cz.7

 

!!UWAGA!!

Osoby poniżej 18roku życia oraz wrażliwe lepiej aby nie czytały pochylonej czcionki



December 24

 

Śniło mi się, że chodzę po jakichś wielkich, oliwkowożółtych liściach. Dookoła mnie latały kawałki mandarynek. Kompletnie nie rozumiałem tego co się dzieje dopóty nie zobaczyłem gdzieś w oddali Daniela. Zacząłem do niego biec, już miałem go złapać za ubranie gdy...

Na cały regulator poleciało „Let Your Love Flow”

Prawie zleciałem ze strachu od tej „miłości”! Pędem odnalazłem telefon i odebrałem.

 - Halo? Pedro, śpisz?

 - Już nie – burknąłem – Czego chcesz Walter?

 - A, no to super, mógłbyś przyjechać tak z godzinę wcześniej niż się umawialiśmy? Pomożesz mi z rozłożeniem stołu, dobra?

 - Pomogę – ziewnąłem – w ogóle która jest?

 - Za dwadzieścia ósma – stwierdził staruszek po chwili milczenia – myślałem czy nie zadzwonić do ciebie wcześniej ale odpaliłem wiadomości i straciłem poczucie czasu.

W tedy pomyślałem sobie o jak wczesnej godzinie wstał Hill, że uznał siódmą czterdzieści w wolny dzień za późną godzinę.

 - Spokojnie, nic się nie stało – ziewnąłem – będę wcześniej nie ma problemu. Tylko na przyszły raz o takich rzeczach informuj mnie esemesem, ok?

 - Spróbuję zapamiętać.

 - Czyli masz to głęboko gdzieś, prawda? -,-

 - Dokładnie tak.

 

***

 

Przed czternastą kiedy zdołałem sobie radośnie wykonać wszystkie zaplanowane na dzisiejszy dzień ćwiczenia oraz obejrzałem ze trzy odcinki „Sherlocka” z BBC postanowiłem poprzeglądać sobie odmęty internetu. Niestety ani na Deviantart ani na Pinterest nie było nic ciekawego na szczęście Demotywatory nie zawiodły. Przeglądałem właśnie dwudziestąktórąś stronę, kiedy usłyszałem dzwonek domofonu. Odebrałem.

 - Miał?

 - Hał... – i odłożyłem słuchawkę.

Za chwilę znów słyszę domofon.

O co tu biega? - myślę i odbieram.

 - Miał?

 - Schronisko dwie ulice dalej...

 - Nie, ja miał przywiozłem do państwa Thomson.

 - A, to numer wyżej.

 - Dziękuję.

No, ok – wróciłem do komputera. Teo położył mi się na kolankach i wszystko było w porządku, póty znów nie odezwał się domofon.

Na moich nagich udach pojawiła się piękna krwawa mozaika.

 - Kocie! - zawyłem z bólu ale już nie było czasu abym zdołał się ubrać.

 - Słucham? – syknąłem, polewając sobie rany wodą utlenioną.

 - Kurier, które piętro?

 - Drugie, pierwsze drzwi na lewo – powiedziałem, otwierając zamki.

Cholera jasna – zacząłem szukać czegoś do założenia, ale jak na złość gdy już miałem dojść do szafy, usłyszałem dzwonek do drzwi. Wróciłem się.

Otworzyłem drzwi w samych bokserkach.

 - Słucham?

 - Em, b-bo ja n-nie chciałem przeszkadzać – powiedział, odwracając wzrok jakiś dziewiętnastolatek

 - Nie przeszkadza pan – odparłem i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak idiotycznie wyglądam – Ale to nie to na co wygląda! - zakryłem bielące się ślady wody utlenionej.

 - P-proszę podpisać – wyciągnął w moim kierunku papier, a potem podał zapakowaną w szary papier lakę dla Waltera – życzę miłej zabawy – bąknął, po czym zwiał ile sił w nogach.

Kurwa, magia świąt pełną parą – pomyślałem zamykając drzwi.

 

***

 

Przebrałem lalę, zawinąłem w ładniejszy papier i obwiązałem czerwoną wstążką. Potem doszedłem do wniosku, że chyba miło by było dać jeszcze coś jego bliskim. Fakt, że nie wiedziałem ile ma wnucząt, bo na pewno się jakichś dochrapał, wcale mi nie przeszkodził w zapakowaniu kilku czekolad.

W sumie wziąłem tak z osiem, potem się najwyżej dokupi czy coś.

Ubrałem się w coś odświętnego, znaczy swój garnitur kupiony głównie na rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego.

I jak zwykle pojawił się tu mój problem z wiązaniem krawata... krawatu...

Wiecie o co mi chodzi.

Zwykle to przed takim ważniejszym dniem przyjeżdżałem na tyle wcześnie by mi go zawiązała Pointer albo Kate. Ale teraz... a może sąsiadka pomoże! Z tą myślą wyszedłem z mieszkania i zapukałem do państwa Thomson.

Pod moimi drzwiami znalazłem ładnie opakowane w srebrną folię ciasto marchewkowe z dopiskiem, że za śmieci. Uśmiechnąłem się i ruszyłem pod numer czternaście, po czym zapukałem.

Nic.

Cholera, nie! Błagam otwórzcie! - zapukałem w panice jeszcze raz. Niestety odpowiedziała mi cisza.

Biednemu zawsze wiatr w oczy. Najwyraźniej musieli wyjść na spacer – pomyślałem zerkając na zegarek.

 - Kurde, to już tak późno!? - wrzuciłem krawat do torby z prezentami, wziąłem lalę pod pachę, pożegnałem Teo i wyszedłem.

Wiecie co jest cudownego w jechaniu samochodem w święta?

Korki?

Wypadek?

Nie, najcudowniejszą rzeczą jest oczywiście złapanie gumy w połowie drogi.

W tym jednak pechowym zdarzeniu znalazło się nieco szczęścia bo znajdowałem się w pobliżu linii autobusowej.

Szybko więc zmieniłem środek lokomocji i za moment ponownie byłem w drodze.

Fakt, że pół autobusu się na mnie dziwnie patrzyło, zwłaszcza starsze panie, jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał, dopóty nie zauważyłem jak jedna z nich robi mi zdjęcie.

Super, normalnie lepiej być nie mogło -,- trafie pewno na pierwszą stronę Demotów. Hura...

 

***

 

Po wielu bólach znalazłem się w końcu pod domem Waltera. Uspokoiłem oddech, poprawiłem uchwyt na cieście i nacisnąłem nosem na domofon.

 - Halo?

 - Walter, to ja – stęknąłem.

Było mi z tymi wszystkimi bambetlami na prawdę niewygodnie.

 - Zapraszam – zamek puścił i niebawem mogłem wejść do oświetlonego lampkami ogródka.

 - O rany, po cholerę tyle tego? - wyskoczył do mnie siwowłosy.

 - No Wigilia, nie? Prezenty i te sprawy...

 - Daj, pomogę – zabrał mi ciasto oraz torbę z czekoladkami.

 - Nie musiałeś, wiesz? - powiedział pomagając mi się rozebrać z kurtki.

 - Oj tam – przewróciłem oczami.

 - A to co za cholera? - spytał wskazując na lalę.

 - To prezent dla ciebie.

 - Po kształcie wnioskuję, że to raczej nie osiem butelek wina – zachichotał okularnik.

 - Zdecydowanie nie – pościłem mu oczko.

 - Oj dobrze, że cię mam – rzekł rozrywając papier – Zombie?

 - Nom.

Walter wybuchnął śmiechem

 - Cymbał – pokręcił głową ale uściskał mnie serdecznie – dobra, ja to odniosę na górę, a ty jak byś mógł to rozłóż stół, ok?

 - Ok – wszedłem do salonu.

Dzięki Bogu choinki ani koszmarnych piwniczanych bombek nie było, więc zająłem się walką z meblem. Jak się okazało Walter posiadał ciężki orzechowy stół o wyjątkowo trudnej do rozkładania w pojedynkę konstrukcji.

 - Wiesz co, nieco przesadziłeś z ilością tych czekoladek, mam tylko troje wnucząt. Przynajmniej na razie – rzucił Hill wchodząc do salonu.

 - Nie miałem pojęcia – odparłem, w końcu wymuszając na stole powiększenie się.

 - Nic się nie stało, tylko gdzie to położyć?

 - Może na fotelu, jak nie masz choinki to...

 - Dobrze. Rozłożysz obrus?

 - A gdzie jest?

 - W kuchni położyłem na razie razem z ciastem.

 - Nie ma sprawy.

Szybko we dwóch uwinęliśmy się z układaniem talerzy, potraw oraz sztućców.

 - Walter, a co kupiłeś wnukom? - zagadnąłem, składając serwetki.

 - Mei zastaw klocków lego szpital – wskazał na okazałą paczkę w niebieskim papierze – Tinie książeczkę o anatomii dla najmłodszych – zerknął na czerwone płaskie pudełko - a Andy'emu grę „operacja” - powiedział dumny z siebie chirurg.

 - Jesteś pewny, że to dobre prezenty dla dzieci?

 - No pewnie! Edukacyjne i w ogóle...

Dobrze, że chociaż będą miały ode mnie czekoladę... - pomyślałem, przestawiając gdzieś dalej świeczkę w kształcie aniołka.

Z tego co się nasłuchałem wnuczęta Waltera miały kolejno osiem, pięć i siedem latek.

Musze się od nich trzymać z daleka. Tak na wszelki wypadek...

 - Pedro, co ty robisz z krawatem?

 - Wiążę, znaczy no...

 - Pedro, ty robisz w swoich związkach za faceta czy babę bo na razie to jesteś pizda. Daj ten krawat.

 - Ale... - nie dokończyłem, Hill po prostu mi go zabrał – a teraz tłumoku patrz jak to się robi – powiedział pełnym miłości tonem, zupełnie jak by mówił do dziecka – robisz taaak... i potem taaak...

I otworzyły się drzwi, a w nich stanęła rodzina mojego drogiego nekrofila.

 - Mamo, co dziadek lobi temu panu? - spytała Tina.

 - Pomaga... - odarł Walter, uśmiechając się do wnuczki – a ten pan to mój kolega, wujek Pedro – powiedział zaciskając mi dość mocno materiał na szyi – spróbuj czegoś głupiego, a wykastruję cię łyżeczką do lodów – ostrzegł, po czym ruszył do dziewczynek.

 - Dziadku! - zapiszczała radośnie Mei gdy wziął ją na ręce.

 - Tato ostrożnie – powiedział zamykający za żoną drzwi, syn Waltera.

 - Może pani pomogę – zaproponowałem, odbierając płaszcz od pani Hill.

 - Miło z pana strony – odpowiedziała mi prześlicznym uśmiechem

 - Nas chyba sobie nie przedstawiono, Mike jestem – powiedział blondyn.

Od razu widać było, że jest podobny do ojca. Te sękate rysy twarzy i fryzura w totalnym nieładzie jedyną różnicą był ryży wąsik pod nosem.

 - A to moja żona Tamara.

 - Miło mi... - za chwilę usłyszałem dzwonek i rzuciłem się do otwierania zasuwek.

Gdy tylko to zrobiłem coś małego rzuciło się do ściskania moich nóg.

 - Dziade... - zaczął młody ale widząc, że się pomylił, przerażony schował się za tatę.

 - Spokojnie, jestem znajomym Pana Waltera. Pedro Delashit – powiedziałem ustępując im miejsca.

Do pokoju weszła wysoka blondyna o długich, falowanych włosach, za nią podążył o pół głowy niższy facet z dużym nosem, ciągnąc za sobą nadal przestraszonego Andy'ego.

 - Victoria – przedstawiła się kobieta wręczając mi płaszcz.

 - Adam, Adam Zucker – rzucił przez ramię mężczyzna, rozbierając siedmiolatka.

Goście podążyli za Walterem do salonu, a ja zostałem w przedpokoju bo z tego co pamiętam ze zdjęć, powinny przyjść jeszcze co najmniej dwie osoby. Nie myliłem się. Wkrótce dołączyła do nas jeszcze Nicole ze swoim mężem Joe Gips'em oraz psem Killer'em.

Wszyscy zasiedliśmy do stołu, dziewczyny poszły odłożyć przyniesione dania do kuchni, a mężczyźni zajęli się rozprawianiem o podróży.

Ja się raczej nie odzywałem, wolałem patrzeć jak dziewczynki doskonale się bawią, czesząc plastikowymi szczoteczkami wypchanego wilka, a Andy poskramiał kiełbaską otyłego jamnika.

 - Tato, może damy im jakieś klocki zanim twój wilk wylinieje do reszty? - zaproponowała Tamara, poprawiając kasztanowe loki.

 - Chwila, Pedro, weś ściągnij z regału to duże pudło – wskazał gdzieś ponad głowami zebranych.

Wstałem od stołu i grzecznie wykonałem polecenie. Jak się okazało wewnątrz były drewniane figurki. Delikatnie starłem kurz i postawiłem je przed dziećmi.

Andy momentalnie rzucił się do wyciągania z niego dinozaurów, potem zabawkami zainteresowała się także Mei.

 - Tina pomóż mi! Zbudujemy zamek jak z Frozen!

 - Ale esek! - zapiszczała zielonooka.

 - Piesek poczeka, chodź! - ponagliła ją Mei, mocniej związując gumką ciemny warkocz.

 - Jus! - Tina zostawiła trofeum i wylądowała na podłodze – Wuja! Wuja pac mam soka! - zawołała do mnie blondyneczka, szarpiąc za spodnie i pokazują łuskowatą maszkarę.

 - Ojej, jaki groźny – kucnąłem przed nią.

 - Pac, Glyzie! - i lekko klepnęła mnie nim w nogę.

 - Och, jak mocno.

Mała się roześmiała i zadowolona podbiegał do pudełka by za chwilę wyciągnąć z niego jakieś klocki.

 - Zuy sok, zlobie mu wiensienie. Chodź, pomus!

 - Tina, nie przeszkadzaj wujkowi Pedro – skarciła ją starsza siostra.

 - Nie seskadzam! Wuja chodź! - złapała mnie za rękę i pociągnęła bliżej pudełka.

Usiadłem obok nich i zaczęliśmy budować zamek, czemu bacznie przyglądał się Andy no i oczywiście reszta rodziny Hill'a. A zwłaszcza głowa rodu.

Po chwili jednak przestano na mnie zwracać uwagę, co w sumie mnie cieszyło, bo już nie czułem się tak bardzo skrępowany. Po zrobieniu zamku oraz dwóch domków dla księżniczek Andy uznał, że chyba jednak nie jestem taki straszny.

 - Wujek, a mi też coś zbudujesz?

 - A co byś chciał?

 - No... ciężarówkę dla tyranozaura – pokazał mi jakąś dziwną jaszczurkę z bardzo małymi rączkami i ogromnym pyskiem.

 - Proszę bardzo – zabrałem nieco klocków z pudełka i zająłem się budową.

 - Wujek, a gdzie ty pracujesz? - spytał gdy byłem w połowie.

 - W szkole.

 - Jesteś ochroniarzem? - spytał szatyn, wytrzeszczając swe małe, szare oczka.

 - Nie, jestem WF'istą.

 - Istą? Mama, co to jest istą?

 - Wujek Pedro uczy korektywy. No wiesz, te ćwiczenia co masz w przedszkolu.

 - Aaaaa, wujek ma fajną pracę – stwierdził, zaglądając jak mi idzie składanie pojazdu.

 - No, dosyć tak... – uśmiechnąłem się – masz – oddałem mu samochodzik.

 - Ale śliczny, zobacz mama! A dziadek takiego zrobić nie umie!

 - Piękny synku – Victoria więzła małego na ręce by ten mógł się pochwalić i reszcie rodziny.

Drrrryń

Do wstawania rzucił się pan Zucker.

 - Spokojnie, ja otworzę – powiedziałem, podrywając się na równe nogi.

 - To pewnie Betty - rzekł Walter

 - Jak zwykle się spóźnia – westchnął Mike.

 - Z wyjściem za mąż też się spóźnia – zachichotała rudowłosa.

 - Nicole – zgromił ją staruszek.

 - Zapraszam – powiedziałem otwierając drobnej brunetce drzwi.

Ta się delikatnie zarumieniła i szybko oddała płaszcz, po czym spłoszona poleciał do salonu.

 - Tato, kto to jest? - szepnęła siwowłosemu na ucho.

 - To mój znajomy, Pedro Delashit. Pedro, to moja najmłodsza córka Betty.

 - Miło poznać – uśmiechnąłem się grzecznie, wzrokiem jednak już szukałem Andy'ego.

 - Mi też jest bardzo miło... - powiedziała przyszpilając mnie wzrokiem.

Błagam niech ona się tak na mnie nie gapi. Niech mnie ktoś zawoła do zabawy, proszę! Ratunku!

 - Wuja!

Tina, kocham cię!

 - Tak? - zostawiłem Betty samą sobie i wróciłem do dziewczynek.

 - Sok uciek!

 - Ojej, to straszne.

 - Wuja, musi zlobić nowe wiensienie! Takie Duuuuse!

 - Ale to tylko gdy mi pomożesz.

 - Dobla!

Tymczasem brunetka cichcem przysiadła się do ojca i zaczęła go o coś wypytywać, na co Walter wybuchnął dobrodusznym śmiechem.

 - Tę ciapę? Proszę, spróbuj – rzekł, dalej nie przestając się śmiać.

O nie, kolejna co poleciała na mój urok osobisty QAQ Za jakie grzechy!?

 - Tata, jak już jesteśmy wszyscy to jedziemy do mamy? - spytała Nicole.

 - Tak od razu? - zdziwił się Walter, rozglądając się po zebranych.

 - No, a kiedy? Dawno u niej nie byliśmy... - prychnęła Victoria.

 - Zgoda, tylko chyba w dwa samochody, co? - spytał przytomnie Mike.

 - Dzieciaki usiądą komuś na kolanach i się zmieścimy – powiedział Adam, wycierając nos.

 - No to ustalone – ucieszyła się Tamara.

 - Mama, ja ciem z Wuja! - zawołała Tina, znów szarpiąc mnie za ubranie.

 - To ja jadę z wami – powiedział od razu Walter gdy tylko usłyszał wypowiedź wnuczki.

 - Ja chcę z dziadkiem! - uparł się Andy.

 - A mi wszystko jedno – wzruszyła ramionami Mei.

Stanęło na tym, że jechałem w jednym samochodzie pomiędzy Walterem z Andy'm na kolanach, a usiłującą nawiązać ze mną jakąś rozmowę Betty.

 - Wuja!

 - Słucham?

 - Pac jakiego mam konika – pokazała mi pluszaka, bez którego jak się okazało nie umiała zasnąć.

 - Piękny – zachwyciłem się.

 - Mama mi dala na ulodziny, wieś?

 - Jaką masz wspaniałą mamusię.

Tamara na moje słowa lekko się uśmiechnęła, a Mike prychnął ostrzegawczo.


 ***


Niebawem dotarliśmy do celu, którym był podmiejski cmentarz. Dzieciaki rzuciły się jako pierwsze do wychodzenia.

 - Daj mi ją – poprosił Mike, wyciągając ręce po córkę.

 - Proszę – już miałem ją oddać, gdy mała mnie złapała za rękaw.

 - Ale ja ciem z wuja!

 - Nie, nie będziemy wujka obciążać.

 - Ale ja cieeeem!!! - i zaczęła płakać.

Coś czuję, że za chwilę młodszy Hill zgotuje mi tu Hell – pomyślałem uśmiechając się przepraszająco.

 - No już dobrze, idź z wujkiem, tylko masz go słuchać – przykazał córce blondyn.

 - Dobse! – mała od razu się rozpromieniła – ciem na lonsi! - wyciągnęła rączki do góry.

Bez dłuższego zastanowienia spełniłem jej prośbę i ruszyłem za resztą rodziny.

Widziałem jak Andy idzie z Walterem za rękę, a Mei z mamą.

 - Joe, trzymaj Killera – rozkazała rudowłosa, oddając smycz mężowi.

 - Tak, tak kochanie – wreszcie odezwał się szatyn o niskim basie, z trudem dopinając przyciasną kurtkę.

Ruszyliśmy alejką między zniczami w głąb cmentarza. Jak się okazało była to rodzinna tradycja, aby odwiedzać groby zmarłych akurat w Wigilię.

Cóż, ja chyba wolałem u nas w domu co roczną tradycję zapalania świeczek zamiast zwykłego światła....

 - Wuja, a wies ze baba jest w niebie?

 - Nie baba tylko babcia, powiedz, bab-cia – poprosił idący obok mnie Mike.

 - Baci...Baaaabi... Baba! - zawołała radośnie blondyneczka – Pac! Znak Baby! - mała wskazała na nieduży, prostokątny nagrobek z napisem Natasha Adrien Hill-Kozlowski.

 - Tak, tu leży babcia – powiedział z nieukrywanym smutkiem Mike.

Ustawiłem się wraz zresztą rodziny Waltera w rządku i zaczęliśmy się modlić. Tina oczywiście nam w tym pomagała, kręcąc się przy tym niemiłosiernie.

Potem ustawiliśmy dwa znicze w kształcie choinek i zaczęliśmy wracać do samochodów.

 - Widzę, że dzieci cię polubiły – zauważył Waletr, zerkając na gaworzącą z ciotecznym bratem Tinę.

 - Najwyraźniej – uśmiechnąłem się niewinnie.

 - Ciekawe czy Mikołaj coś dla ciebie przyniósł – uśmiechnął się chytrze staruszek.

 - Co? Walter masz dla mnie prezent?

 - To się zobaczy mój drogi – zachichotał.

 

***

 

Po ponownym zamieszaniu z płaszczami poszliśmy do dużego pokoju, aby połamać się opłatkiem i złożyć sobie życzenia. Większość to były oczywiście wyuczone formułki ze zdrowiem, szczęściem i w ogóle. Najciekawszymi życzeniami ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu obdarzyła mnie Tina.

 - Wuja! Ciem zeby ci, zeby ci było dobze i... i... zabyś znalaz sobie ciocię, która ci będzie doble papu dawala i zebyś był zdlowy, i mondly, i miał duzio pienionśków i zeby cię siści lubili  – powiedziała, po czym zabrała mi pół mojego płatka i jednym gryzem zjadła jak batonik.

 - A ja żebyś szybciutko urosła i aby spełniły się twoje wszystkie marzenia.

 - Dziękuję wuja! - zawołała, przytulając się do mnie – Mama dzie jeśteś? - spytała puszczając mnie i znikając w tłumie.

Gdy się rozejrzałem stałem już przed Betty.

 - Hej... - powiedziała, lekko się rumieniąc.

Uśmiechnąłem się niezręcznie.

 - No więc... życzę ci zdrowia szczęścia pomyślności... - zacząłem wymieniać chcąc jak najszybciej skończyć – A w nowym roku spełnionej miłości – zakończyłem.

 - Też ci życzę zdrowia, szczęścia, spełniania marzeń i abyś znalazł swoją drugą połówkę – zatrzepotała kusząco rzęsami.

 - Bierz, bierz dobry towar, sam robiłem – szepnął mi na ucho Walter, za co został zgromiony przez córkę.

Połamaliśmy się opłatkiem i mogłem się w spokoju oddalić, w połowie drogi do mojego miejsca przy stole, złapał mnie gospodarz domu.

 - A ty gdzie?

 - Szukałem cię – skłamałem gładko, patrząc staruszkowi w oczy.

 - No to wstawaj, mam życzenia dla ciebie – podniosłem się grzecznie – Zdrowia, szczęścia pomyślności no i aby twoja dolegliwość w miarę możliwości ustąpiła.

 - Nawet nie wiesz jak bardzo tego pragnę - westchnąłem ciężko.

 - Może jednak spodoba ci się Betty...

 - Wybacz, Walter z całym szacunkiem, ale należy jej się ktoś lepszy niż ja.

 - Tak podejrzewałem – uśmiechnął się smutno – w każdym razie aby ci się mój drogi wiodło.

 - Nawzajem Walter i aby ci nikt w kostnicy nie przeszkadzał.

Uśmialiśmy się i połamaliśmy opłatkiem.

 

Gdy w reszcie skończyliśmy pan domu zaprosił nas do stołu gdzie razem z Tamarą i Nicole zdołał porozkładać podgrzane w kuchni dania. Jeśli chodzi o moje miejsce to trafiłem dość dobrze w pobliżu Andy'ego no i oczywiście Tiny, która pomimo próśb i napomnień ojca cały czas pchała mi się na kolana. Koniec końców uznaliśmy, że młoda może sobie u mnie siedzieć o ile będzie grzeczna.

 - Wujek posuniesz mnie? - zerknąłem na Andy'ego nieco zdziwiony.

Mój spaczony umysł podpowiedział mi zupełnie inną delicję słowa „posuwać” niż powinien.

 - C-co? A już – uśmiechnąłem się przepraszająco i delikatnie dopchnąłem jego krzesełko do stołu.

Tymczasem pan Zucker zaczął rozlewać zebranym do kieliszków wino własnej produkcji.

 - Niezłe – stwierdziłem, upijając łyk.

 - Z dzikiej róży. To kwestia dojrzałych w słońcu owoców – powiedział uczenie.

 - Czym się pan na co dzień zajmuje? Też winami?

 - Ja? Nie... Jestem bankierem – wytarł znów swój przyduży nos – zupełnie jak dziadek, pradziadek i ojciec. Takie tam rodzinne naleciałości. Koledzy się śmieją, że żyda to zawsze do pieniędzy ciągnie ale wcale mi to nie przeszkadza. Przynajmniej mam na dobre wina – roześmialiśmy się obaj.

Walter cichcem odpalił swoje stare DVD i puścił z głośników kolędy. Tymczasem pomogłem Tamarze w nałożeniu Tinie odrobiny sałatki warzywnej, którą przywiozła Victoria.

 - Ile lat jesteście razem? - spytałem w pewnym momencie rozmowy z panem Zuckrem

 - Dokładnie dwanaście lat, osiem miesięcy i trzy dni.

 - Widzę, że jest pan wyjątkowo skrupulatny.

 - Taka moja natura – uśmiechnął się, sięgając sobie po karpia – Andy, a ty czemu nic nie jesz. Chociaż barszczyku byś spróbował.

 - Barszcz zdrowa rzecz – pokiwałem głową.

 - Widzisz, nawet Wujek Pedro to mówi. To co, naleję ci.

 - Dobra – przewrócił oczami siedmiolatek.

 - A co on taki osowiały? - spytałem bruneta.

 - Też chciał ci usiąść na kolanach ale Tina była szybsza – zachichotał, podając młodemu talerz.

Rozczuliło mnie to.

 - Wuja, ciem patataj! Ja ciem patataj! - nagle zaczęła wołać mała Hill'ówna

 - Patataj? - spojrzałem pytająco na Mike'a.

Ten w odpowiedzi poruszył kolanami w górę i w dół.

 - Patataj! - zawołała głośniej mała.

 - Już, już – objąłem ją delikatnie, aby przypadkiem nie spadła i zacząłem „patatajać”

 - Jej! - zapiszczała z radości.

 - Hrrugh – zgrzytnął zębami Andy.

 - Jak chcesz ciebie też mogę popatatajać – zaproponowałem – ale tylko wtedy gdy zjesz całą zupę – zastrzegłem.

Myślałem, że dzieciak przyspieszy, ale nie aż tak. Dosłownie kilka sekund później talerz był wręcz wylizany.

 - Teraz ja chcę! - zażądał, wbijając we mnie swe piękne szare oczka.

 - Andy – zganił go ojciec – nie chcę, tylko poproszę.

 - Poproszę patataj – powiedział głośno i wyraźnie siedmiolatek, wtarabaniając mi się na kolna.

 - Ej, bylam pielsia! - zaczęła piszczeć Tina.

 - Ale ten konik ma duży grzbiet, zmieścicie się – zapewniłem, sadzając Andy'ego na drugim kolanie.

Za chwile oboje świetnie się bawili, oczywiście pod czujnym okiem obu ojców.

Kiedy skończyły mi się siły Tina została przeniesiona na kolana taty, a Andy nałożył mi pierogów.

 - Starczy?

 - Uhum.

 - To ja cię nakarmię – stwierdził, zabierając mi widelec z ręki.

Spojrzałem pytająco na Zuckera

 - Spokojnie, on tak zawsze – zapewnił mnie Adam – sięgając po rybę po żydowsku.

Ironia losu – pomyślałem, gdy Andy wcisnął mi w usta odcięty kawałek ruskiego pieroga.

 - Dobre?

 - Wyśmienite, sam robiłeś?

 - Z tatą – pochwalił się dzieciak, szykując kolejną porcję.

 - Pewnie zostaniesz wspaniałym kucharzem.

 - Chciał bym ale mama woli bym leczył ludzi.

 - A czym się zajmuje twoja mama?

 - Ona jest... tata co robi mama?

 - Jest pediatrą – odpowiedział, dolewając sobie i synowi Herbaty, pan Zucker.

 - O czyli nie tylko Walter obcuje z medycyną.

 - No nie, Mike na przykład jest anestezjologiem, Nicole dermatologiem, a Betty psychologiem – wyjaśnił mi brunet.

 - Aż się boję pomyśleć kim była żona Waltera...

 - Pokojówką. Poznali się przypadkiem gdy Hill operował jej siostrze wyrostek i tak się jakoś ta znajomość potoczyła, że Natasha została w stanach, a Sasha wróciła do Polski.

 - Wujek, jedz bo ostygnie – upomniał mnie Andy, podstawiając pod nos kolejny kawałek.

W czasie rozmowy przyuważyłem, że Mei jakoś tak dziwnie na mnie patrzy. I bynajmniej nie był to wzrok z gatunku tych zawstydzonych ale coś jakby się mnie bała. Nie rozumiałem tego zupełnie. Zawłaszcza kiedy Mike musiał nas ma moment opuścić i przykazał starszej córce, aby przez moment popilnowała Tiny przy stole.

Czyżby odezwała się w tobie, krew Hill'ów? - myślałem – czujesz, że jestem chory?

Rozmyślania przerwał mi bzyczący w kieszeni telefon. Ostrożnie, aby nie dotknąć Andy'ego, wydobyłem maszynkę z kieszeni i spojrzałem na ekran. To nie był nikt ze szkoły, ale numer wydawał mi się jakoś dziwnie znajomy...

Moment!

 - Janet!? Niemożliwe... Musiała się pomylić... - szeptałem, szybko czytając treść wiadomości.

Usłyszawszy imię obcej kobiety, Betty pochyliła się w moją stronę, udając oczywiście, że sięga po leżącego naprzeciwko mnie karpia.

 - Coś nie tak? - spytał ostrożnie Adam.

 - Nie... tylko... siostra napisała mi wiadomość...

Facet zerknął na ekran.

 - Ale się rozpisała – pokręcił głową w zadumie.

 - Tyle, że od półtora roku jesteśmy pokłóceni...

 - O co poszło?

 - Cóż... - pomasowałem kark, czując się bardzo nie zręcznie w tej sytuacji – powiedziałem, że nie potrzebuję aby się nade mną litowała, po tym jak ojciec wyrzucił mnie z domu, gdy mój straszy brat doniósł mu o mojej dewiacji.

 - Jakiej dewiacji? - Zucker nagle zrobił się bardzo czujny, podobnie Betty.

 - Jestem gejem – szepnąłem ledwie dosłyszalnie i spuściłem wzrok.

Betty nachyliła się gwałtowanie, ale sądząc po minie chyba nie usłyszała mojej wypowiedzi.

 - E tam, to akurat nic złego – uśmiechnął się pokrzepiająco pan Zucker - Myślałem, że jakieś sado-maso albo inne okropieństwa.

 - Nie! Broń Boże, nic z tych rzeczy!

 - Ale powiem szczerze, że tego się nie spodziewałem. Nie wyglądasz na takiego.

 - Potrafię zaskoczyć – zachichotałem, odpisując siostrze na życzenia.

 - Wujek – Andy znów przypomniał mi o posiłku.

 

***

 

Po jedzeniu gdy już właściwie na stole pozostało jedynie ciasto i herbata, przyszedł w końcu czas na rozpakowywanie prezentów. Pierwsze do tego rzuciły się oczywiście dzieciaki, które obrały sobie za punkt honoru rozdanie wszystkim świątecznych paczek.

 - Tato idziesz z nami zapalić? - spytała Nicole, stając z mężem w przy drzwiach.

 - Nie, na razie nie mam ochoty.

 - Dziadku patrz – Mei podała Walterowi zawiniętą w niebieski papier laskę.

 - Ok – wzruszyła ramionami rudowłosa i wyszła.

 - Wuja! Pac! - zawołała Tina, podbiegając do mnie ze sporą paczką oraz niezbyt dużym zawiniątkiem – Otwus!

 - Może za chwilkę... - zerknąłem na resztę biesiadników

 - Juś! Ja ciem wiedzieć! - zapiszczała.

Nie chciałem by dalej krzyczała więc powoli zacząłem zdzierać kolorowy papier, spod niego wyjrzała różowa  główka z rzadkimi, plastikowymi włoskami zawinięta w jakąś niebieską pieluchę.

 - Bobas! - zawołała mała, a ja z przerażeniem zerknąłem w stronę Waltera.

Boże, ratuj! - spojrzałem jeszcze raz na opakowanie i dopiero teraz dostrzegłem częściowo zatarty napis.

 - Tina, to dla ciebie – szybko oddałem pudełko dziewczynce.

 - Dla mnie? - zrobiła wielkie oczy.

 - Tak, zobacz. Tu jest twoje imię – pokazałem litery

 - Ojej, mam lalę! – zapiszczała z uciechy, zabierając mi pudełko - Mikołajku! Kocham cię! - zawołała na cały pokój i za chwilę zabrała się do rozparcelowywania zabawki na czynniki pierwsze.

Matko Boska dawno się tak bardzo nie bałem.

Ale w moich rękach został jeszcze jeden prezent. Sprawdziłem czy jest podpisany z zewnątrz.

I ten na szczęście był koślawym, lekarskim pismem Waltera. Odwinąłem powoli niebieski papier. Wewnątrz na szczęście nie było nic strasznego.

Od Hill'a dostałem licznik kroków, poduszeczkę z kocimiętką oraz gwizdek na korbkę – pewnie nie chce mnie znów widzieć na ostrym dyżurze – pomyślałem ze śmiechem, sprawdzając czy działa.

Teraz tak sobie myślę, że nie był to najmądrzejszy, pomysł biorąc pod uwagę, iż w pobliżu cały czas szwendał się Killer, który na dźwięk gwizdka rzucił się do gryzienia mnie.

 - No, to jednak nie obejdzie się bez szycia – stwierdził Walter, kiedy w końcu Joe'mu udało się go ode mnie oderwać.

 

***

 

Wszyscy prawie pojechali do swoich hoteli. Zostali tylko państwo Zucker no i Betty.

 - Boli jeszcze? - spytał Walter zerkając jak wykorzystuję jego świąteczny prezent.

 - Jeszcze trochę – odparłem wstając o lasce.

 - To może jeszcze posiedź? - zaproponowała z troską Betty.

 - Nie no, chce trochę pomóc – stwierdziłem zbierając talerze.

 - Tato, to my pójdziemy się już kąpać – oświadczyła Victoria, znosząc z góry piżamkę dla Andy'ego.

 - Dobrze córuś, tylko za bardzo nie nabrudźcie.

 - Będę mógł nocować? - spytałem, kiedy zostaliśmy na moment z Walterem sami.

 - Coś się stało?

 - Wiesz... jadąc do ciebie poszła mi opona, a autobusy o tej godzinie raczej już do mnie nie kursują.

 - Czemuś nie powiedział, Joe mógł cię podwieźć.

 - Ja? W jednym samochodzie z tym jego kudłatym zabójcą?

 - No dobra, ok. Ale Mike na pewno by się zgodził.

 - Musieliście go z Adamem wynieść. Myślę, że Tamarze wystarczy problemów jak na jedną noc.

 - Młody miał zawsze słabą głowę – przewrócił oczami Hill – Zgoda, sypialnia na końcu korytarza po lewej.

 - Dzięki – uśmiechnąłem się i pokuśtykałem do kuchni.

 

***

 

Miałem mokry sen.

Cholera, od dawna tak nie było! Szybko zapaliłem nocną lampkę i spojrzałem na pościel.

Tego się mogłem spodziewać... oczywiście wszystko brudne. Widocznie zapomniałem wziąć leków.

Musiałem się uspokoić, bo przed oczami wciąż miałem obrazy tego co się działo we śnie. Na szczęście w pokoju, który dostałem były drzwi balkonowe. Wyszedłem więc na dwór i usiadłem przy barierce.

 - Jestem potworem – wyszeptałem, łapiąc się za włosy – jestem jebanym pedofilem – dodałem czując jak do oczu cisną mi się łzy.

Dlaczego takie rzeczy mnie podniecają? – stara blizna na głowie niespodziewanie dała o sobie znać – po cholerę powstałem? - pomyślałem, przypominając sobie jak ojciec kiedyś po alkoholu walnął mnie roztrzaskaną butelką w łeb – Walter powinien mnie wykastrować, może to by pomogło – oparłem czoło o zimną barierkę

 - Jestem chory... - jęknąłem.

 - No, jesteś. Nikt normalny o czwartej w nocy nie wali łbem w ogrodzenie – stwierdził Hill, wypuszczając nosem kłąb szarego dymu – co się stało?

 - Ja... - zacząłem ale głos mi się załamał – Ja... masz brudną pościel... - wybąkałem, cały czas się trzęsąc.

 - Zmaza nocna? No ej, pościel się upierze – spróbował mnie uspokoić, podając chusteczki – co ci się śniło?

Doznałem nagłego szczękościsku. Po prostu nie byłem w stanie otworzyć ust. Pokręciłem więc tylko bezradnie głową, dając do zrozumienia, że nie jestem w stanie mówić.

 - Andy?

Wydmuchałem nos starając się nie patrzeć Hill'owi w oczy.

 - W-we śnie był starszy... - wydusiłem gotowy na cios.

W sumie nawet bym się cieszył gdyby stary kłusownik wyciągnął skądkolwiek gnata i mi zwyczajnie rozwalił ten zepsuty łeb.

Hill wziął głęboki, świszczący oddech i już wiedziałem, że będzie źle.

 - Często ci się to zdarza? - zapytał w końcu po chwili ciszy.

 - C-częściej gdy ni-nie biorę leków... - szepnąłem, dalej patrząc na ogródek.

 - A dawno, no ten tego? - Walter kucnął przy mnie.

Spojrzałem na niego załzawionymi oczami.

Jeszcze się pytasz!? - pomyślałem ze zgrozą.

 - Od rozstania z Sidem ani razu... - prychnąłem.

 - Nie o to pytam kretynie – przewrócił oczami staruszek - Jak dawno sobie zwaliłeś, bo to mnie medycznie interesuje.

 - A, no to... no...

 - Więcej niż miesiąc? - uniósł jedną z krzaczastych brwi.

 - A co to ma do rzeczy?

 - Debilu, organizm się upomina o swoje i zwidują ci się osoby, z którymi ostatni miałeś bliższy kontakt. Andy pół wieczoru siedział ci na kolanach, dodajmy nieco alkoholu, adrenaliny po Killer'ze i proszę.

 - Ale, ale ja, ja mogłem...

 - Nic nie mogłeś. Zamknąłem cię na zasuwkę od zewnątrz – zamilkłem – Czy ty na prawdę myślisz, że gdybym ci nie ufał pozwolił bym ci spać w moim domu wiedząc, że są tu też moi bliscy?

 - Zamknąłeś mnie  - przypomniałem mu, wycierając łzy.

 - Wierzyć można, sprawdzać trzeba, a teraz zbieraj się z tych kafli, bo jeszcze wilka dostaniesz i wracaj do łóżka.

 - A pościel?

 - W szafie z najdziesz świeżą.

 - Ale przecież mogłem wejść oknem!

 - Zapraszam, mam kuloodporne szyby – zarechotał staruszek, puszczając w moją stronę kilka kółek z dymu.

Panie, jeśli istniejesz, dzięki Ci za tego lekarza.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31