cz.20
March 26/27
Jutro
wielki turniej, muszę spakować rzeczy na wieczór no i może jakieś dodatkowe
pieniądze na ewentualny wypad do Maka. Taki pocieszeniowy albo wręcz przeciwnie
w razie wygranej.
Do
torby wrzuciłem piżamę, szczoteczkę do zębów, jakieś mydło z ręcznikiem, świeże
gacie i....kota?
- Teo, wyłaź z torby nicponiu – mruknąłem,
łapiąc futrzaka za skórę na karku.
Ten
coś pisnął ale się nie wyrywał.
- Zaraz mi wszystko ukłaczysz – westchnąłem,
sadzając go na łóżku i wracając do pakowania.
Czarnuch
coś miauknął, a potem się przeciągnął i wskoczył do szafy.
Ja
tymczasem poszedłem jeszcze do kuchni po drugie śniadanie, które włożyłem do
bocznej kieszeni. Dwie kanapki z serem i szynką oraz jedna z czekoladą –
pyszotka ^^
W
tym momencie usłyszałem szelest i sierściach wyskoczył z szafy trzymając w
pyszczku jakąś siatkę.
- Ej, zostaw to! - zawołałem, łapiąc za folię
i ciągnąc w swoja stronę.
Jednak
zwierzak był nieustępliwy i chyba czerpał z tego jakiś rodzaj satysfakcji, bo
nie puszczał.
- Teo! - wyrwałem mu w końcu siatkę z której
wypadły gumki - Serio kocie? Na cholerę mi to. Jadę na turniej z dziećmi, a nie
do gej baru – westchnąłem, pakując je z powrotem do reklamówki.
Zerknąłem
na zegarek od Daniela.
- Trochę już późnawo – skrzywiłem się,
dopinając bagaż – bądź grzeczny Teo, za parę godzin wpadnie pani Thomson i ci
da obiad – pogłaskałem zwierzaka po głowie i ruszyłem do drzwi, przy okazji
zgarniając zapasowe klucze.
Wyszedłem
i ruszyłem w kierunku parkingu mijając kilka wielkich maszyn budowlanych
stojących na pobliskim trawniku.
- Co oni wyprawiają? - zdziwiłem się, unikając
zderzenia z wielką koparką – No nic, nie ważne – wsiadłem w samochód i ruszyłem
pod szkołę gdzie już czekał autokar, jednak jeszcze nie było dzieciaków.
Przywitałem
się z przewoźnikiem panem Swenson'em i poleciałem do Sophy po listę
uczestników.
- To na pewno wszyscy? - spytałem, czytając
kartkę.
- Na pewno, tylko zbierz koniecznie zgody na
samodzielny powrót.
- Tak wiem...
- W takim razie powodzenia, trzymam za nich
kciuki! - zawołała na pożegnanie sekretarka.
Schodziłem
po schodach gdy zauważyłem Daniela oraz jego pannę jak się na pożegnanie
całują.
Zgrzytnąłem
zębami ale nie dałem po sobie poznać, że cokolwiek widziałem w przeciwieństwie
do Noah'a, który wyraźnie się skrzywił, a nawet chyba zaklął.
Tak
czy inaczej musieliśmy poczekać jeszcze na resztę drużyny, której jak widać nie
bardzo się spieszyło.
Jednak
w końcu grubo piętnaście minut po czasie byliśmy gotowi do wyjazdu.
Chłopcy
usiedli parami wszyscy poza Noah'em, który jak tylko ruszyliśmy zaczął omawiać
strategię gry.
Trochę
tego słuchałem ale bez szczególnego zainteresowania.
- Co panie Delashit, zawody? - zagadnął
brodacz o jajowatej twarzy i znacznej nadwadze.
- Ano, zawody... - westchnąłem.
- A gdzie czirliderki? Za drogie się okazały?
- zachichotał, wyjeżdżając na jedną z głównych ulic miasta.
- A ja wiem – wzruszyłem ramionami – może jak
teraz remont wszędzie...
- No racja, wczoraj mi autokar cementem
ubrudzili, ledwie do myjni zdążyłem – westchnął kierowca zapalając radio.
- Żeby to się tylko nie powtórzyło –
westchnąłem, oczyma wyobraźni widząc swoje auto jako jedną, wielką, betonową
kostkę z wystającymi resztkami karoserii.
- Jeśli ci budowlańcy potrafią być chodź przez
pięć minutek trzeźwi to może się nie powtórz...
- Słuchasz ty mnie kurwa!? - usłyszałem Noah'a
- Ciszej tam i bez przekleństw! – ofuknąłem
chłopaka – a jak wam źle to proszę się rozsiąść!
- Ale ten kretyn mnie w ogóle nie słucha! -
wrzeszczał Proudson.
- Bez wyzywania albo zaraz usiądziesz ze mną –
warknąłem na blondyna.
Ten
wyraźnie się skrzywił patrząc na siedzącego obok Daniela bruneta.
- Spokojnie Ralph – Stern puścił koledze oczko
i poczęstował rodzynkami w czekoladzie.
- Ślini się pan jak mój pies – stwierdził
kierowca, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Co? Um... - wytarłem brodę – to przez te
rodzynki – skłamałem.
- Rozumiem moja teściowa tez je lubi. A w
ogóle wie pan czym się różni radio od teściowej?
- Nie mam pojęcia.
- Radio można wyłączyć – zaśmiał się facet,
przyspieszając.
***
Turniej
jak się okazało odbywał się na jakimś odludziu gdzie psy dupami szczekają, a
wrony mają pętle.
Tak
czy inaczej nasz hotel znajdował się w pobliżu obiektu sportowego i mimo
nędznego wyglądu był nadzwyczaj duży.
Kazałem
chłopakom zabrać rzeczy i wspólnie ruszyliśmy w stronę budynku.
Oczywiście
Noah szedł na czele co jakiś czas rzucając gniewne spojrzenia w kierunku,
rozmawiającego z Ralphem, Daniela.
Coś
czuje, że to nie będzie łatwy turniej – pomyślałem witając się z recepcjonistką
i odbierając klucze od pokoi.
Chłopaków
było razem dwunastu. Czyli jeden rezerwowy co pozwalało na grupowanie nastolatków
po czterech w jednym pokoju. Ja natomiast dostałem osobne lokum razem z
przewoźnikiem z czego właściwie się cieszyłem.
Apartament
był podzielony na dwa pokoiki ze wspólnym korytarzykiem i łazienką co
zapewniało nam obu prywatność.
Ach,
żeby jeszcze hotel prócz dachu nad głową zapewniał dostęp do ciepłej wody przed
dwudziestą byłoby idealnie – pomyślałem, myjąc ręce – no cóż przynajmniej na
łeb nie kapie – pomyślałem zabierając torbę do siebie i powoli szykując się do
snu – mam tylko nadzieję, że chłopaki się nie pozagryzają na boisku –
odetchnąłem i wyjąłem kanapki.
- Panie Delashit, możemy iść do sklepu? -
usłyszałem zgrzytnięcie drzwi.
- W sumie czemu nie, bądźcie za pięć minut pod
recepcją to się przejdziemy.
- To ja idę spać – ziewnął kierowca znikając w
łazience.
- W porządku – zabrałem swój klucz i
sprawdziłem ile mam gotówki – powinno wystarczyć – uśmiechnąłem się.
Niebawem
zszedłem na dół gdzie zastałem Daniela, Ralpha oraz kilku innych chłopaków
wesoło gawędzących o jakiejś grze.
- No to co idziemy do sklepiku? - spytałem
stając między nimi.
- Tak! - zawołali chórem – A gdzie Noah i
reszta? - spytałem Daniela, gdy szliśmy wąskim korytarzem.
- Uznali, że nic nie chcą i wolą zostać –
wzruszył ramionami szatyn.
- Rozumiem – mruknąłem uważnie lustrując
idącego obok mnie nastolatka.
Może
to tylko moje złudzenie ale miałem wrażenie, że odrobinę kuleje.
Trochę
jak ja po wypadku – przemknęło mi przez myśl ale zaraz doszedłem do wniosku, że
równie dobrze może to być spowodowane stresem albo na przykład niewygodnymi
butami i odpuściłem sobie pytanie na ten temat.
Opuściliśmy
hotel i udaliśmy się w kierunku spożywczaka. Sklepik znajdował się jakieś
półtora kilometra od zajazdu i oferował wszystko czego zwykły śmiertelnik
mógłby chcieć czyli między innymi czekoladę mleczną z nadzieniem truskawkowym,
czipsy fromage, a nawet limonkową Coca-Colę. Robiąc zakupy zdarzyło mi się raz
czy dwa zerknąć na wybrane przez szatyna produkty, leżące na pasie
transportowym w pobliżu kasy.
Lubimy
ten sam rodzaj czekolady - uśmiechnąłem się mimowolnie i ruszyłem w kierunku
lady, przechodząc pod drabiną wybierającego soki Ralpha.
- Wie pan, że to przynosi pecha? - spytał
Daniel, gdy wyłożyłem swój towar.
- Zwykłe przesąd... - w tym momencie
usłyszałem głośny wrzask, a potem spadł na mnie Ralph z sokiem w rękach.
- Uff...Na szczęście sok się nie rozbił! -
uśmiechnął się zielonooki.
- Super Ralph... super...
***
Następnego
dnia z rana chłopaki mieli dostać najpierw śniadanie, a około godziny
dziewiątej trening.
Koło
siódmej musiałem się więc zwlec z miękkiego łóżka i iść na dół do stołówki ich
pilnować, miałem bowiem jakieś dziwne wrażenie, że może się coś stać.
Przebrałem
się, ogoliłem i wyszedłem z pokoju zostawiając Swenson'a samego.
Na
korytarzu minąłem jakąś pokojówkę.
- Przepraszam, gdzie znajdę kantynę? -
spytałem uprzejmie.
- A pan kto?
- Opiekun drużyny - musiałem sobie szybko przypomnieć jaką
nazwę wybrała im Kate - „Proud lions”.
- Lions?... na dole od recepcji w prawo i
schodkami w dół – stwierdziła dziewczyna, poprawiając kusą spódniczkę w białe
groszki.
- Dziękuję – posłałem jej wdzięczny uśmiech i
ruszyłem we wskazanym kierunku.
- Nie! Absolutnie się na to nie zgodzę, co ty
sobie myśli!? To ja jestem kapitanem! - usłyszałem wrzask Noah'a.
- Oho kłótnia, i to już od rana... -
westchnąłem, wkraczając do stołówki ze szwedzkim stołem – chłopcy o grze to
może na treningu, a na razie coś zjedzcie – powiedziałem stając między nimi.
Proudson
coś burknął ale grzecznie zajął się posiłkiem podobnie reszta drużyny.
Zadowolony
z uzyskanego efektu wziąłem sobie talerz i poszedłem nałożyć jajecznicy oraz
jeszcze cieplutkich tostów.
Właśnie
deliberowałem nad tym czy nalać sobie kawy czy może jednak kakao gdy znów
dobiegły mnie wrzaski.
- Zamknij się Ralph! Nie, zostajemy w starym
ustawieniu!
Nalałem
kawy i poszedłem do ich stołu.
- Chłopcy, bo będę zmuszony was ukarać, a nie
mam na to najmniejszej ochoty – powiedziałem siadając na wolnym miejscu między
kapitanem drużyny, a Stern'em.
Reszta
śniadania przebiegła we względnej ciszy.
Po
posiłku i odniesieniu naczyń nastolatkowie dostali ode mnie nieco czasu wolnego
na ustalenie strategii oraz odpoczynek.
- Co na śniadanie? - spytał Stevenson, kiedy
mijałem go przy portierni.
- Szwedzki stół, ale nie polecam kawy.
Smakowała jak stare skarpety.
Brodacz
kiwnął głową, po czym ruszył dalej przed siebie, a ja na recepcję aby zgłosić
zażalenie. Niestety była kolejka.
Usiadłem
więc przy portierni na fotelu i odpaliłem internet. Włączyłem sobie swój ulubiony
serwis informacyjny i zająłem się czytaniem.
Byłem
w połowie artykułu o jakiejś powodzi w środkowej europie gdy wyświetliło mi się
powiadomienie o otrzymaniu wiadomości.
Dr. Hill
Pojutrze wyjeżdżam na 2 tygodnie na konferencję do Francji.
Wpadnij juro koło 19 po recepty.
Ja
Dobrze,
dziękuję.
Kochany
Walter, co ja bym bez niego zrobił – pomyślałem wysyłając mu odpowiedź, a
tymczasem do recepcji podszedł jakiś gość w piżamie i zaczął dzwonić dzwonkiem.
- Tak, tak, słucham? - zza lady wychylił się portier.
- Zasłałem łóżko – stwierdził jegomość.
- Em, no to w porządku – odparł lekko
zdziwiony recepcjonista.
- Nie bałdzo...
Czym
prędzej opuściłem portiernię nie chcąc znać dalszego ciągu konwersacji.
***
Zajechaliśmy
przed stadion gdzie miał się odbyć trening dla chłopaków. Na dworze nieco wiało
więc kazałem im pozakładać bluzy, a następnie zarządziłem rozgrzewkę i usiadłem
sobie na krzesełku dla sędziów skąd miałem idealny widok na całe boisko.
Daniel
świetnie wygląda w niebieskich spodenkach – pomyślałem gdy robili przysiady –
Ale to za pewne zasługa nie tylko samego odzienia ale również ciała na jakim
się ono znajdowało.
Westchnąłem
z zachwytu gdy Proudson zarządził przysiady.
Szkoda,
że nie mogę mu zrobić zdjęcia – przebiegło mi przez myśl, kiedy obserwowałem
dalszą części treningu prowadzoną już w parach.
Daniel
po mistrzowsku kiwał Noah'a.
- Chłopak ma na prawdę talent – szepnąłem z
uśmiechem, kiedy nagle wskazał na coś za blondynem, po czym korzystając z jego
dekoncentracji zabrał mu piłkę – Szelma.
Po
chwili Prosudson wkurzył się na tyle, że zarządził zmiany w parach. Tym razem
Daniel wylądował z Ralph'em, a Noah wziął sobie do pary jakiegoś
przypominającego żabę murzyna.
Widziałem
jak chłopcy świetnie się bawią raz po raz zabierając sobie piłki.
Czyli
Ralph to łamaga tylko poza boiskiem – pomyślałem z zadowoleniem obserwując
kolejną rotację.
Niestety
tym razem zielonooki dostał jako partnera kapitana drużyny.
Trembl
momentalnie stracił całą pewność siebie jaką prezentował przy ćwiczeniu z
Danielem i w jednej chwili stracił piłkę, której nie odzyskał już do końca
rozgrzewki.
Szkoda
chłopaka – pomyślałem – bo widać, że się biedaczek stara.
Dodatkowo
ciągle wygłaszane uwagi przez Proudson'a wcale nie pomagały, a wręcz pogarszały
sprawę.
- Temu chłopakowi przydałoby się czymś zatkać
usta – westchnąłem, obserwując jak ten znów drze japę na biednego Ralpha.
- Noah, mogę cię na moment prosić! - zawołałem
go do siebie.
Ten
coś warknął pod nosem ale grzecznie przyszedł.
- Możesz się jakoś mniej wulgarnie wyrażać
odnośnie umiejętności kolegów?
- Ale ci palanci zupełnie zapominają kto, na
której pozycji gra i...
- Ej, to nie gra o złote kalesony tylko zwykły
mały turniej, na dodatek pierwszy w sezonie. Zluzuj trochę, dobrze? - spytałem
nieco ostrzej.
- Tak panie Delashit – burknął – mogę iść?
Skinąłem
głową odprowadzając go wzrokiem.
Mam
nadzieję, że to chociaż troszkę pomoże, bo inaczej marnie to wszystko widzę
zwłaszcza jeśli nie wpuści Daniela na murawę - pomyślałem opatulając się
bardziej polarem.
- Dobra, a teraz zagramy sześciu na sześciu,
ty Gary i wy ze mną, reszta z Ralph'em – zadecydował biorąc piłkę w ręce.
Za
chwilę odgwizdał początek mini meczu i zaczęło się.
Tak
jak zwykle mało mnie ciekawią mecze piłkarskie, tak teraz śledziłem całość z
niemałym zainteresowaniem.
Wszystko
całkiem nieźle się zaczęło. Chłopki latali po całym boisku nawołując się
nawzajem.
Niestety
drużyna Daniela przegrywała bowiem Ralph'a paraliżował strach za każdym razem
gdy przychodziło mu do konfrontacji z kapitanem.
W
pewnym monecie Proudson znów znalazł się pod bramką Daniela.
- A teraz patrz i ucz się jak się strzela! -
zawołała do gnającego w jego kierunku Sterna.
Kopnięta
przez Noah'a piłka pod wpływem silnego podmuchu wiatru zboczyła ze swojego
kursu, walnęła w porzeczkę bramki, odbiła się i walnęła przemądrzalca w łeb
powalając go na ziemię.
Koledzy
blondyna rzucili się by go cucić, a tymczasem Daniel wykonał popisowy rajd do
bramki przeciwnika, kończąc mecz z wynikiem jeden jeden.
***
Na
szczęście obrażania Proudson'a nie były zbyt poważne i mógł grać, jednak przez
cały obiad boczył się na Stern'a zupełnie jakby to, że oberwał w głowę było
jego winą.
Do
jedzenia dostaliśmy mielone kotlety, buraczki i po porcji ziemniaków.
Chłopcy
nieco narzekali, że posiłek był niedosolony jednak mi to w żaden sposób nie
przeszkadzało.
Po
jedzeniu znów dałem im nieco wolnego mając szczerą nadzieję, że się w tym
czasie nie pozabijają.
Cóż,
nie mieli chyba nic lepszego do roboty jak gra w piłkarzyki. Znaczy Noah i
reszta nie mieli, bo Daniel gdzieś zniknął z telefonem. Ja zaś usiadłem sobie w
ich pobliżu i zająłem się robieniem pamiątkowych zdjęć aby Yang miał co do
szkolnej gazetki wsadzić.
Mecz
miał być koło szesnastej mieliśmy więc masę czasu na odpoczynek.
Po
zrobieniu chyba dwudziestu zdjęć i przeczytaniu pięciu artykułów, zaczęła
morzyć mnie senność.
Nie
wiem ile czasu spałem ale obudził mnie straszliwy wrzask i rwetes.
- On się dusi!
- Pomocy!
- Lekarza!
Gdy
otworzyłem oczy znaczyłem zgiętego w pół Trembl'a, z siną twarzą i
wybałuszonymi oczami.
Momentalnie
podbiegłem do chłopaka i złapałem go za brzuch.
- Wykrztuś to! - zawołałem używając na nim
chwytu heimlicha.
- No dajesz debilu, bo nas zdyskwalifikują! -
zawołał Noah, potrząsając kubkiem herbaty z obiadu.
W
tym momencie piłeczka od piłkarzyków wyleciała trafiając perfekcyjnym strzałem
w bramkę.
Żaby
tak strzelał nie tylko w hotelu – pomyślałem, podając trzęsącemu się biedakowi
wody.
***
Noah
podszedł do koszyka i wylosował karteczkę, na której widniał napis „Fire fox”.
- Ej, pierwszy mecz gramy z przeglądarką! -
zawołał blondyn.
Widziałem
jak naraz cała drużyna w czerwonych koszulkach się zjeżyła.
Napytasz
sobie biedy – pomyślałem, widząc jak sędzia wkracza na boisko.
Piłka
została rzucona, rozbrzmiał gwizdek i zaczął się turniej.
Siedziałem
obok Daniela w na miejscach dla rezerwowych i razem oglądaliśmy zmagania obu
drużyn.
Byłem
świadkiem jak Stern głośno kibicował Ralph'owi mimo, że Noah wyraźnie się
denerwował gdy piłka trafiała w jego zasięg.
- To w ogóle niesprawiedliwe – jęknął w pewnym
momencie szatyn, kiedy Proudsnon znów zaczął się wyżywać na zielonookim.
- Jest kapitanem i dopóty drużyna nie
zdecyduje inaczej to on rządzi – stwierdziłem ze smutkiem.
Daniel
coś mruknął ale na tyle niewyraźnie, że nie dosłyszałem.
Natomiast
nasz zaradny pan kierowca przywiózł dla chłopaków wodę z hotelu i akurat zdążył
na przerwę.
- Noah – wezwałem blondyna do siebie – może
ciut mniej krzycz, bo czeka was dziś jeszcze jeden mecz i głos stracisz.
- Dziękuję za troskę panie Delashit, ale
poradzę sobie – napił się, po czym odpluł.
Ohydny
chłopak – pomyślałem z niesmakiem omijając jego plwocinę.
Na
kolejnych czterdziestu pięciu minutach prawie nic się nie działo i własowiec
gdyby nie błąd tych od Fire fox zakończony samobójem to prawdopodobnie grali by
jeszcze dłużej.
- Czy wiesz
co to jest współpraca? Co to jest zespół? - zapytał trener przeciwnej drużyny
podchodząc do jakiegoś chłopca w czerwonej koszulce.
Nastolatek przytaknął.
- A czy
rozumiesz jak ważne jest to, żebyście grali razem?
Chłopczyk znów przytaknął.
- Więc,
kiedy sędzia odgwizduje twój faul, rozumiesz, że nie wolno się z nim kłócić,
przeklinać i kopać go?
Mały piłkarz znów pokornie kiwnął głową.
- W porządku
– stwierdził nauczyciel - To teraz idź, proszę, i wytłumacz to swojej mamie –
rzekł, wskazując na obszerną murzynkę szarpiącą się z biednym sędzią.
- To musiało boleć – szepnąłem, zbierając
chłopaków do szatni, aby nieco odpoczęli.
Mieli
w końcu po wygranej około pół godziny wolnego.
- Noah, czy będę mógł wejść w następnym meczu
za Ralpha? - spytał Daniel dopędzając kapitana drużyny.
- Zgłupiałeś? Jesteś rezerwowy i siedzisz na
ławce, a nie mi się plączesz pod nogami – furknął – wejdziesz jak ci każę i za
kogo ci każę – warknął popychając go.
- Tylko bez przepychanek! - zareagowałem,
łapiąc blondyna za koszulkę – to, że jesteś kapitanem nie daje ci prawa do
rozstawiania kolegów po kątach, a teraz masz go w tej chwili przeprosić.
Widziałem
jak Proudson się krzywi.
- W tej chwili albo sam wylądujesz na ławce,
chyba że wolisz wylecieć z drużyny – zagroziłem.
- Sorry – burknął Noah, wyrywając mi się i
odchodząc do reszty drużyny.
- A ty pamiętaj piłkę podajesz tylko mi –
warknął na kulącego się ze strachu zielonookiego.
Co
ja z nim mam – pomyślałem, patrząc przepraszająco na Stern'a.
Tymczasem
młodzi piłkarze zaczęli omawiając nową strategię na grę z zeszłorocznymi
zwycięzcami turnieju Smart raven's.
***
Sytuacja
była zła żeby nie powiedzieć tragiczna. Trzy do dwóch, Noah miał zawroty głowy
ale nie chciał zmiany, a Ralph'a paraliżowała nie tylko obecność kapitana ale
do tego wielki, napakowany meksykanin stojący na bramce, który już chyba ze dwa
razy zdołał go sfaulować.
Po
jaka cholerę tyle tu jechaliśmy. Zupełny bezsens – pomyślałem poprawiając się
na ławce.
W
reszcie Noah oberwał od bramkarza w głowę łokciem i został odgwizdany faul.
- Idź Daniel – szepnąłem do szatyna, widząc
chwilowe zamroczenie Proudson'a, prowadzonego w naszym kierunku przez
sanitariusza.
Nastolatek
uśmiechnął się z wdzięcznością, po czym wybiegł na bosko co reszta drużyny
przyjęła dość entuzjastycznie, a zwłaszcza przerażony Ralph.
Widziałem
jak przez chwilę z nimi gada, a potem jak biorą się do roboty.
Patrzyłem
z zadowoleniem na brawurowy atak Sterna ze wspomaganiem ze strony Trembl'a oraz
dwóch skrzydłowych. Nie musiałem więc długo czekać na bramkę.
- Brawo! - zawołałem, niestety przywołując
Noah'a do rzeczywistości.
- Wracam na boisko – usłyszałem determinację w
głosie Proudson'a
- Zostajesz – stwierdziłem - przynajmniej
jeszcze z dziesięć minut – dodałem sucho, widząc malującą się w oczach blondyna
nienawiść.
Kiedy
nastała zmiana tablica wyników dalej wyświetlała idealne trzy do trzech co
niezmiernie irytowało obie drużyny.
Noah
kazał zmienić zupełnie strategię i wymyślił aby starać się podawać do niego, a
jeśli się to nie uda to próbować doprowadzić do rzutu karnego.
Wielu
chłopaków protestowało przeciwko takiemu planowi ale blondyn zupełnie ich nie
słuchał, podobnie jak propozycji Ralpha, aby jeszcze nieco odpoczął na ławce.
- Nie przejmuj się tym tłukiem Ralph, pamiętaj
co ci mówiłem. On nie jest twoim panem i nie musisz się go we wszystkim słuchać
– powiedział pokrzepiająco Stern do Trembl'a, schodząc z boiska - Jak zobaczysz
lukę to strzelaj i się na niego nie oglądaj, dasz radę! – dodał puszczając mu
oczko – powodzenia, trzymam kciuki! - zawołał, biegnąc w moją stronę.
Za
chwile piłka ponownie niebezpiecznie zbliżyła się do naszej bramki, jednak
żabowaty murzyn okazał się niezłym skoczkiem i udało mu się obronić.
- Jak pan myśli, mamy jakieś szanse na
wygraną? - spytał po pewnym czasie Stern widząc, że zegar na tablicy odlicza
ostatnie trzy minuty.
- Nie wygląda. Chyba, że doliczą czas albo
karne będą... - stwierdziłem prostując się na krzesełku i usiłując skupić uwagę
na grze, a nie na siedzącej obok mnie piękności.
Nagle
sędzia odgwizdał rzut wolny.
Meksykanin
sfaulował jakiegoś chłopaka z naszej drużyny, a do piłki podszedł Noah.
Widziałem jak Ralph delikatnie odsuwa się od obu drużyn wyraźnie obawiając się
przejęcia piłki.
Ogłuszający
świst przeszył powietrze i gra została wznowiona. Proudson rozejrzał się po
zebranych, po czym z całej siły kopnął piłkę w kierunku meksykańca.
Nastolatek
wyciągnął obie ręce odbijając potężne uderzenie, które pognało gdzieś na lewe
skrzydło akurat pod nogi zdziwionego Trembl'a.
- RALPH! - wydarł się Daniel.
Chłopaka
spojrzał na piłkę, a potem na dwóch lecących w jego stronę murzynów
- Tutaj! - zawył Noah zza czterech
meksykańców.
- NIE! Dajesz Ralph, poradzisz sobie! -
wrzasnął Stern.
Zielone
oczy przestały szukać sposobu na pozbycie się piłki i skupiły na obrońcach.
Trembl ruszył przed siebie, mistrzowsko kiwając przeciwników.
Nie
miał wiele czasu, zegar na tablicy odliczał sekundy do końca.
- DAJESZ RALPH!
Piłka
poszybowała w stronę poprzeczki. Widziałem malujący się na twarzy Noah'a
szyderczy uśmiech, który szybko zniknął gdy piłka przeszyła siatkę.
- JEST! WYGRANA! - wydarł się głośno Daniel
wyrzucając obie ręce nad głowę, a potem nagle poczułem ciepłe wargi na swoich
spierzchniętych ustach.
O
rany! - pomyślałem widząc jego twarz przed swoją – to sen...
- Widział pan, jest! - usłyszałem gdy biegł
już w stronę drużyny niosącej śmiejącego się Ralpha na rękach.
- Jednak warto było pojechać na ten turniej –
westchnąłem, po chwili do nich dołączając.

Komentarze
Prześlij komentarz