cz.9

 

!!UWAGA!! 

Osoby poniżej 18 roku życia, nie lubiace scen erotycznych Boy x Boy oraz wrażliwe 

lepiej aby nie czytały pochylonej czcionki


December 31 / January 1

 

Zdecydowanie odpowiednim zwierzęciem dla singla jest kot. Czemu?

Bo i tak trzy czwarte tego co cię nie ma w domu prześpi. Poniuniałem sierściucha za uchem i zacząłem myśleć nad wkupnym.

Może powinienem mu kupić jakiś alkohol? Dobre piwo albo szampana? - pomyślałem szukając kluczyków do auta – Rany gdzie je wcięło, przecież nagle nie dostały nóg i nie zwiały!

Zacząłem węszyć po mieszkaniu.

Pytanie za sto punktów gdzie mogą leżeć kluczyki od auta?

No oczywiście, że nie tam gdzie się myślało, że powinny leżeć.

Ja swoje znalazłem w łazience pod dywanem, po uprzednim przeleceniu się po domu z wykrywaczem metali.

Skąd wykrywacz metali? - cóż, pamiątka z poprzedniego sylwestra u Gid'iego.

Jak się okazuje po pijaku można nie tylko przebrać się za kurę lub nagrywać kasetą VHS niewidzialnego smoka.

Ach te studenckie lata... piękne czasy.

 

***

 

Byłem w połowie przygotowany do drogi i czekałem już tylko na panią Thomson. Pomyślałem, że podwiozę staruszkę pod osiedlowy w końcu w przeciwnym wypadku musiał by brać autobus, a potem jeszcze tachać te torby...

Zwyczajnie chciałem być dobrym sąsiadem.

 - Dobrze, Wilhelm wziął leki teraz ogląda telewizję. Możemy iść – powiedziała zaglądając mi do mieszkania.

 - Wzięła pani torbę na zakupy? - spytałem, zbierając klucze od domu.

 - Mam coś lepszego – powiedziała z dumą – wózek.

 - Jak pani uważa – stwierdziłem, zamykając drzwi i pomagając jej zejść ze schodów.

Szarowłosa z ulgą przyjęła moją pomoc.

 - Gdzie samochód? - spytała poprawiając grube czarne okulary

 - Tam, zaprowadzę panią – zaproponowałem biorąc ciemnoskórą pod rękę.

 - Dziękuję chłopcze – uśmiechnęła się, obnażając nieliczne zęby – Pedro proszę, mów mi po imieniu.

 - Dobrze pani Thom... - nie dokończyłem widząc jej karcące spojrzenie - znaczy Whoopi.

 - No – powiedziała zadowolona z siebie – to daleko jeszcze do tego auta?

 - Za zakrętem – rzekłem, sprawdzając listę zakupów.

 - To dobrze – ucieszyła się szukając czegoś w torebce – O cholera...

 - Zapomniała pani czegoś?

 - Nie synku, dwuskładnikowy klej epoksydowy mi się skończył. Muszę dokupić – westchnęła.

 - Po co pani coś takiego? - spytałem ze zgrozą.

 - Bo przypomniałam sobie, że wczoraj wieczorem Pucuś moją ulubioną wazę zrzucił i na pół pękła, no taka szkoda. We Francji Wilhelm mi ją na rocznice kupił. Wiesz jeszcze przed narodzinami Alexa... - i tak zaczęła mi opowiadać całą historię swego życia.

Przerwała dopiero gdy już podjeżdżaliśmy pod sklep.

 - Gdzieś ty mnie zawiózł? Mieliśmy jechać do supermarketu!

 - Ale...

 - Wiesz jak drogie są takie sklepiki? Taniej wyjdzie w hipermarkecie, zawracaj i jedziemy – powiedziała pewnym głosem, ściskając torebkę.

To jest chamie twoja pokuta – pomyślałem licząc do dziesięciu – za Kevina...

 

***

 

Zajechałem przed jeden z większych supermarketów i zacząłem szukać wolnego miejsca. Jak się okazało nie było to wcale takie łatwe, gdyż prawie cały ponad hektarowy parking był wypełniony autami.

Cholera, a mogłem wziąć rower – pomyślałem, rozglądając się.

 - Co tych ludzi tak dużo, domów nie mają? - zdziwiła się Whoopi.

 - Albo blisko mieszkają, może wysadzę cię przed sklepem – zaproponowałem.

 - Nie chcę, muszę wiedzieć gdzie zaparkowałeś.

 - Jak pani uważa.

 - Whoopi – przypomniała staruszka.

 - To może stańmy pośrodku. Ciociu, może być?

 - Uhum – powiedziała dumna z siebie.

W końcu po około kwadransie kluczenia dostrzegłem jedno pojedyncze miejsce. Wcisnąłem gaz do dechy gdy nagle przed maskę wyskoczył mi jakiś dzieciak. Zahamowałem gwałtownie. Tak, że murzynka rymsnęła głowa w szybę skutkiem czego jej gruba wiśniowa czapka został wciśnięta jej na oczy.

 - Co jest!? - pisnęła.

Jeszcze chwila i gnojek miał by po moim oplu bliznę jak Harry Potter.

 - Ej, zmiataj mi stąd! - zawołała do bachora, gdy tylko uwolniła się z czapki.

Ten tylko pokazał nam język, a z sąsiedniej uliczki wyjechało inne auto, które oczywiście zajęło wolne miejsce.

Przestaję lubić dzieci -,-

 

***

 

Po kolejnej półgodzinie kręcenia się znów znalazłem miejsce jednak tym razem nie dałem się podejść i udało mi się zaparkować.

 - No to jesteśmy, Ciociu... - szturchnąłem lekko przysypiającą staruszkę.

 - C-co? - spytała rozglądając się – już wróciliśmy?

 - Raczej dojechaliśmy – rzekłem gasząc silnik i pomagając starowince z pasem.

 - Aha – wyszminkowała usta i za chwilę szliśmy spokojnie w stronę budynku.

Wewnątrz było cieplutko, miło. Pani Thomson pokazała mi listę na około półtora metra, zabrała wózek i znikła w półkach zostawiając mnie na głównej alejce samego z koszyczkiem.

Cholera, żebym to ja wiedział, że to będzie takie wielkie to bym nie oferował sąsiadce podwózki tylko zwyczajnie przepłacił na osiedlu i wrócił do domu. Ale teraz nie było już drogi odwrotu, zostałem skazany na tułaczkę między działami.

Westchnąłem i ruszyłem na polowanie. Moja lista zakupów składała się raptem z pięciu rzeczy na krzyż, a mianowicie: żwirku dla kota, jakiegoś mięska na obiad, papieru toaletowego, alkoholu na wkupne oraz fajerwerków.

Myślałem też nad zakupem prezerwatyw, ale biorąc pod uwagę, że idę tylko do Gid'iego, a nie na gej party była by to raczej starta pieniędzy.

No więc dobra, żwirek dla kota – spojrzałem na nazwy działów.

W prawo była elektronika, w lewo strefa ogrodowa, na wprost artykuły spożywcze.

Żwirku się raczej nie je, ale na pewno jest bliżej rzeczy spożywanych niż golarki czy myjka ciśnieniowa. Po dwustu metrach natknąłem się na korek przy mięsie.

Nie wiem czemu ale przy mięsie zawsze są kolejki jak stąd na Alaskę i z powrotem.

Uznałem, że nie chce mi się wstać i zamiast mięsa ze stoiska wezmę sobie to pakowane taśmowo.

Dobra, jedna rzecz z listy zaliczona. Zostały jeszcze cztery.

Mijając część odzieżową przyuważyłem jakiegoś nastolatka, który bez cienia krępacji przymierzał podkoszulki przed lustrem.

Chyba parę minutek zwłoki mnie nie zbawi – szepnąłem, udając, że sam czegoś szukam w ciuchach.

Chłopak był naprawdę ładny, nie za młody. Taki, ja wiem... wyrośnięty piętnastolatek.

Zwilżyłem suta gdy na moment stanął do mnie tyłem.

Szkoda, że nie mam miejsca na karcie pamięci – pomyślałem, kiedy nagle padł na mnie olbrzymi cień.

 - Ej, ty - powoli się obróciłem.

Za mną stał człowiek, który spokojnie mógłby być członkiem NBA.

Momentalnie ugięły się pode mną nogi. Byłem pewny, że widział jak się ślinię na widok tego dzieciaka i mentalnie przygotowywałem się do rychłej ucieczki.

 - S-słucham?

 - Nie wiesz, gdzie wiszą takie o? - spytał pokazując mi w gazetce jakieś koszule.

Pokręciłem przecząco głową i powoli się oddaliłem.

Gdzie jest najbliższa toaleta?

 

***

 

Po odnalezieniu żwirku, wzięciu pudełka fajerwerków oraz jakiegoś szampana zacząłem intensywniej poszukiwać papieru, którego jakoś nigdzie nie było.

Dobrze, spokojnie, myśl Pedro. Jak  byś był papierem toaletowym to w pobliżu jakiego towaru byś leżał.

Na pewno nie przy zabawkach – pomyślałem, mijając dwóch walczących o elektryczny samochodzik przedszkolaków.

Nie leżał bym też obok przypraw, choć teoretycznie po spożyciu niektórych na bank by się przydał.

Konserwy, nie. Słodycze, nie... ale gacie. No gacie mają już z papierem więcej wspólnego.

Skręciłem w odpowiednią alejkę i idę. Po lewej majtki po prawej bokserki, a na wprost, gdzieś w perspektywie alejki widzę staniki. Idę dalej, a te się ciągną i ciągną. Staje, czytam podpis, a to się okazało, że to były gacie elastyczne.

Zerknąłem na krokomierz według, którego przebiegłem chyba pół maratonu, kręcąc się między poszczególnymi działami hipermarketu.

Nareszcie wyszedłem z ubrań i... nie, nie dotarłem do papieru toaletowego. W podpaski wlazłem.

Stado pań deliberowało o wyższości tych ze szydełkami nad zwyczajnymi tamponami czy jak to tam się zwie. Myślałem, że przecisnę się kulturalnie boczkiem i sobie pójdę.

Jak bardzo się pomyliłem...

 - A pan co sądzi o używaniu podpasek? - spytała jakaś kobieta o typowo azjatyckiej urodzie.

 - Em ja...

 - A o tamponach? - szarpnęła mnie Angielska o wyjątkowo mocnym brytyjskim akcencie.

 - No więc..

 - A o kubeczkach?

 - Nie używam! - zawołałem, wyrywając się babom i kryjąc w mydłach.

Nienawidzę zakupów, a już zwłaszcza w hipermarkecie.

 

***

 

Nareszcie po wielu trudach i wyzwaniach dotarłem do działu toaletowego. Po za zwykłymi środkami czystości były tam oczywiście również góry papieru. Szczęśliwy jak nigdy podszedłem i wyciągnąłem rękę po najbliższą zgrzewkę gdy czyjaś śliczna, delikatna rączka mnie ubiegła.

 - Czego pan potrzebuje? - spytała, ponętnie kręcąc biodrami hostessa.

 - Papieru? – bąknąłem i znów sięgnąłem na półkę.

 - A to wyśmienicie. Papieru toaletowego mamy osiemdziesiąt trzy rodzaje, dwadzieścia siedem kategorii miękkości, jedenaście odmian szerokości i sto czterdzieści dwa odcienie. Proszę powiedzieć czy woli pan niezbyt szeroki herbaciany liść, a może wąziutki pęd bambusa.

 - Nie bambusa, chcę zwykły, szary. Taki co to się nim dupę podciera i tyle.

 - Wspaniale szarego mamy już tylko pięć rodzai. No i musi pan powiedzieć czy ma być w kwiatki, w groszki, w kartkę, w misie, w muszki, w autka czy może karteluszki.

 - Zwykły kobieto, najzwyklejszy w świecie. Wzorek obojętny – jęknąłem.

 - W takim razie polecam... - zaczęła się mi tak jakoś dziwnie przyglądać.

 - Co się pani tak patrzy?

 - Patrze, który będzie panu najbardziej pasował – odparła.

Super, jeszcze tego brakuje byś mnie zaciągnęła do przymierzani i kazała sprawdzać w użyciu – pomyślałem, wzrokiem przelatując ceny.

 - Proponuję panu ten. Lamparci burgund – podała mi w końcu jakiś.

 - Może być – na wypadek gdyby jednak uznała, że lepiej by mi do d... twarzy pasował inny odcień szybko zabrałem zgrzewkę i czym prędzej oddaliłem się od tego miejsca.

Przysięgam, że nigdy więcej nie wejdę do tego hipermarketu -,-

 

***

 

Dojechawszy na wskazaną ulicę wysiadłem z autobusu i zacząłem szukać podanego w esemesie adresu. Problem w tym, że nigdzie nie było ani jednego bloku, a jedynie poustawiane jedna przy drugiej ogromniaste wille. Przy tej najbardziej oświetlonej stał jakiś stał rosły murzyn w graniaku i sprawdzał listę. Sytuacja była o tyle śmieszna, że facio stał pod adresem widniejącym w treści wiadomości.

 - To chyba jakieś jaja – szepnąłem ale mimo to podszedłem do dryblasa – przepraszam czy tu odbywa się sylwester Gideona Bucholtz'a?

 - W rzeczy samej – odparł uprzejmie bramkarz – pańska godność?

 - Pedro Delashit – odparłem lekko zdziwiony.

 - Jest, zapraszam panie Delashit – mężczyzna odpiął łańcuch i wpuścił mnie na posesję.

 - Rany koguta, jakie to to wielkie – szepnąłem rozglądając się po ogródku.

 - Nieźle się ustawiłem, nie? - zaśmiał się Gid, witając mnie na progu.

 - Boże, skąd miałeś na to wszystko kasę?

 - Dziadzio zmarł to i na mnie troszkę ze spadku skapnęło.

 - Niesamowite – powtórzyłem, spoglądając na marmurowe kolumienki podtrzymujące strop.

 - Oj tam, zobacz wnętrze – zaśmiał się rudzielec, zapraszając mnie do środka.

 - Zapomniał bym, wkupne – rzuciłem, podając Bucholtz'owi sporą flaszkę dobrego szampana.

 - Przyjęte – zarechotał i od razu poczęstował mnie przyszykowanymi w przedpokoju drinkami – tylko nie pij za dużo, jestem analną dziewicą i zamierzam nią pozostać – zastrzegł.

 - Zobaczymy ślicznotko – zaśmiałem się i klepnąłem go w tyłek.

 - Świnia – prychnął i wpuścił mnie do dużego pokoju – miłej zabawy!

W pokoju trwała dyskoteka, na parkiecie gibało się kilka skąpo ubranych panienek oraz paru już ciut wstawionych panów. Znając życie, pewno kolegów po fachu gospodarza.

Nastawiony na dobrą zabawę przysiadłem się do baru i poprosiłem o kamikadze. Uwielbiam ten niebieski drink.

Za ladą kręcił się niewysoki blondyn o ślicznych różowych usteczkach i bystrych zielonych ślepkach.

Ciastko z dziurką – pomyślałem, odbierając od niego trunek.

 - Hej piękny, chcesz zatańczyć? - spytała siedząca naprzeciwko mnie szatynka, popijając swojego drinka.

 - Czemu nie – uśmiechnąłem się, jednym łykiem opróżniając kieliszek - Pedro.

 - Lara – dziewczyna złapała mnie za rękę i zaciągnęła na parkiet.

Jak się okazało całkiem nieźle tańczyła, co chwila jednak zdarzało jej się kichać co brzmiało nieco jak by ktoś ukłuł Pikachu szpilką w tyłek. Bawiło mnie to niezmiernie biorąc pod uwagę, iż ubrana była od stup do głów na żółto, a do tego nosiła beżowe, kocie uszka.

Do willi powoli zaczynali się schodzić kolejni goście. Gdy byliśmy już w komplecie Gid zaproponował nam grę „Truth or drink”. Przyłączyłem się oczywiście, a Lara została na parkiecie.

Zasady były banalne. Zaczynało się od słów „nigdy w życiu nie...”, a potem dodało czego się nie zrobiło. Ktoś zrobił = pił i tak w kółko.

Zaczął Donald, taki tam chuderlak w okularkach.

 - Nigdy w życiu nie... nosiłem stringów.

Z nas, chyba dwunastu chłopa, tylko dwóch nie sięgnęło wtedy po alkohol.

 - Teraz ty Andrew – zawołał okularnik do siedzącego obok niego szatyna.

 - No to, nigdy w życiu nie... uprawiałem seksu z zakonnicą.

Gid, Donald i jeszcze trzech niziołków z dumą opróżniło swoje kieliszki, które po chwili napełniła jakaś piękna niewiasta z zajęczymi uszami wpiętymi w kruczoczarne włosy.

Kto by się spodziewał, farbowany cwaniak – pomyślałem, widząc jak Buholtz szykuje się do swojej kwestii.

 - Nigdy w życiu nie... uprawiałem analnego.

W końcu i ja mogłem sięgnąć po alkohol, z resztą  nie byłem osamotniony w tej materii. Jednak sadząc po głodnych spojrzeniach tamtych dwóch, kierowanych w stronę striptizerek mogłem być pewnym, iż nie są gejami.

Cóż, co kto lubi...

Czas mijał, a promili przybywało. Nawet się nie zorientowaliśmy gdy nadeszła północ. W tedy Bucholtz zaprosił nas na małe czary-mary do ogrodu. Wychodząc krętym korytarzem na werandę zacząłem pisać esemesy do znajomych z pracy, życząc im w nich szczęśliwego nowego roku. W ferworze wysyłania zaesemesowałem też do państwa Thomson, Janet oraz Waltera. Po wysłaniu ostatniej wiadomości rozejrzałem się w poszukiwaniu Gideona.

Gospodarz imprezy stał przy ogromnej piramidzie z kieliszków, a obok niego kręcił się ten śliczny barman. No, to może być ciekawe... - pomyślane widząc jak blondyn podpala piramidę, a kieliszki zajmują się pięknym lazurowym płomieniem.

 - Witamy nowy rok! - zawołał głośno Gid, zabierając stojący najwyżej kieliszek i opróżniając go jednym haustem – Zdrowia, kasy, szczęścia... A i pamiętajcie, że te dziewczyny są do waszej dyspozycji, wszystkie! - pościł gościom oczko za co dostał obfite brawa.

Jak się potem okazało w pokojach na piętrze odbywały się tańce striptizerek na rurach, a ponieważ ja nigdy czegoś takiego nie widziałem na żywo postanowiłem zgłębić temat.

Usiadłem wygodnie na przygotowanym krześle naprzeciwko jednej z takich mini estrad i z zaciekawieniem począłem oglądać wygibasy.

 - Uważaj bo możesz się od tego zapalić – zaszczebiotała drobna blondynka w kasku strażackim, podchodząc do rury.

Ubrana w strażackie wdzianko znaczy różowy skafander rozpięty do połowy oraz cienką białą koszulę z dużym dekoltem. Zaczęła tańczyć w rytm muzyki. Splotła nogi, zerwała z siebie po paru ruchach kombinezon pozostając jedynie koronkowej bieliźnie.

Wybałuszyłem oczy i na wszelki wypadek wypiłem nieco, ze stojącej obok mnie szklanki.

Dziewczyna stanęła na rękach i znów zrobił szpagat, a następnie pozwoliwszy zadziałać prawom grawitacji ponownie znalazła się na deskach estrady.

Nie znam się na tańcu ale moim zdaniem robiła to wspaniale. Te napięte mięśnie w czasie różnych wykrętów robiły wrażenie. Jednak zaraz po zdjęciu koszuli wydało mi się, że dziewczyna się trzęsie. Po chwili nawet kichnęła. Ale nie tak uroczo i delikatnie jak Lara.

 - Nie zimno ci? - spytałem wstając i zamykając okno.

 - Tylko troszkę – uśmiechnęła się przepraszająco – W-wcale nie musiał pan – powiedziała, stając na moment w szpilkach – ff, ał...

 - Może zdejmij je, a załóż koszulę. Musisz być wyczerpana od tego tańczenia. Usiądź sobie – wskazałem jej fotel.

 - Ale ja... - zaczęła lecz nie dokończyła, gdy delikatnie sprowadziłem ją na ziemię.

Siadła zdziwiona, a ja ukląkłem i rozwoziłem jej szpilki. Jęknęła gdy zdjąłem oba buty. Jej nogi były całkiem czerwone i obtarte w kilku miejscach.

 - Dziękuję – szepnęła, gdy przykryłem ją koszulą – jest pan pierwszym, który zauważył, że coś mnie boli – uśmiechnęła się z wdzięcznością.

 - To nic, byłem masażystą. Jestem na takie rzeczy wyczulony... o wiem zrobię ci masaż!

 - Ale... ja psuję panu wieczór.

 - Bez przesady. Zapracowałaś na to. Wspaniale tańczysz – stwierdziłem, delikatnie ugniatając jej ramiona.

 - Jest pan taki miły – westchnęła, a ja poczułem pod palcami jak się powoli rozluźnia – skąd pan zna Gideona?

 - Kumpel ze studiów. Nic wielkiego – zjechałem palcami niżej i zająłem się łopatkami.

 - Jest pan zupełnie inny niż oni... przepraszam, że zapytam ale... - wyraźnie się zawahała - jest pan gejem?

 - Zgadza się.

 - To może ja zawołam Willa? - zerwała się z miejsca - On też no... zawołam go! - zabrała buty i boso pobiegła na dół.

Ja tymczasem dopiłem drinka i zadowolony usiadłem na fotelu. Po chwili, tak jak tancerka obiecała do pokoiku wszedł barman. Uśmiechnąłem się lubieżnie mogąc w końcu obejrzeć go sobie z bliska.

Chłopak wskoczył na scenę. Dobrze dopasowane kowbojskie spodnie idealnie opinały jego kształtne pośladki. Z głośników poleciało coś pomiędzy popem, a country.

Will podszedł do rury złapał za nią oboma rękami puścił mi oczko, po czym zarzucił uzbrojoną w kowbojkę nogą, doprowadzając się do pozycji pionowej, jednak z głowa w dół. W tedy zaczął kręcić bioderkami powoli okręcając się wokół rury. Za chwilę się przekręcił i usiadł w powietrzu, po czym zaczął powoli odpinać guziki czarnej koszuli. Jeden po drugim. Zupełnie bez pośpiechu.

Zgrzytnąłem zębami ze zniecierpliwienia, ale warto było czekać. Pod materiałem ukrywało się całkiem wysportowane, młode, jędrne ciałko ze wspaniale wyrzeźbionym torsem.

Barman znów chwycił dłońmi stal, a potem zawinąwszy jedną nogę, powoli zjechał na ziemię. Dotknąwszy polecani desek rozłożył nogi i znów wspiął się na rurę cały czas ponętnie ruszając pupą.

Aż miałem ochotę go za nią złapać, ale postanowiłem zaczekać z tym do końca występu.

Zrobił jeszcze dwie figury, w czasie których eksponował swoje atuty, po czym zerwał spodnie pozostając jedynie w czerwonych bokserkach. Kowbojki zaś z cichym łopotem opadły gdzieś za scenę.

Znów wypiłem kilka łyków kamikadze. W czasie tej krótkiej chwili Will zdołała ponownie wdrapać się na rurę, po czym zrobiwszy coś na kształt fali z własnego ciała zjechał nieco niżej. Wyciągnął uzbrojoną w ciężki but, nogę, a następnie delikatnym ruchem kostki odwrócił moją głowę w stronę sceny.

 - Tu masz patrzeć – szepnął, robiąc koci grzbiet.

Miał wyraźnie zaróżowione sutki.

 - Patrze bez ustanku – zamruczałem.

 - A nie zimno ci tu? - spytał, schodząc całkowicie na ziemię, po czym usiadł mi na kolanach – może cię ogrzeję – szepnął mi wprost do ucha, a ja poczułem wzmożoną aktywność moich spodni.

 - Jeśli chcesz – złapałem go za pośladki i lekko ścisnąłem.

 - Chcę – oblizał kusząco wargi i za chwilę zniknął między moimi nogami.

Poczułem jego zwinne paluszki majstrujące mi przy rozporku. Po niedługiej chwili spodnie puściły, a przed obliczem Wiliamia pokazał się stwardniałe z ekscytacji przyrodzenie.

 - Niezłe gabaryty – pochwalił, delikatnie liżąc główkę mojej męskości.

Nie umiałem mu odpowiedzieć, jedyne co potrafiłem zrobić to delikatnie pogłaskać go po włosach. Były takie miękkie. W prawdzie jechały lawenda, ale były cudowne. Barman po chwili męczenia mnie jedynie językiem w końcu wziął się na poważnie do roboty.

Rany, prawie jak z Sidem – pomyślałem, jęcząc cicho i spazmatycznie wypychając biodra do przodu.

Na prawdę, nie trzeba było wiele aby po ponad półtorarocznym poście doprowadzić mnie do orgazmu. Opadłem zadowolony na fotel i szybko zapiąłem spodnie. Tymczasem Will wytarł ręką spływającą mu po brodzie spermę i uśmiechnął się wyzywająco.

 - No to co staruszku, fajrant? - zachichotał.

 - Jeszcze nie skończyliśmy – złapałem go i przyciągnąłem do pocałunku, który tamten oczywiście z chęcią odwzajemnił.

Mając tą niemą zgodę przerzuciłem go sobie przez ramie i począłem szukać sypialni.

Ej, w końcu pedofilowi też się coś od życia należy, nie?

 - Uważaj brutalu! - zapiszczał ze śmiechem, popatrując na koleżanki idące z innymi nawalonymi facetami na górę.

W końcu znalazłem wolną sypialnię. Musiałem naprawdę sporo wypić skoro tak bardzo mi puściły hamulce. Ale to nic. Co się dzieje u Gid'iego zostaje u Gid'iego.

Ściągnąłem koszulę i zabrałem się za całowanie zielonookiego, który bez większego problemu wpuścił mnie do środka. Smakował... właściwie cholera wie czym, ale na pewno miało mnóstwo procentów. Chłopak objął mnie w pół i przyciągnął bliżej aby móc sprawdzić i moje wyposażenie.

 - Nieźle, sześciopak – sapnął z zachwytem, obczajając mój brzuch.

Załapałem go za uda i przyciągnąłem bliżej moich bioder.

 - Nie tak prędko ogierze – zastrzegł, znów sięgając do moich jeansów.

Powiem szczerze, że dość prędko pozbyliśmy się resztek mojego oraz jego ubioru.

 - Mów mi per pan – mruknąłem, lekko szarpiąc go zębami za ucho – ile masz lat?

 - Trzydzieści jeden – jęknął, kiedy nieco ścisnąłem jego sutki.

Tak coś czułem – pomyślałem liżąc go po szyi.

Za chwilę Will wydobył z szafki nocnej krem intymny oraz prezerwatywy. Co mnie nieco zasmuciło wolał sam się przygotować.

Jest płatną dziwką pewnie lepiej się na tym zna – pomyślałem, zakładając gumkę.

Gdy skończyłem, zobaczyłem jak chłopak ponętnie prezentuje przede mną swoje strategiczne rejony. Złapałem jego ręce razem i położyłem za głową, po czym nakierowałem swoją męskość na jego wejście. Jęknął gdy wszedłem do końca, a ja tymczasem zacząłem go całować po napiętych mięśniach brzucha. Parę chwil później zacząłem się ruszać, najpierw niezbyt szybko, bo kondom nieco mnie uwierał ale potem się rozkręciłem.

O przodu i do tyłu, a teraz z boku.

 - Podoba ci się? - zawarczałem, gryząc go lekko w obojczyk.

 - Tak proszę pana – wydyszał między kolejnymi pchnięciami.

 - Na pewno? - dotknąłem chłodną dłonią tej miękkiej jasnej skóry, po której zaraz przebiegły dreszcze.

 - Tak sir.

 - Nie słyszę!

 - Tak proszę pana! - przyspieszyłem by usłyszeć większą gamę jęków.

Will skomlał jak mały piesek, a za oknem wybuchały kolorowe rakiety rozświetlając raz po raz ciemne wnętrze sypialni. W pewnym momencie dostrzegłem stojące przy łóżku wino. Odkorkowałem je zębami i nadal się ruszając, wypiłem kilka łyków.

 - Też chcę! - wyciągnął rękę Will.

Uśmiechnąłem się wrednie biorąc łyk w usta, po czym pocałowałem go pozwalając aby i tan nieco skosztował. Po następnych paru minutach zmieniliśmy pozycje cały czas podpijając znaleziony alkohol.

 

To był najlepszy sylwester w moim życiu!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31