cz.17
March 3
Po
wydarzeniach jakie miały miejsce na dachu, Oliver w końcu zdecydował się na
mały remont, skutkiem czego teraz po szkole kręci się masa podejrzanych typów w
kaskach na głowie. Z tego co się orientuję to chyba Rosjanie, bo prawie nic po
angielsku nie rozumieją za to ćwierkają w języku podobnym do naszego
konserwatora.
Spieszyłem
się na swoją lekcję składając po drodze mokre ciuchy gdyż na zewnątrz właśnie
zaczęło padać, a dodatkowo zostałem ochlapany przez tą mendę Terry'ego i jego
zafajdany czarny opel.
W
biegu zmieniłem ubrudzone błotem adidasy na suche trampki i wpadłem do kantorka
by zostawić rzeczy.
- Hej, Kate – rzuciłem w zasłoniętą kotarkę
przebieralni, po czym migiem ruszyłem po dziennik.
Na
korytarzu przed salą taneczną czekała już żeńska część ósmej C. Wpuściłem je do
klasy i sprawdziłem listę. Przydzieliłem jakieś ćwiczenia z fitnessu i siadłem
sobie za biurkiem by na spokojnie przepisać oceny z mojego notatnika.
Tymczasem
z góry dało się słyszeć jakieś krzyki. Coś w stylu:
- Черт с вами Ваня!
- О, раны! Но он выстрелил!
Może
któryś się potknął czy coś zgubił – pomyślałem wracając do okienek w tabelce.
W
reszcie zadzwonił dzwonek i mogłem wrócić do kantorka gdzie dalej urzędowała
Kate, bawiąc się telefonem.
- Ej, Pedro.
- Słucham? - zerknąłem na nią, składając
rzeczy na półeczce.
- Przyszedł termin tego turnieju piłki nożnej
co ci mówiłam.
- No i? Kiedy to?
- Dwudziestego siódmego z nocowaniem i rannym
treningiem.
- Dojazd własny czy autokar?
- Autoka...
- Panie Delashit! Ktoś nam ukradł ubrania! -
do kantorka wpadła jedna z uczennic.
- Jak to ukradł? - zdziwiłem się.
- No... pan sam zobaczy! - po tych słowach
wyleciała na korytarz gdzie stały jej na wpół ubrane koleżanki.
Może
gdybym był hetero to by mi się to podobało ale w tamtej chwili raczej mnie
śmieszył widok dziewczyn w koronkowych staniczkach z przepoconymi koszulkami w
dłoniach i ustach w podkówkę.
Zajrzałem
do szatni. W istocie wewnątrz nie było nawet skarpetki.
What
the fuck? - pomyślałem rozglądając się po pomieszczeniu.
Wyszedłem
z przebieralni nieco skonsternowany zastanawiając się co powiedzieć
dziewczynom. Nagle z toalety na końcu korytarza wyszło dwóch lekko
przygarbionych panów w kaskach niosąc masę mokrych ubrań.
Na
ich widok dziewczyny zapiszczały jak by mysz zobaczyły, po czym schroniły się w
szatni.
- Och, Sorry – zaczął łamanym angielskim ten
wyższy - My myśleli, że wy dłużnej ćwiczyć będziecie.
- Wybacz kierowniku, rura nam poszła przy
robocie i musieliśmy jakoś... no ten... - Rosjanin spojrzał na swojego kolegę.
- Zatrzymać wodę. Wieeeele wody – rozłożył
szeroko ręce.
- Ale nie martw się, zaraz to zabierzemy i nie
będzie wody jak tylko Wania ze sprzętem przyjdzie.
- Jakim sprzętem? - wytrzeszczyłem oczy na obu
budowlańców.
- Приятели у меня огонь! - zawołał trzeci z
nich, niosąc miotacz ognia.
***
Dobra,
rozumiem, że u nich w kraju wszystko jest wspólne ale tu w USA istnieje coś
takiego jak własność prywatna – pomyślałem, kończąc wydawać dziewczynkom ich
ciuchy, a raczej to co z nich zostało bowiem cześć z nich trochę zmieniła
wymiary po tak kompleksowym suszeniu jakie zafundowali im rosyjscy
budowniczowie.
Westchnąłem
i poszedłem do stołówki. Miałem wolną godzinę więc teoretycznie mogłem coś
zjeść.
Zszedłem
na dół.
- Tak, tak zajmę się nim. No już... przecież
go nie zgubię! - gdzieś w tłumie mignął mi chemik.
Minąłem
pokój nauczycielski i ruszyłem głównym korytarzem unikając po drodze zderzenia
z zapatrzonymi w telefony pierwszakami.
Okropność,
jak te dzieci w ogóle żyją? – pomyślałem, widząc stadko grubasków jarających
się schwytanym na przerwie pokemonem – może jestem nietolerancyjny ale do tych
klusek bym się nawet nie zbliżał. Małe piranie, mogłyby mnie obeżreć do kości –
uśmiechnąłem się pod nosem i skręciłem do stołówki.
Właśnie
wybierałem sobie lunch gdy usłyszałem czyiś wdzięczny głos. Zerknąłem na salę i
dostrzegłem Daniela gaworzącego sobie w najlepsze z Jessicą.
Zgrzytnąłem
zębami i wróciłem wzrokiem do lady.
- Coś jeszcze? - spytała sprzedawczyni.
- Nie, to tyle – zapłaciłem za kanapkę z serem
i szynką, po czym postanowiłem wrócić na górę.
Uratowałem
go dla niej... zabawne – pomyślałem, zabierając swój zakup.
Szedłem
głównym korytarzem kiedy nagle ze schodów wyszedł na mnie ogromniasty
niedźwiedź prowadzony przez Pointer za ucho.
- Rany Boskie! – uskoczyłem biolożce z drogi -
Grizzly?
- Nie, strielali – zarechotała Irene,
zmuszając miśka do skrętu w inny korytarz.
- Что он сказал? - zaćwierkał drapieżnik, nagle
zdejmując sobie głowę.
- Hичего. Это еще нет здесь – mruknęła Irene,
ponownie naciągając facetowi niedźwiedzią skórę na łeb i prowadząc w stronę
pokoju dyrektora.
***
Poszedłem na dyżur. Na szczęście nie miałem na głównym
korytarzu ale w sekcji dla młodszych roczników.
Przechadzałem się w tę i na zad obserwując jak dzieciaki się drą, piszczą i
śmieją.
Nic
specjalnego – pomyślałem odpalając sobie jakiś artykuł o nowych poczynaniach
naszego drogiego prezydenta – Ciekawe gdzie znów trzeba będzie zaprowadzić
demokrację – uśmiechnąłem się złośliwie zagłębiając się w tekst tak mocno, ze
nawet nie zauważyłem kiedy przerwa dobiegła końca. Kiedy korytarz opustoszał
ocknąłem się z letargu i postanowiłem wrócić do kantorka.
Nagle
w jednej z klas usłyszałem tak głośne wrzaski jakby się trzecia światowa
zaczęła. Momentalnie wparowałem do sali i wyprowadziłem najgłośniej drącego ryj
wyrostka, po czym bez zbędnego tłumaczenia postawiłem w kącie.
- Ale ja jestem nauczycielem.
- Tak tak jasne, a ja złotą rybką – warknąłem
– poczekasz przed salą.
Po
chwili z klasy wychyliło się parę zaniepokojonych główek.
- Przepraszam czy możemy iść do domu? - spytał
najodważniejszy z chłopców.
- A to niby z jakiej racji? - zdziwiłem się.
- No bo...
skoro nasz nowy pan od matematyki stoi w kącie, to chyba lekcji nie będzie,
prawda?
Ups...
***
Odebrałem
od Sophy pełną listę uczniów jadących ze mną na turniej, po czym z racji
zakończenia zajęć na dziś udałem się do auta, rozważając wizytę w markecie.
- Jajka się kończą i przydałoby się parówki
kupić, może jakiś dżem i ser na kanapki – myślałem wybierając trasę do
najbliższego sklepu – dobrze by było trafić też jakieś drobne bo piwo, keczup i
musztarda mi dwa dni temu wyszły. O rany! I żwirek Toemu! - momentalnie
stanąłem na parkingu.
Wziąłem
stojący przed marketem wózek i ruszyłem w półki.
Nie
wiem czy inni tez tak maja ale gdy wchodzę do sklepu na większe zakupy to czas jakoś
tak szybciej płynie na wybieraniu tych wszystkich towarów oglądaniu wystaw i
podśpiewywaniu się z niezapieprzających w miniówkach na mrożonkach hostess.
Właśnie
wpakowałem sobie do koszyka spory karton soku jabłkowego gdy usłyszałem rozmowę
dwojga staruszków.
- Patrz kochanie, woda podrożała – zauważyła
babuleńka, wsadzając do wózka dwie półlitrowe butelki.
- No, w reszcie i abstynentom się do dupy
dobrali – zarechotał dziadek, pchając wózek gdzieś w słodycze.
Intrygujące
– pomyślałem kierując się na artykuły zwierzęce przez dział z zabawkami – może
coś fajnego tu znajdę – ukradkiem oblizując spierzchnięte wargi – chyba
powinienem sobie jakąś pomadkę kupić – myślałem, rozglądając się po
najróżniejszych wystawionych na półkach gadżetach.
Oczywiście
nie byłem tu sam. W koło kręciło się kilkoro dzieci piszcząc i wskazując na
poszczególne pudełka. Jeden chłopiec o rudej czuprynie i morskich oczach
skakał, próbując dosięgnąć jakiegoś zestawu blaszanych autek.
Ciekawe
co byłbyś w stanie zrobić w zamian za te samochodziki? - uśmiechnąłem się do
swoich zboczonych myśli, odjeżdżając powoli.
Nagle
poczułem czyjeś drobne rączki na swoim pośladku. Odwróciłem się gwałtownie.
- Pseplasam! Mógł by mi pan pomóc?
Jakaś
wróżka ze mnie?
- A w czym? - zerknąłem na niego z
zaciekawieniem.
- Bo ja ciem auto.
- Które? - uśmiechnąłem się lekko złośliwie.
- No te! - podbiegł do półki i znów zaczął
skakać.
Zostawiłem
wózek i ruszyłem za nim.
- Na pewno ten zestaw? - spojrzałem na cenę i
aż mnie zatkało.
- Tak! – rudzielec zapiszczał z uciechy.
- Ok – wzruszyłem ramionami i podałem mu pudło
– to pa młody – rzuciłem wracając do swoich zakupów.
- Dziękuję! - zawołał niebieskooki wpakowując
przedmiot do swojego wózeczka i odjeżdżając.
Pewnie
poleciał do rodziny – przemknęło mi przez myśl, gdy wkraczałem w następną
alejkę – zaraz, jaki to żwirek zwykle kupuję?
Zacząłem
szukać odpowiedniej torby, przy okazji dopakowując kilka puszek w tym trzy dla
psów spodziewając się kolejnych wizyt Pucusia.
Kończąc
zakupy, postanowiłem kupić sobie jeszcze ze dwie tabliczki mlecznej Milki toteż
zajechałem do działu ze słodyczami i rozpocząłem poszukiwania.
Żeby
było śmieszniej znów spotkałem tego rudowłosego małolata. Ile on mógł mieć?
Siedem? Osiem latek?
Tym
razem jednak prócz zestawu aut, w wózku leżało jeszcze mnóstwo paczek czipsów,
ze dwie butle Coca-coli i maślane
ciastka.
No
cóż, co kto lubi – pomyślałem sięgając po ostatnią, promocyjną tabliczkę mojej
ulubionej czekolady.
- Drodzy klienci za dziesięć minut zamykamy sklep,
uprzejmie zapraszamy więc do kas – ozwał się metaliczny zgrzyt z głośników.
Nareszcie
wszystko mam – pomyślałem z zadowoleniem, płacąc kartą.
Zabrałem wózek i opuściłem market. Na dworze było już prawie
całkiem ciemno kiedy otworzyłem auto i zacząłem
pakować zakupy. W pierwszej kolejności miotnąłem na tylne siedzenie czekoladę z
jajkami, natomiast resztę rzeczy poukładałem w bagażniku.
Kiedy
wózek był pusty poszedłem by go odprowadzić, po czym odpaliłem silnik i
ruszyłem do domu. W połowie drogi włączyłem radio, z którego na cały samochód
poleciał: Highway to hell.
W
tak przyjemnej atmosferze nagle usłyszałem szelest na tylnym siedzeniu, a potem
słowa, które mnie zmroziły.
- Wujku weś ścisz...
Odwróciłem
się gwałtownie. No cóż zapewne moja mina była równie bezcenna co tego rudego
dzieciaka, któremu z wrażenia aż czekolada wyleciała z rąk.
- Gdzie wujek? I kim pan je..
W
tym momencie usłyszałem głośne trąbnięcie. Migiem wróciłem na swój pas.
Przejechałem jeszcze kilka metrów, po czym skręciłem w jakąś boczną uliczkę i
tam się dopiero zatrzymałem.
- Co ty robisz w moim aucie?
- Nie, co pan robi w aucie wujka?
- Nie, spokojnie. To jest moje auto, pytanie
brzmi czemu do niego wsiadłeś?
- Ale jak pana? Przecież tylko wujek oplem
jeździ.
- Dziecko, pół ameryki jeździ oplem.
- Oooo... To gdzie się oni wszyscy mieszczą? -
młody zaczął się rozglądać.
- Zaraz zawrócimy i cię oddamy – westchnąłem,
wyjeżdżając znów na drogę.
Dziecko
wlazło pedofilowi do auta – no, tego jeszcze nie grali – pomyślałem, zerkając
na młodego przez lusterko – w sumie nie wygląda nawet tak źle, lekko piegowaty
ale tego nawet po nocy tak bardzo nie widać. Mógł bym przymknąć na to oko –
oblizałem suche wargi.
- Podać panu czekoladę?
- C-co? Nie, na razie nie... Ale ty też mi nie
wyjadaj! - warknąłem – obiad zjadałeś?
- Nie...
- To tym bardziej!
W
końcu zajechałem na opustoszały parking marketu.
- Widzisz go gdzieś?
Dzieciak
pokręcił głową, rozglądając się po okolicy.
- A jego auto?
- Tez nie...
- A pamiętasz numer do wujka albo mamy?
- Do taty.
- Super, no to podaj.
- Sześćset piętnaście, dwieście jedenaście,
sto osiem
wykręciłem
numer.
- Nie ma takiego numeru – burknął głos w
słuchawce.
- Co do cholery? - sprawdziłem numer – ten
numer na pewno działa?
- Jak tata żył to działał – wzruszył ramionami
rudzielec.
- Fajnie... - westchnąłem, patrząc przez
szybę.
- To co teraz, bo głodny jestem?
Przecież
go nie zostawię na ulicy, jeszcze ktoś mu krzywdę zrobi. Ale w domu istnieje
prawdopodobieństwo, że ja mu zrobię. Kurna, patowa sprawa – zgrzytnąłem zębami.
- Jak się nazywasz?
- Fisher Nataniel, ale mam mówi do mnie Natan.
Jego
nazwisko tez mi nic nie mówi.
- Masz tu gdzieś w okolicy dom? Pamiętasz
adres?
- Nie, przyjechałem tu aż z San-Francisco.
Kawał
drogi. Może go na policję odwiozę? Ale co oni tam z nim zrobią? Cele mu do
spania udostępnią? Nie, lepiej zgłoszę, że go znalazłem, ale jutro
- Głodny jestem... - rudzielec znów zaczął
marudzić.
- Słyszałem... Dobra, zrobimy tak: zajedziemy
do mnie. Zaniosę zakupy, coś zjesz i pomyślimy co dalej, ok?
- Ok – ucieszył się młodzik.
- Ale zostaw czekoladę.
- Ale...
- W tej chwili, ja wszystko widzę.
- No dobrze... – młody przewrócił oczami.
***
Zajechałem
przed dom, postawiłem samochód i zająłem się ogarnianiem zakupów.
- Młody.
- Natanael - poprawił mnie niebieskooki.
- Dobra, Natan, weź jajka i czekoladę.
- A muszę...
- A chcesz tu zostać by cie jakiś potwór
porwał?
- Nie! - pisnął i złapał się za rzeczy.
Żebyś
wiedział chłopcze z kim do domu idziesz bo byś jeszcze głośniej piszczał -
uśmiechnąłem się, otwierając.
- Zapraszam - przytrzymalem mu drzwi.
Niebawem
znaleźliśmy się w moim mieszkaniu.
- Ładny dom, tylko mały - stwierdził
rudzielec, odstawiając zakupy.
- Zdejmij buty – westchnąłem, zanosząc torby do
kuchni - i drzwi zamknij!
- Już już, a w ogóle jak się pan nazywa?
- Pedro, co chcesz jeść? - spytałem,
zabierając do kuchni przyniesione przez chłopaka artykuły.
- Czekoladę.
- Na obiad. Mogę zrobić spaghetti, albo
kotlety schabowe z ziemniakami i surówką
- Wolę spaghetti.
- Dobra, w takim razie obiad za pół godziny.
- Mogę włączyć sobie telewizję?
- Ta, chyba na ósemce powinny być kreskówki.
Tymczasem
do kuchni wparował Teo obwieszczając, że jest głodny.
- Misiek, moment, tylko wstawię wodę - westchnąłem
głaszcząc kocura po karku.
Za
chwile w drzwiach stanął Natan.
- Przepraszam, gdzie
jest toaleta?
- Na końcu korytarza w lewo.
- Ok - chłopczyk potuptał do kibelka, a ja
westchnąłem.
- Widzisz kiciu jakie to życie niesprawiedliwe.
Mam bezpańskie dziecko w domu, a za mało odwagi by się zabawić
Kocur
miauknął żałośnie, po czym chyba na pocieszenie otarł się o moje łydki.
- Dobra, dobra, wiem o co ci spryciarzu chodzi
- wyjąłem puszkę i nałożyłem mu kolację - smacznego.
Tymczasem
wyjąłem pomidory, mięso kluchy i parę przypraw. Estragon, czosnek niedźwiedzi,
czosnek proszkowany, pieprz, sól i jeszcze kilka innych. Wylałem pomidory na
patelnię podsmażyłem mięso, zalałem kluchy wrzątkiem i zająłem się walką z
cebulą.
Na
prawdę nienawidzę tej czynności, ale plusem tego wszystkiego było, że nie
myślałem o siedzącym za ścianą maluchu. Ładnym maluchu, ze ślicznymi,
niebieskimi oczkami, miękkimi ustami i jędrnym... FUCK! - zaciąłem się w palec
- super - zlizałem krew i wróciłem do pracy - no i cie pokarało widzisz -
zgrzytnąłem zębami, zsypując posiekaną cebulkę na rozgrzaną patelnię.
Niedługo
potem posiłek był gotowy. Zawołałem chłopczyka do stołu, podłożyłem pod tyłek
dwie poduszki i podsunąłem herbatę.
- Nie słodź tyle, bo ci się zrobi niedobrze.
- Oj tam, oj tam – dzieciak wpakował sobie
czwartą łyżeczkę cukru.
- Starczy – zabrałem mu cukierniczkę
Siedmiolatek
westchnął i zajął się w końcu jedzeniem. Jadł jak fleja brudząc sosem siebie i
wszystko dookoła. Jedyna pozytywną rzeczą było to jak oblizywał widelczyk. Tak
powoooli -q-
- Panie Pedrooo?
- Hm? - starłem cieknącą ślinkę.
- Bo jest taka sprawa, że... ja bez Niusi nie
zasnę.
- Co za Niusia?
- Moja papużka!
- Wiesz co, zadzwonię do kolegi, może on
będzie coś miał – skończyłem jeść i zabrałem talerz do kuchni.
A
gdyby tak przekręcić do Waltera? Ma dostęp do medycznej bazy danych, a nóż
znajdzie mu jakiegoś krewnego? Może też i go przenocuje! - migiem sięgnąłem po
telefon i wykręciłem do doktorka.
- O co chodzi? Porwanie, gwałt, morderstwo? -
ziewnął Hill.
- Pierwsze tak, drugie możliwe, trzeciego
wolał bym uniknąć.
- No nie gadaj, że jakiegoś małolata porwałeś.
- Em...
- Widzę, że się mój pedofil rozwija –
zarechotał staruszek – no to słucham, czego ci potrzeba? Pavulon, głupi jaś...
- Nocleg.
- Słucham?
- Sprawa jest taka, że jakiś dzieciak wlazł mi
do auta co odkryłem dopiero, w połowie jazdy zawróciłem pod market ale tam nie
było jego rodziny i...
- Pedro, do brzegu.
- Przenocuj go, a ja rano odwiozę chłopaka na
posterunek.
- Mech...
- No weź, błagam – jęknąłem.
- Dobra, ale obiecaj, że przyjdziesz na
przedstawienie Tiny.
- Że co?
- Wyjaśnię ci później, po prostu obiecaj.
- Dobra.
- W takim razie czekam. Ale z samego rana go
zabierasz bo jadę do przychodni.
- Oczywiście!
***
Po
długich wyjaśnieniach kim jest dziadek Walter mały dzięki Bogu usnął i miałem
przez jakiś czas święty spokój z jego marudzeniem o Niusi.
Na
dworze było już całkiem ciemno, a mi przez głowę przelatywało mnóstwo
scenariuszy, które mogłyby się wydarzyć gdybym nie był przyzwoitym pedofilem.
Kurde,
to źle brzmi.
Inaczej
- gdybym był pozbawionym zasad potworem. Gdyby nie mój strach mógłbym się z nim
zabawić jeszcze w czasie drogi do domu, potem w domu i tak jakiś czas...
cholera, musiałbym piwnice wysprzątać – skrzywiłem się – do tego czasu zdążyłby
dorosnąć.
Z
resztą nieważne – pomyślałem parkując pod domem Hill'a.
Przy
bramie zakutany w kurtkę stał gospodarz.
- Naprawdę nie miałeś w co się wpakować –
pokręcił głową okularnik, pomagając mi wynieść chłopaka z samochodu.
- Cicho, to był strasznie ciężki dzień.
- A musiałeś osiem godzin asystować przy
wymianie wątroby? - staruszek podniósł lewą brew.
- Chyba swojej – Walter spiorunował mnie
wzrokiem – Dobra, wygrałeś – westchnąłem, zanosząc powoli budzącego się
dzieciaka do pokoju na piętrze.
Kiedy
wróciłem na dół Hill zdołał już odpalić komputer.
- To słucham jak się nazywa ten mały?
- Fisher Nataniel...
Okularnik
przeleciał palcami po klawiszach.
- Nic, a nic. Nikogo z takim nazwiskiem nie
gościłem na sali operacyjnej.
- Czyli co?
- Jutro pojadę do siebie i sprawdzę w
krajowej.
- Młody mówił, że jest z San Francisco.
- To na pewno pomoże – kiwnął głową siwowłosy.
- Niusiaaaa – z góry ozwał się płacz.
- Wisisz mi przysługę – warknął lekarz,
widząc, że kieruję się do drzwi.

Komentarze
Prześlij komentarz