cz.15

 February 14

Szedłem spokojnym spacerkiem na parking mijając kolejny nowo wybudowany plac zabaw gdy zobaczyłem postawiony przy krawężniku różowiutki namiot, z którego wystawała para czarnych nóg.

O co chodzi? - pomyślałem – znów jakieś głupie, walentynkowe badziabajstwo?

Delikatnie szturchnąłem butem jedną z kończyn, która zadygotawszy spazmatycznie znikła zaraz w namiocie, a po chwili pojawiła się głowa.

 - Chłopcze co ty tu robisz? - spytałem lekko zdziwiony.

 - Na swoim jestem, nie widzi pan? - burknął murzynek – rodzice mnie wywalili z domu za gejoze to na swoje poszem.

 - Chyba popedałowałem – z sąsiedniego bloku wychylił się postawny, lekko grubawy mężczyzna, zapewne ojciec wyrostka – a w ogóle to oddawaj gnoju mój namiot, bo na ryby z twoja siostrą jadę!

 - I pieska! - na barierki wdrapał się mały kędzierzawy kłębek pościeli.

 - Spadaj smarkulo! Mój piesek! - warknął chłopak, zaczynając zbierać namiot wraz z maskotką.

 - A propo, psa byś nierobie wyprowadził! - na balkon wtarabaniła się okrągła kobieta z lokówką w dłoni – i mleko wypij!

Nastolatek pokazał matce język, po czym wspiął się na drewniany domek na drzewie.

No i to tyle jeśli chodzi o miłość w rodzinie.

 

***

 

Nie ma to jak przestać w korku piękne półtorej godziny -,-

Przynajmniej miałem czas, aby wymyślić kilka sposobów na pozbycie się jakoś tej blond smarkuli. Znaczy nie chcę by Daniel cierpiał ale...

Ona nie jest dla niego odpowiednia! - walnąłem rękami w kierownicę – albo dziś mi się uda albo... oni zostaną parą - westchnąłem ciężko, zajeżdżając pod szkołę.

A może tak właśnie powinno być? - przemknęło mi przez głowę, gdy zabierałem rzeczy.

Zgrzytnąłem zębami i ruszyłem do placówki.

Nie powinienem był o takich rzeczach myśleć. Trzeba się skupić na pracy – rozpocząłem mozolną wspinaczkę, której celem był kantorek.

 - O, Pedro, jak dobrze! - zawołała do mnie Sophy wbiegając na stopnie.

 - Co jest? - spytałem, mrużąc oczy przez nadmiar światła płynącego z żarówek.

 - Green do mnie pisała i prosiła abyś zajął się jej klasą bo idzie do lekarza.

 - A co jej znowu jest?

 - Nie mam pojęcia, mówiła coś o niewegańskich szczepionkach i czekoladzie.

 - Kiedyś ją to wege wykończy – westchnąłem – No dobra, zajmę się jej klasą, tylko powiedz na której lekcji?

 - Na czwartej – szatynka zaszczyciła mnie promiennym uśmiechem, po czym poleciała do siebie.

Przecierpisz te czterdzieści pięć minut Pedro – pomyślałem – nie takie rzeczy znosiłeś.

Wszedłem do kantorka i rozłożyłem rzeczy. Sprawdziłem z kim mam zajęcia, po czym poszedłem się przebrać.

Nie minęło dziesięć minut jak byłem gotowy do pracy. Siedziałem spokojnie za biurkiem i przepisywałem oceny z notesu do dziennika. Nie wiem czemu ale jakoś tak mnie wzięło, aby wyjrzeć na korytarz, po którym rozchodziły się jakieś dziwne stukoty.

To co zobaczyłem odjęło mi mowę.

Sprzątaczka wywijając mopem tańczyła kankana w łazience przed cieciem.

Chwila, moment, czy to sen? Niech mi ktoś powie, że to był sen!

Te różowe podwiązki bolą!

 

***

 

Wpuściłem klasę do sali i zarządziłem rozgrzewkę, kiedy usłyszałem ciche pukanie do drzwi.

Odwróciłem się i zobaczyłem Yanga, znaczy Yonga, znaczy... dobra Azjatę.

 - Ta, słucham? - podszedłem do niego.

 - Potrzebuję pomocy – jęknął brunet.

 - W czym? Klej ci się zaciął czy odkręcić słoik z brokatem albo...

 - Nie, nie tym razem – pokręcił energicznie głową – mogę pożyczyć twoją klasę, aby pomogli mi w wieszaniu dekoracji?

 - W sumie nie mamy dziś żadnych zaliczeń, więc pewnie tak.

 - Trenerze! Skończyliśmy rozgrzewkę! - zawołał jeden z chłopaków.

 - No to chodźcie, pomożemy panu...  - ale się wjebałem, jak się pomylę to będę miał przekichane, czuję się jak saper – Yangowi – wybuchnie?

 - Za mną – powiedział Azjata ruszając ku schodom.

Zeszliśmy na główny korytarz gdzie stały już jakieś cztery kartony pełne papierowych dekoracji, głównie łańcuchów z nanizanymi serduszkami ale również balonów.

 - Co mamy robić trenerze? - szepnął jeden z chłopaków.

 - Pewnie porozwieszać to tałatajstwo – odszepnąłem, zerkając na Chińczyka.

 - Dobra, wysocy chłopacy wieszają dekoracje, reszta dmucha balony – zakomenderował Zhu.

 - Ok – wziąłem pierwszy balon.

 - Nie tak! - wyrwał mi go nauczyciel plastyki - od tego jest butla z helem – wskazał na olbrzymi metalowy zbiornik – o tak – zaprezentował nam na pierwszym baloniku w kształcie serca.

Za chwilę uczniowie wzięli się do pracy, a ja z Yangiem poszliśmy sobie do pokoju nauczycielskiego po kawę.

 - Jak myślisz ile im to zajmie? - spytał po chwili ciszy obywatel państwa środka.

 - Bo ja wiem – skrzywiłem się dolewając sobie mleka – ze dwadzieścia minut – wzruszyłem ramionami, podchodząc do okienka i sprawdzając co się dzieje na korytarzu – ej, Yang, ile pojemności ma ta butla?

 - Jakieś sto litów, a co?

 - Chodź zobacz... - na zewnątrz grupka cymbałów zaczęła się nią nadmuchiwać.

 - O nie! - brunet wybiegł, a ja za nim – zostawcie to natychmiast!

Nie zdążyliśmy. Jeden z dzieciaków tak się nawciągał, że po chwili zaczął ulatywać do góry.

 - Pomocy! - zapiszczał cienkim głosikiem, lecąc gdzieś w okolice stołówki.

Tymczasem reszta tych kretynów dalej bawiła się w najlepsze.

 - Ty ogarnij butlę, a ja lecę za chłopakiem! - zawołał chińczyk, znikając na schodach.

 - Odłóżcie to natychmiast i zamknijcie zawór! - wrzasnąłem na uczniów – albo wam wpiszę uwagi!

Dobrze, że to nie fatalna szóstka bo prawdopodobnie sami by mnie tym helem nadmuchali i puścili w siną dal – pomyślałem, widząc jak chłopcy nieudolnie starają się zakręcić zbiornik.

 - Ej, co wy tu robicie!? - usłyszałem nagle ten parszywy głos.

 - Oni są ze....

 - Nie pytam się ciebie, góro mięcha, tylko i...

 - Ups...

Upuszczona butla zrzuciła jarzmo zaworu i z prędkością błyskawicy pomknęła ku mnie i chemikowi.

Niewiele myśląc obaj rzuciliśmy się do panicznej ucieczki.

Niestety Foster miał słabą kondycję skutkiem czego w pewnym momencie został nieco z tyłu. Nie trwało to jednak długo, gdyż szybko wskoczył mi na barana.

 - Złaś debilu! - zawołałem, próbując go zrzucić.

 - Zamknij się i biegnij! - pisnął chemik.

 - Dokąd!?

 - Na dół! Zatrzyma się na gzymsie!

Niestety Terry jak zwykle się pomylił jeśli chodzi o gazy szlachetne. Helowa rakieta nie zatrzymała się na gzymsie tylko odbiwszy się od niego oraz kilku stopni poleciała za nami z dodatkowym impetem.

 - No i co teraz kretynie!? - warknąłem, odwracając twarz na moment w jego stronę.

 - Drzwi!

Do pracowni biologicznej wpadłem razem z futryną, a butla z nami.

Cóż jak się można łatwo domyślić niebawem zostaliśmy pasażerami na gapę pierwszej szkolnej rakiety z napędem helowym.

 - Zatrzymaj to jakoś! - zawył chemik, kurczowo trzymając się moich gaci.

 - Niby jak! Gaz to nie moja działka! - wrzasnąłem, ściskając resztki zaworu

Ostatecznie butla zatoczywszy po sali parę kół, w czasie których Terry zdołał pozbyć się śniadania, zakończyła swój dziewiczy lot w szafie z zakonserwowanym w formalinie myszami.

 - J-już stoimy? - spytał blondyn dygocząc.

 - Ch-hyba tak... - odparłem, ostrożnie wymacując trampkiem podłoże.

Za chwilę obaj byliśmy już bezpieczni na parkiecie i ocenialiśmy zniszczenia.

 - Przykro mi, że jesteś taką niezdarą ale będę musiał donieść o tym wszystkim Oliverowi – powiedział Terry, poprawiając okulary.

 - Słucham?

 - O, nie dość, że niezdara to jeszcze głuchota – zaśmiał się.

 - Ja ci zaraz dam – zgrzytnąłem zębami.

 - I jeszcze ze skłonnościami do przemocy.

No i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy się z chemikiem tłuc z tym, że nie wyglądało to zbyt majestatycznie. On oberwał ode mnie ze trzy razy w łeb, a ja od niego w brzuch.

 - Ej, kto mi wlaz.... Co wy tu debile robicie!? - w progu stanęła biologica.

 - To jego wina! - pisnął Terry, gryząc mnie w nadgarstek.

 - Wcale że nie! - wyszarpałem gnoja za kudły – już ja ci bydlaku dam! - przyszykowałem się by sprzedać mu pięknego sierpowego, niestety ta gnida mi się wyrwała, po czym rzuciła na mnie ze zdwojoną siłą.

Niestety byłem w trampkach i nie udało mi się ustać na nogach, skutkiem czego obaj wylądowaliśmy na biurku, zrzucając wszytko co o na nim było, łącznie z postawioną tam butelką likieru morelowego.

W jednej chwili biologica znalazła się przy nas.

 - Aaaaaa, Pointer nie tak mocno! - Chemik wygiął się w łuk, gdy ta schwyciwszy go za lewy sutek ścisnęła z całej siły.

 - Nie mocno? - warknęła, zwiększając uścisk - A który z was debile, wpadł na to by się dobierać do rzeczy w mojej sali?

 - N-nie ja... - zaskomlałem, czując jak kobieta zaczęła powoli obracać nadgarstek.

 - Więc kto? - zmierzyła nas obu ślepym okiem.

Milczeliśmy jednak zaciekle, zaciskając zęby byle nie piszczeć z bólu.

 - Kretyni – pościła nas w reszcie – dobra, skoro nie chcecie się przyznać to w takim razie posprzątacie co nabroiliście, a dodatkowo umyjecie mi akwarium.

W tamtej chwili byłem w stanie jej nawet majtki uprać byle by tego więcej mi nie robiła.

Matko, jak bolało!

Zobaczyłem kontem oka jak Terry podwinął podkoszulkę i zaczął sprawdzać stan swoich zsiniałych brodawek.

 - Dyrektor się o wszystkim dowie – zapiszczał blondyn, masując obolałe miejsca.

 - Słucham? - ślepe oko powoli, samodzielnie obróciło się w stronę blondyna – mówiłeś coś?

Fostera przeszedł dreszcz.

 - N-nic – chemik momentalnie zaprzeczył.

 - No, to do roboty – uśmiechnęła się jednooka – bo powtórzę zabieg – zagroziła, zacierając ręce.

W jednej chwili obaj rzuciliśmy się do zbierania kości oraz sprzątania innych porozrzucanych przedmiotów.

 - Nienawidzę cie – stwierdził po chwili pracy Terry.

 - Ja ciebie też – burknąłem.

 - Co tam mamroczecie? - mruknęła Pointer, zapalając papierosa i otwierając ono – no, tak myślałam – zasiadła przed biurkiem – a jeszcze jedno, wisicie mi likierek.

W tym momencie wywaliła się zmasakrowana przez butlę szafa.

 - I mysie oseski w formalinie.

Coś czuję, że to będą długie walentynki...

 

***

 

Po posprzątaniu pracowni biologicznej zostało mi raptem kilka minut, aby zająć się siódmą A. Porwałem z pokoju nauczycielskiego dziennik oraz wystygłą już kawę, po czym ruszyłem do sali Green.

Matko jak ja się cieszę, że sala anglistki jest na tym samym pietrze co nauczycielski – pomyślałem, otwierając drzwi do klasy.

Siódmoklasiści marudząc, zaczęli powoli wchodzić do środka. Niestety nie widziałem pośród nich Daniela.

Może jest chory? - przemknęło mi przez myśl, kiedy rozejrzałem się po korytarzu.

Pomyliłem się, był zdrów jak ryba. Siedział na ławce i migdalił się z Jessicą.

Westchnąłem.

 - Muszę już lecieć – powiedział po chwili chłopak, delikatnie zsadzając koleżankę z kolan.

Tymczasem minęła mnie Kate oraz jej klasa, pośród której uczniów był Noah. W tym momencie blondyna złapała Sterna za kołnierzyk i pocałowała.

Ta suka... jak ona śmiała!? ><

 - Panno Peppersalt dzienniczek! - zażądałem, rozdzielając ich.

Dziewczyna uśmiechnęła się tryumfalnie, po czym podała mi zeszyt.

Uwaga jaką wpisałem brzmiała następująco: „w czasie lekcji Jessica bada ciało kolegi językiem”.

Po wykonaniu tej czynności, złapałem nastolatka za rękaw i zabrałem do klasy.

 - Ale panie Delashit!

 - Do ławki! - warknąłem, a następnie zająłem się sprawdzaniem listy.

Już miałem zamiar zająć się jakimś tematem, gdy do sali wparowała przewodnicząca szkolnego komitetu uczniowskiego.

 - Witajcie koledzy, panie Delashit, chciałabym móc rozdać klasie zaadresowane do nich walentynki.

Jeszcze tego mi, kurna, brakowało -_-

 - Ależ proszę – wzruszyłem ramionami, odchylając się do tyłu na krześle.

Dziewczyna poprawiła przykrótką spódniczkę, po czym zajęła się doręczaniem kartek.

Niektórzy uczniowie dostali po kilka, inni ani jednej, do mnie na biurko jak co roku trafiło około dwunastu.

Jak się łatwo spodziewać większość była od dziewczyn. Od razu dodam, że w różnym wieku.

Przejrzałem je po kolei.

 - Ha, Kate też napisała – uśmiechnąłem się z politowaniem, po czym odłożyłem ją do pozostałych jedenastu – a to co? - trzynasta kartka nie była kupna, ewidentnie ktoś ją wykonał własnoręcznie.

Po czym poznałem? Otóż niektóre części koronki nieco się odklejały, a sama walentynka była z drogiego, grubego papieru.

 - Czyje to jest? - wgryzłem się w nieco koślawe literki pisane złotym tuszem.

„Nauczycielowi, który rozpalił moje serce - your Dear valentine”

 - Urocze – mruknąłem, zerkając na gwiazdki zamiast kropek nad „i”.

Powiem szczersze, że nigdy dotąd się nie natknąłem na taki sposób ich pisania, ciekawe – wsadziłem kartkę do swojego notatnika i począłem śledzić wzrokiem przewodniczącą.

Nagle w jej dłoni mignęła mi lśniąca od zaschniętego kleju kartka.

Czekaj, czy to była moja walentynka? - wystraszyłem się lekko, gdy serduszko znalazło się w dłoniach adresata.

Nie wiem czy ktoś to zauważył ale w tamtej chwili zacząłem się intensywnienie przyglądać twarzy szatyna.

A było na co popatrzeć, nastolatek najpierw zrobił się czerwony jak burak, po czym uśmiechnął się jak głupi, a na koniec przytulił serduszko do siebie.

 - Kochana Jessica – westchnął.

Tak, kocha....

Czekaj, co!?

To nie ta cholerna dziwka tylko ja to pisałem!!! Jak mogłeś pomyśleć, że...

Ona ma pierwszą literę nazwiska taką samą jak twoja imienia.

Brawo kretynie T^T spiknąłeś ich do końca.

 

***

 

Usiadłem na krześle przy jednej z toalet i ze znużeniem wpatrywałem się w uczniów.

Nastolatkowie krążyli i dziękowali sobie nawzajem za otrzymane prezenty, niektórzy się przytulali inni całowali.

Byłem wyprany z uczuć, patrzyłem na to wszystko zobojętniały.

Daniel obściskiwał się z tą flądrą, a mnie kuło w sercu.

Czemu nie mogli tego robić gdzie indziej tylko akurat przed moimi oczami?

A może to moje oczy raczej powinny być odwrócone w inną stronę.... Ale gdzie się nie obejrzałem wszędzie widziałem podobne widoki.

Nawet woźna z cieciem trzymali się za ręce zmywając rozlaną na schodach colę.

Miałem dość, na szczęście w porę zadzwonił dzwonek.

Teraz tylko godzinka przerwy, jedna lekcja i do domu – pomyślałem, obserwując jak zakochani się powoli rozchodzą do swoich sal.

Kiedy korytarz był już całkiem pusty postanowiłem wrócić do kantorka i pozbierać rzeczy.

Przechodziłem właśnie koło dolnych toalet, gdy usłyszałem stłumione jęczenie oraz sapanie.

Cichutko, aby nikt mnie nie usłyszał, zakradłem się do łazienki.

Kto to mógł być? Czyżby Terry sobie kogoś przygruchał? - pomyślałem wyglądając nieco zza węgła.

To co zobaczyłem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Wewnątrz trochę niezdarnie dwóch ósmoklasistów próbowało zrobić sobie nawzajem dobrze.

Fakt, że totalnie im to nie wychodziło tylko bardziej mnie podniecał.

Przez dobrych parę minut syciłem oczy tym jakże nienawistnym widokiem.

 - Och, Edward... – jęknął jeden z nich prosto w usta drugiego, gdy ten począł odpinać mu spodnie.

 - Tak Jacob? – ten bardziej blady cmoknął metysa w czoło.

Cichcem wyciągnąłem telefon, ale wtedy poślizgnąłem się i wyrżnąłem orła tuż przed niedoszłymi kochankami.

Na mój widok obaj zapiszczeli jak rasowe fanki zmierzchu.

Kurwa co tu zrobić!? Jak to wyjaśnić!?

Wiem!

 - Dzienniczki! - zawołałem czerwony jak burak, starając się ukryć pulsującą pod ortalionem erekcję.

Uwagi na dziś:

„Jakob gorszy nauczyciela swoim zachowaniem w toalecie” oraz „Edward penetruje dziurki w pasku kolegi”

 

***

 

Po lekcjach szybko wykręciłem się z pracy i czym prędzej ruszyłem do domu.

Miałem po kokardkę słodkich zakochanych jak na jeden zasrany dzień. Jedyną rzeczą jaka trzymała mnie jeszcze przy zdrowych zmysłach była wizja zamrażalnika pełnego karmelowych lodów oraz barku z naszykowanym adwokatem.

 - Wróciłem – zawołałem w przestrzeń pustej chałupy.

Odpowiedziało mi znudzone miauknięcie gdzieś z okolic sofy.

 - Przynajmniej mam Teo – westchnąłem, zamykając drzwi i wieszając ciuchy na kołku.

Zzułem buty i boso ruszyłem w głąb mieszkania celem naszykowania sobie niezbędnego w walentynki zestawu singla to znaczy: ciepłego kocyka, porządnego filmu z dużą ilością akcji, lodów, alkoholu oraz kota.

Kiedy byłem już w pełni gotowy ległem na kanapie, przykryłem się kołdrą i odpaliłem Death Poola. Podobno dobry film akcji, zobaczymy – zalałem lody likierem i zająłem się oglądaniem.

Dopiero co minęły reklamy, prawie zaczął się film, a do moich drzwi usłyszałem jak się ktoś dobija.

 - Chyba kogoś poczesało? - mruknąłem, podnosząc się z legowiska.

Zaciekawiony moim zniknięciem Teofil wyjątkowo podążył za mną.

Powoli otworzyłem zasuwy wyjrzałem na korytarz, a tam pani Thomson.

 - Kochanieńki, mógł byś przenocować Pucusia, bo wychodzimy z mężem na kolację.

 - Em...

 - No to świetnie, miłych walentynek! - wcisnęła mi liska w ręce, po czym poleciała po swego męża.

Rudzielec zawył, ugryzł mnie w rękę, a następnie poleciał przywitać się z Teo.

 - Super – warknąłem, zamykając drzwi – może wezmę i dorobię sobie jeszcze popcornu? - rzuciłem kierując się z powrotem w stronę kuchni.

Nalałem tłuszczu, nasypałem ziaren przykryłem pokrywką i począłem obserwować jak wewnątrz gara rośnie góra białych chrupek.

Ciekawe jak walentynki spędza moje rodzeństwo? - pomyślałem – Tom pewnie spędza je w domu z żoną, może gromadka dzieci?

A Janet?

Może poszła do koleżanki? Albo z chłopakiem na jakąś zabawę?

Przypomniało mi się jak rodzice obchodzili walentynki, jeszcze zanim mama dostała białaczki. Tata przynosił jej bukiet róż, zawsze wiśniowych. Mama kochała ten kolor. Całował ją na powitanie, a ona podawała mu upichcony razem z nami odświętny obiad. Paliły się świeczki. W kieliszkach stało czerwone wino, potem myli razem naczynia, włączali jakiś film i robili popcorn... – uśmiechnąłem się lekko na to wspomnienie – a my ukryci za barierkami schodów oglądaliśmy jak się przytulają.

 - Stare dobre czasy – przesypałem chrupki do misy, posypałem solą i ruszyłem do pokoju.

Znów ległem na kanapie, po czym odpaliłem laptopa i zająłem się zajadaniem smutków wszelkim dobrem jakim dysponowała ludzkość.

Film był fajny ale znudził mnie pocałunek na koniec.

Typowe superbohaterskie zakończenie.

Zgasiłem urządzenie i ruszyłem do sypialni. Po omacku włączyłem światło. Zmroziło mnie kiedy zobaczyłem to co zobaczyłem

Na moim łóżko w najlepsze dwa zwierzaki oddawały się bezskutecznym praktykom przedłużania gatunku.

Nawet one mają bardziej udane życie uczuciowe niż ja T^T

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31