krzesłami sali, odgrodzonej do połowy grubą, czerwoną kotarą.

Kiedy wszyscy usiedli nagle zgasło światło, a zasłona powoli się odsunęła zaś u góry zapaliły się jedynie świetlówki tuż nad prowizoryczną sceną, na którą wyszła ubrana ubrana na galowo dziewczynka będąca za pewne narratorką.

Powiedziała parę słów odnośnie sytuacji małego królestwa za górami, za lasami i znikła za resztkami kotary, a na środek wyszedł chłopiec w zbroi.

Reszty przedstawienia jakoś nie bardzo słuchałem wyczekując Tiny, która nagle się pojawiła w tumanach szarego dymu jaka dobra wróżka.

Powiem szczerze, że wyglądała prześlicznie w tej niebieskiej bufiastej sukni mimo, iż co chwila się o nią potykała. Wyjąłem nawet telefon by zrobić jej parę zdjęć, ale nie tylko bo mały rycerz tez otrzymał ode mnie nieco miłości podobnie jak zły czarnoksiężnik w za długiej, czerwonej pelerynce z wielkim żółtym S niedbale zamalowanym na czerwono.

Coś czuję, że będę miał co oglądać w domu – pomyślałem, widząc jak dobra wróżka pomaga przebrać się rycerzowi za parobka, aby czarnoksiężnik go nie poznał.

Oblizałem suche usta i czekałem na dalszy rozwój wypadków, który zakończył się uratowaniem księżniczki i wielkim balem.

Gdy zapaliły się pozostałe światła wszyscy zgromadzeni na sali zaczęli głośno bić brawo, a niektórzy nawet gwizdać, w tym i ja.

W sumie mogę częściej chodzić na takie spektakle – pomyślałem ze śmiechem, widząc jak nasza mała wróżka się kłania.

Tymczasem Mei źle się poczuła i Tamara została zmuszona zabrać ja do toalety. Natomiast Mike z Walterem postanowili zabrać kurtki i poczekać na dworze.

 - Pedro ubierz Tinę, a my idziemy na fajka – rzucił starszy Hill ciągnąc syna w stronę szatni.

 - Pokażę ci wuja gdzie jest moja szafeczka! - zaszczebiotała radośnie mała wróżka, znów prowadząc mnie gdzieś w nieznane.

Nie miałem nic do gadania. Pobrałem z szatni swoją kurtkę i ruszyliśmy po jej rzeczy.

 - Moja siafećka jeśt z klufką wieś? Taką co to nosi taki wieeeelki, niebieśki kapeluś – powiedziała wprowadzając mnie w ciąg szaf.

 - Naprawdę? To wspaniale – ucichnąłem się życzliwie i począłem wypatrywać tego kapelusza, który ostatecznie okazał się cylindrem.

Mała zdjęła rzeczy z wieszaczka i podała mi licząc, że ją obsłużę.

W sumie Janet jak była mała też zawsze to ja albo mama ubieraliśmy.

Najpierw pomogłem jej rozpiąć suknię, ale to nie wystarczyło by ją zdjąć.

 - Jeście golsiet!

Matko Boska kto i za jakie grzechy wymyślił gorset – pomyślałem, szukając pośród plątaniny sznurowadeł sposobu na olbrzymi supeł.

W końcu po kilku minutach młoda była wolna od sukienki i radośnie paradowała w samych majteczkach, podczas gdy ja starałem się to siajstwo jakoś upchać w jej maleńkim, różowym plecaczku.

 - Wuja daj – mała zabrała mi tornister, po czym wywinęła na lewą stronę i rozpięła jakiś suwak powodując,z ę ten powiększył się dwukrotnie.

Eureka! Zagdaka Damasiewicz torebek i schowanych w nich wszechświatów rozwiązana – pomyślałem, teraz już na spokojnie pakując strój czarodziejki.

 - Tina chodź tu i załóż rajstopki – poprosiłem, próbując zwrócić na siebie uwagę małej tancerki.

Niestety nic to nie dało, bo mała dalej łaziła bez żadnego ładu i składu po salce.

 - Tina – jęknąłem, próbując ją jakoś zatrzymać – Wracaj tu! - rozpocząłem mini pogoń.

 - Ale ja nie lubię śtopek!

 - Ale na dworze jest zimno, musisz je założyć – powiedziałem stanowczo, łapiąc ją w pół i zanosząc na najbliższą ławkę.

 - Nie ciem! - zaczęła wyć Hill'ówna.

 - Uspokój się i rozsuń nóżki – mruknąłem, usiłując dość do tego gdzie te cholerne rajstopy miały przód, a gdzie tył.

 - Nieeee! Nie ci... - zatkałem jej usta

 - Nie krzycz tak, bo jeszcze ktoś pomyśli, że ci się krzywda dzieje, i wujka policja zabierze – rzekłam, powoli nakładając jej ubranie.

Oczywiście młoda mi tego w żaden sposób nie ułatwiała, kręcąc się jakby nagle owsików dostała.

 - Gdzie masz buciki? - spytałem gdy już jako tako poradziłem sobie z rajstopami oraz sweterkiem.

Mała wskazała na worek, wewnątrz którego znajdowała się para czarnych kozaczków.

Podałem jej kurteczkę i począłem rozwiązywać te cholerne buty.

W reszcie jakimś cudem mi się to udało i zacząłem jej je powoli zakładać. Ta oczywiście od razu zaczęła wywijać nogami, skutecznie mi to utrudniając.

 - Tina spokojnie – poprosiłem, w końcu zaczynając wiązać to cholerstwo.

Kiedy już byłem przy końcówce mała delikatnie pacnęła mnie w ramie.

 - Wuja, ale one są odwrotnie, wieś?

 - Jak to na odwrót... - urwałem, spostrzegając swój błąd – Super... - westchnąłem cierpiętniczo i zająłem się rozwiązywaniem tego wszystkiego co wcześniej udało mi się zawiązać.

Zamieniłem buciki, sprawdziłem czy wszytko w porządku, postawiłem małą i już maiłem ją zabrać do Waltera, gdy ta stwierdziła, że to nie są wcale jej buciki.

 - Jak to nie twoje!? O matko... – znów ją posadziłem i rozpocząłem nierówny bój ze sznurowadłami.

 - Dobra, to w takim razie gdzie są twoje? - spytałem, gdy oba kozaki leżały już spokojnie na podłodze.

 - Nie mam, te są Mei, ale mama każe mi nosić.

W tamtej chwili podjąłem mocne postanowienie, że pomimo całej swojej złości i spocenia zawiążę tylko buty, a nie ich właścicielkę.

Po kolejnych kilku minutach oboje byliśmy gotowi do wyjścia.

 - Tinuś, a gdzie masz rękawiczki? - spojrzałem z troską na jej gołe łapki.

 - No tam gdzie zwykle – odparła rezolutnie pięciolatka.

 - Czyli?

 - W bucikach :D

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31