cz.12
January
10
Od ponad tygodnia jestem chory,
znaczy bardziej chory niż zwykle. Ciężko mi siedzieć czy leżeć gdyż te cholerne
krostki bolą jak diabli.
Ponieważ zakładanie ubrań
sprawia mi nieco kłopotu no to cóż, chodzę częściowo rozebrany. W końcu nikogo
po za kotem tu nie zgorszę.
Jedyny czas kiedy muszę się
jakoś okryć to wizyty pani Thomson i Pucusia.
Whoopi przynosi mi leki i drobne
zakupy kiedy poproszę, a w zamian ja pilnuję rudzielca bo Wilhelm za lisem nie
zawsze nadąża.
Po zrobieniu sobie śniadania
postanowiłem w końcu obciąć pazury temu mojemu czarnemu szczęściu. Znalazłem
odpowiednie nożyczki i ruszyłem na poszukiwania głównego zainteresowanego.
- Teofilu! Teuś! Kici kici! - wołałem, kręcąc
się po mieszkaniu.
Niestety po kociaku nie było
nigdzie ani śladu.
- Skoro nie chcesz przyjść to załatwimy to
inaczej – poszedłem do kuchni i zatrząsłem saszetką, a potem trąciłem jego
miskę tak, aby zabrzęczała.
Nie dłużej niż po dziesięciu
sekundach kociak łasił mi się do nóg, domagając się lunch’u.
- Teraz cię mam – powiedziałem z uśmiechem,
łapiąc go za skórę na karczku tak, aby nie uciekł.
Teo miauknął rozpaczliwie, gdy
delikatnie przewróciłem go na boczek i zacząłem wysuwać jego pazurki.
- Spokojnie, przecież nic ci nie zrobię –
westchnąłem, kiedy futrzak spróbował odepchnąć moje ręce tylnymi łapkami
- Kiciu, no przecież to nic strasznego...
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi
co mnie oczywiście zdekoncentrowało. W skrócie kot ugryzł mnie i zwiał pod
kanapę. Mając na względzie swój stan zdrowia odpuściłem futrzakowi, w końcu,
trzeba było otworzyć.
Poszedłem po ręcznik, zawinąłem
się w niego i odbezpieczyłem zasuwki.
- Słuch… - nie dokończyłem, za drzwiami stał
na oko trzynastoletni zuch w zielonym mundurku.
- Czuwaj i witaj, mam na imię Harry, należę do
synów dzikiej przyrody, zastęp żarłaczy, drużyna Gryzzly... – po tym się
wyłączyłem i zacząłem kontemplować jego wygląd.
Niezbyt wysoki brunecik w
okularkach ze szmaragdowymi oczkami podkreślonymi przez równie pistacjowy polar
moro oraz oliwkowe spodnie. Dzieciak w pewnym momencie paplaniny nieco się
rozpiął, a spod bluzy wyjrzała nagle malachitowa koszula.
Ciekawe czy majteczki też masz
zielone – przebiegło mi przez myśl ;p
- No to, na co ma pan ochotę? - do
rzeczywistości przywołało mnie iście dwuznaczne pytanie.
Ja? To chyba proste patrząc na
ciebie – uśmiechnąłem się lekko, ale zaraz do mnie dotarło, że chyba zuchowi
chodziło o stojący za nim karton ciastek.
A Szkoda...
- Makowe masz? - spróbowałem jakoś wybrnąć z
sytuacji.
- Mam kajmakowe, malinowe, czekoladowe,
różane, wiśniowe, z marmoladą, pomarańczowe, mandarynkowe, z budyniem, z
serem... – zaczął recytować, przy czym po trzynastym smaku zapomniałem co było
na początku, a przy dwudziestym ósmym przestałem w ogóle słuchać.
- Dziecko – przerwałem mu - prosta odpowiedź,
masz czy nie?
- Mam z dodatkiem maku – odparł.
- Po ile?
- Dwadzieścia dolarów.
- Co tak pieruńsko drogo? - wytrzeszczyłem
oczy.
- Wie pan, duża część idzie na fundacje dla
dzieci chorych na raka… - zaczął się tłumaczyć harcerzyk.
- Skoro tak – westchnąłem – to wyjmij mi ze
dwa opakowania. Jedno z makiem, a drugie… czekoladowe, pani Thomson powinna być
zadowolona...
- Spoko – zawołał radośnie i zaczął szukać w
pudle odpowiednich smakołyków, wypinając się oczywiście w moją stronę.
Chwilę obserwowałem ten
kształtny tyłeczek ale zaraz przypomniałem sobie, że mam na sobie tylko ręcznik
i lepiej bym się za bardzo nie ekscytował.
Westchnąłem i zacząłem szukać w
powieszonych kurtkach jakiejś kasy. Zawsze w takich momentach znajduję kartę,
bo przecież każdy akwizytor chodzi od razu z portem płatniczym przy sobie,
prawda!
- Prze pana… - zerknąłem w stronę dzieciaka –
mógłbym do WC?
Chłopcze, na prawdę mnie
prowokujesz -,-
- Idź, pierwsze drzwi po lewej – mruknąłem,
odliczając należność.
Zielonooki zniknął w łazience, a
ja rozpocząłem wewnętrzną walkę o to czy nie podejść i nie popodglądać go przez
dziurkę od klucza.
Westchnąłem. Gdybym był zwykłym
pedofilem pewnie teraz zamknął bym drzwi, a potem… - uśmiechnąłem się
głupkowato na samą myśl.
Pedro, miałeś się leczyć, a nie
stalkować niewinnych harcerzy w kiblu. Hamuj się!
On zaraz sobie pójdzie, za
momencik, dosłownie za chwileczkę – myślałem zgrzytając nerwowo zębami.
- No wyłaś, bierz kasę i spadaj. Na prawdę nie
chcę ci zrobić krzywdy – powarkiwałem, wpatrując się z determinacją w drzwi.
W końcu chłopak zrobił co jego i
wyszedł, zapinając pasek.
- Już, ma pan równo? - spytał, wysuwając się
na korytarz.
- Nie bardzo… - podałem mu pięćdziesiąt
dolarów.
- Styknie – młody wydobył jakieś monety i po
chwili liczenia oddał.
Zabrałem od niego ciastka.
- Dzięki – uśmiechnąłem się, po raz ostatni
wodząc wzrokiem po jego niedopiętych spodniach.
W rozporku zalśniły jego
limonkowe bokserki.
HA, a więc jednak i tam jesteś
zielony – pomyślałem zamykając usatysfakcjonowany drzwi.
***
Tak jak wcześniej myślałem, że
karą za Kevina był wypad do supermarketu tak teraz przypuszczam, że półpasiec
jest za imprę u Gid'iego. Aż się boje myśleć jaka kara by mnie czekała gdybym
to robił z jakimś dzieckiem. Na przykład z takim Danielem.... =^_^= piękne marzenia,
a tym czasem piecze mnie na tyłku brutalna rzeczywistość -,-
Tak sobie rozmyślając
postanowiłem poszukać nowych rzeczy do mojego fab folderka. W tym celu
odpaliłem komputer i włączyłem wyszukiwarkę.
Grunt to wpisać coś niegroźnego,
jakiś zwykły film.
Kiedyś przeglądałem filmotekę
faceta od konserwacji sprzętów. Jak mu tam było… Nowak? Chyba tak...
Tak czy inaczej miał tam taki
polski film. Nic z niego nie rozumiałem ale opowiadał o szkole, a skoro tak to
może znajdę tam coś ciekawego dla siebie. Tylko jak się to cholerstwo
nazywało... coś z biblią... syn Abrahama... nie... jakoś inaczej... twój bart -
nie, nie niedźwiedź głupia wyszukiwarko!
Ten chłopak był na A, A... Abel!
Po paru kolejnych pyknięciach
znalazłem odpowiednią stronę internetową, a potem zacząłem przeglądać kadry.
A po kilku następnych minutach
dorwałem odtwarzacz i włączyłem film. Początek mi się nie podobał, nie lubię
pogrzebów, ale gdzieś w połowie był kadr zupełnie nagi - przygryzłem wargę i
zrobiłem screena.
Wydobyłem ukryty w sekretnym
miejscu USB i podłączyłem, a następnie wszedłem w plontaninkę folderów by jakiś
czas później w końcu znaleźć odpowiedni. Potem wrzuciłem zdjęcie w painta,
obrobiłem i dołączyłem gdzie trzeba.
Dobra, gdzie jeszcze była jakaś
fajna scena?
Pamiętam! To jakiś czas temu
leciało w TV. Harry Potter i....cholera! Miał tak dużo części.... nie mam na
tyle czasu ani ochoty by je wszystkie sprawdzać.
Spokojnie, wbiłem to co
pamiętałem z ekranu czyli, że był w jakimś basenie albo... Ok, czyli chodziło o
czarę ognia. Na You Tube powinni mieć tą scenę - zacząłem szukać.
W tym momencie usłyszałem dzwonek.
Pewnie to Whoopy z zakupami – pomyślałem, zostawiając otwartego kompa z filmem na pełnym ekranie.
Owinąłem się w ręcznik i
podreptałem pod drzwi. Odsunąłem zasuwkę i zmartwiałem. Na korytarzu stali dwaj
policjanci w pełnych mundurach.
Jestem trupem, złapali mnie! -
przeleciało mi przez głowę.
- Czy pan tu mieszka? - spytali, a ja
myślałem, że mi zaraz serce do gardła podejdzie ze strachu.
- T-tak.
- Czy to pana mieszkanie, czy
wynajęte? - spytał groźnie murzyn.
- M-moje… - głośno przełknąłem ślinę.
- Czy mamy przyjemność z panem Thomson'em? -
spytał ten bardziej brodaty.
Moment, chwila….Co? Wy nie do
mnie!? Jestem bezpieczny? - zamrugałem kilkukrotnie, trawiąc informacje.
- N-nie - pokręciłem głową, powoli odzyskując
zdolność mowy - to sąsiednie drzwi. Coś się stało?
- Nic wielkiego, tylko jego żona zostawiła
dokumenty w sklepie i chcieliśmy jej je oddać - powiedział jego ciemnoskóry
kolega.
- Och, rozumiem - pokiwałem głową.
- To w takim razie się zbieramy. Miłego dnia -
skinąłem im głową na pożegnanie, a potem czym prędzej zamknąłem drzwi.
Miałem więcej szczęścia niż rozumu!
Następnym razem muszę od razu gasić komputer! O_O
***
Po posprzątaniu bałaganu związanego
z moimi chorymi zainteresowaniami przeszedł czas na leczenie fizyczne znaczy
wzięcie zasypki wysuszającej. Zabrałem więc lusterko z łazienki i poszedłem do
sypialni gdzie schowane miałem leki. Tak porównując krosty z początku leczenia i
obecne myślę, że powoli zdrowieję. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Ustawiłem
lusterko i usiadłem na łóżku. Rozerwałem saszetkę i zacząłem obsypywać to
cholerstwo jeszcze gorszym cholerstwem.
Nawet
nieco piekło ale było to i tak bardziej znośne od krostek. Nagle znów
usłyszałem dzwonek do drzwi.
- Co tych ludzi nagle tak do mojego domu
ciągnie - westchnąłem, ponownie
zakładając ręcznik.
Tymczasem
dzwonienie powtórzyło się.
- Już idę, idę – warknąłem, przemierzając
przedpokój.
Po
chwili byłem przy drzwiach i otwierałem zasuwy. Znów ktoś zadzwonił.
Rany
jaka niecierpliwa buła – pomyślałem w końcu otwierając.
- Czeg… O! Walter?
- Nie spieszyłeś się zbytnio – stwierdził
lekarz, wtarabaniając mi się bezceremonialnie do chałupy wraz z jakimś wózkiem.
- Ciebie też miło widzieć, po co ci to? -
spytałem, zamykając drzwi.
- Na stołówce zostało sporo żarcia po
imieninach ordynatora – odparł staruszek, zrzucając buty – to mi wcisnęli.
- W takim razie po co to do mnie przyniosłeś?
- Bo nic z tego arsenału nie figuruje w moim
jadłospisie, to pomyślałem, że biednych poratuję.
- Dzięki Walter -,- istny filantrop z ciebie…
- burknąłem, splatając ręce na piersi.
- Co nie? - zaśmiał się okularnik, uwalając
się na mojej kanapie – To co, zrobisz herbaty czy będziesz stał jak ten słup? -
spytał ,wyjmując frykasy na stolik.
Widok
makowca jakoś tak mnie zmiękczył i za chwilę przyniosłem do pokoju dwa porządne
kubki mocnej, czarnej herbaty oraz cukiernicę i cytrynę na spodeczku.
- No, to jak się ma mój ulubiony pedofil?
Dalej krostki swędzą? -spytał, zaciągając się przyjemnym zapachem liściastego
naparu.
- Swędzą – przytaknąłem, wyciskając cytrynę –
Ale już dużo mniej. Być może niebawem będę mógł wrócić do pracy.
- Cieszy mnie to, a jak tam ten cały Daniel? -
spytał Hill, zawieszając na moment wzrok na wędrującym po pokoju Teofilu.
- Beznadziejna sprawa - sięgnąłem i
pogłaskałem kocura po grzbiecie - nie zwraca na mnie uwagi. Wydaje się być taki
wycofany.
- Trudno by zwracał uwagę na ponad dwa razy starszego
od siebie gościa. Po za tym sam mówiłeś, że jest nowy. Musi się wdrożyć.
- Ale dwa miesiące?!
- Pedro wiem, że nie masz dzieci al…
- Skąd wiesz? - przerwałem mu.
- Jestem lekarzem, mam dostęp do twoich danych
– odparł z właściwą sobie nonszalancją - .. więc kontynuując, możesz tego nie
wiedzieć ale one potrafią się długo wdrażać. Betty na przykład gdy poszła na
studia przez pierwsze pół roku dzień w dzień, jak tylko wracała z uniwersytetu,
to płakała mi w słuchawkę.
- Czemu? Coś jej tam złego robili czy jak? -
zaniepokoiłem się.
- Co? Ależ skąd, wręcz przeciwnie. Wszystko
grało, ale nie umiała sobie poradzić z nowym miejscem. Być może z tym całym
Danielem jest podobnie. Może się skądś przeniósł. Wiesz kim są jego starzy?
- Nie mam pojęcia. Nie jestem wychowawcą.
- Cóż, zdarza się – wzruszył ramionami
staruszek, biorąc w usta plaster cytryny.
Nagle
coś za świergoliło przy oknie. Odstawiłem na moment herbatę by dosypać cukru i
wyjrzałem za zasłonkę. Nie było to nic interesującego od zwykły gołąb.
Byłem
w błędzie, dla Teo było to bardzo interesujące. Momentalnie kocur znalazł się
na stoliku zrzucając połowę znajdujących się na nim rzeczy, w tym moją wrzącą
herbatę centralnie na mnie. Zawyłem sopranem z bólu co rozśmieszyło Waltera
wystarczająco bym jeszcze oberwał żutym przez niego cytrusem.
Tyle
dobrze, że dostałem w nos cytryną, a nie protezą, bo mógłbym zostać nowym
Voldemort’em
***
Mam dosyć wizyt jak na jeden dzień – pomyślałem, sprzątając
po odwiedzinach Waltera – Choć, właściwie do kompletu brakuje już tylko pani
Thomson.
- Miaaał – głośne,
pojedyncze miauknięcie przerwało błogą ciszę.
- A ty już się
dzisiaj nie odzywaj, zrobiłeś swoje – warknąłem na kręcącego się kocura.
Ten zmrużył oczy i gdzieś zniknął.
- Złośliwy
sierściuch – mruknąłem, wynosząc śmieci do kuchni.
Wtem znów rozbrzmiał dzwonek.
- Może tym razem
będzie to Whoopi – westchnąłem z nadzieją, podchodząc do drzwi.
Oczywiście nie mam wizjera, aby sprawdzić kogo do mnie
niesie, więc jak ten głupi otworzyłem.
- Witaj synu, czy
zgodzisz się przyjąć kolędę? - w drzwiach stał pop z sąsiedniego kościoła.
No tak, jeszcze tego brakowało – pomyślałem, poprawiając
ręcznik.
- Zapraszam –
powiedziałem, przepuszczając faceta w drzwiach.
- A nie zamierza się
pan jeszcze jakoś ubrać? - spytał, zerkając na moje biodra.
- Trochę mnie swędzi
więc raczej nie, ale proszę do pokoju – odparłem zamykając.
- Proszę nie zamykać,
zaraz przyjdą ministranci – poprosił ksiądz.
- Że kto przepraszam?
- zrobiłem wielkie oczy.
- No ministranci, tacy
tam mili chłopcy co śpiewają.
Czy opatrzność właśnie wystawia mnie na próbę!? Za jakie
grzechy!?
- W takim razie lepiej
coś jeszcze założę – powiedziałem rumieniąc się.
- Spokojnie synu, nie
śpieszy mi się – mrugnął do mnie szatyn.
Poleciałem do pokoju i założyłem jakieś dresy, a potem
zacząłem szukać krucyfiksu i świec.
- Pozwolisz synu, że
skorzystam z łazienki?
- Jasne!
Cholera, gdzie ja utknąłem ten pieprzony krzyż od Janet!? - w
panice zacząłem przeszukiwać najgłębsze zakamarki mojej szafy.
Po wywaleniu kupy ubrań, jakichś płyt i paru starych jak
świat zabawek erotycznych po Sidzie w końcu znalazłem to czego szukałem.
Podniosłem wzrok i w tym momencie spotkałem się ze zdziwionym spojrzeniem
proboszcza.
- Ja nie! To po
koledze! - zawołałem.
- Ta... - mruknął
ksiądz i czym prędzej zwiał do salonu.
Nienawidzę cie Sid! >< nawet teraz mi rujnujesz życie!
- Ale naprawdę! -
wyleciałem za nim, a tymczasem do domu wleźli ministranci, co oczywiście mnie
zatrzymało.
Przełknąłem ślinę. Kurna, czuję się jak wampir – zgrzytnąłem
zębami, widząc te śliczne twarzyczki i kręcone włoski. Było ich trzech:
murzynek, meksykanin i biały.
Mam słabość do jasnej karnacji, a ten jeden chłopak był
akurat w rurkach. Aż się cieszyłem, że miał na sobie jeszcze to mszalne
wdzianko, bo miałbym problem ze spodniami.
Nogą szybko zamknąłem drzwi do pokoju aby nie widzieli co ja
tam mam.
- Czy możemy się już
pomodlić? - spytał ksiądz, przywołując mnie do rzeczywistości.
Tymczasem pod nogami dzieciaków przemknął mój kochany
zielonooki współlokator.
- T-ta, już –
odniosłem krzyż i położyłem na stole.
Oczywiście nie miałem na podorędziu obrusa, ale przy Teo wolę
go nie zakładać.
Ksiądz wyjął słoiczek z wodą święconą, postawił na stoliku,
potem odstawił kropidło i stwierdził, że mu gorąco więc zdjął płaszcz i poszedł
odnieść go do szafy. Ministranci zaś ustawili się grzecznie w szeregu pod
ścianą i zaczęli przywoływać do siebie Teofila, zabrawszy uprzednio kropidło,
którym poczęli zabawiać kocura.
W ostatniej chwili przypomniałem sobie gdzie mam świecę,
którą szybko przyniosłem i zapaliłem. Była w prawdzie zapachowa i normalnie
robiła za ozdobę w kiblu ale na tę chwilę nie miałem nic lepszego.
Jakiś czas później cały pokój wypełnił przyjemny waniliowy
zapach.
- W takim razie
zacznijmy – powiedział uroczyście ksiądz, zabierając bezceremonialnie kropidło,
które następnie zamoczył w wodzie i rozpoczął modlitwę.
Kiedy duchowny zaczął swoją tyradę wywijając mokrą miotełką,
Teo wskoczył na blat i począł go bacznie obserwować.
Najpierw myślałem, że kota ujęła podniosła atmosfera i
dlatego tak kręci łebkiem za kapłanem ale potem wszystko się wyjaśniło, gdy w
pewnym momencie czarny nicpoń skoczył łapiąc w locie kropidło i zwiewając z nim
gdzieś w głąb domu.
Miny proboszcza, moja i dzieciaków wyrażały więcej niż tysiąc
słów, ale w sumie wszystkie sprowadzały się do jednego bardzo ważnego pytania:
ALE JAK?
***
Po odnalezieniu miotełki oraz przeproszeniu księdza,
przyszedł czas na zadośćuczynienie w postaci pękatej koperty moniaków. Na
szczęście facet okazał miłosierdzie dla biednego nauczyciela i nie grymasił.
Była dwudziesta gdy postanowiłem przed snem obejrzeć horror.
Jakoś tak mnie naszło na nowy Jurassic World. Odpaliłem kompa i usiadłem na
łóżku.
Może
zrobię sobie popcorn? - pomyślałem, włączając player do ładowania.
Wstałem
i podreptałem do kuchni, odnalazłem torebkę z ziarnami oraz olej, po czym
zapaliłem kuchenkę i nasypałem ziaren wraz z olejem na patelnię. Wszystko
ładnie tylko jeszcze pokrywka – zajrzałem do szafki – jest – zakryłem popcorn
szkłem i obserwowałem.
Pamiętam
jak z Janet zawsze tak bardzo się cieszyliśmy gdy Tom nam robił dmuchaną
kukurydzę przed filmem z kasety.
- Eh, piękne czasy młodości – westchnąłem.
Wtem
usłyszałem pukanie.
Kurwa
ludzie, chory jestem, odwalcie się – pomyślałem idąc do drzwi.
- Ta – warknąłem, wyglądając na korytarz.
- Mam dla ciebie zakupy kochanienki –
powiedziała dumna z siebie Whoopi.
- Och, to bardzo miłe – uśmiechnąłem się
odbierając torbę.
- Nie było niestety galaretek wiśniowych, o
których wspominałeś, ale spokojnie, wzięłam ci gumki o tym smaku – pokazała mi
siateczkę prezerwatyw.
- A… Dziękuję ciociu… – uśmiechnąłem się z
zażenowaniem.
- Nie ma za co – odparła murzynka, pociągając
bliżej siebie Pucusia, który niebezpiecznie zbliżył się do mojego ręcznika.
Rudzielec
jednak zupełnie to zignorował, bowiem za chwilę zerwał mi materiał z bioder.
Pani Thomson zasłoniła oczy, wypuszczając smycz z rąk.
- Puc oddawaj! - zawołałem, łapiąc z drugiej
strony ręcznik.
W
tym momencie strzelił popcorn z kuchni. Przestraszony nagłym odgłosem
wypościłem z rąk materiał, zaś zadowolony z siebie spryciarz zaczął uciekać.
- Wracaj cholero! - wrzasnąłem, ruszając w
pościg.
Jak
debilnie musiałem wyglądać na kamerach to zapewne wie tylko stróż, który po
kilku minutach zaszedł do nas z prośbą o autograf.
Nie
cierpię gości -,-

Komentarze
Prześlij komentarz