cz.14

 

February 5

 

Ponieważ dzisiejsze zajęcia zaczynałem nieco później, postanowiłem podjechać do Waltera po świeży zapas tabletek.

Mimo wczesnej godziny na korytarzach przybytku panował spory zgiełk, tu ktoś krwawił z nosa, tam ktoś w przychodni skarżył się na duszności, między pacjentami biegała zaniepokojona pielęgniarka z tacką lekarstw w dłoni.

Wszedłem na recepcje i podszedłem do wolnego stanowiska, usiadłem na wygodnym krzesełku obciągniętym białą dermą, po czym wyjąłem dokumenty.

Pani w okienku już miała wziąć mój dowód osobisty, kiedy nagle czyjaś dłoń dłoń opadła na moje ramię.

 - Ej, byłem pierwszy, zjeżdżaj stąd szczeniaku – warknął facet w średnim wieku, strosząc groźnie krzaczaste brwi.

 - Doprawdy? - podniosłem się, mierząc mężczyznę nieprzychylnym wzrokiem.

Jak się okazało byłem od niego tak o co najmniej głowę wyższy i o połowę szerszy w barach.

Spryciarz się chyba przestraszył bo zaraz udał, że przyszedł do niego esemes i momentalnie się oddalił.

 - A więc pan... - zwróciła moją uwagę ekspedientka.

 - Delashit, Pedro Delashit. Byłem umówiony do doktora Waltera Hill'a.

 - Hill'a... - powtórzyła brunetka, znów przelatując palcami po śnieżnobiałej klawiaturze – no jest pan...

 - To super, który gabinet? - przerwałem ucieszony się, że szybko załatwię sprawę.

 - Tylko doktora Waltera dziś nie ma...

 - Jak to nie ma? - spytałem wielce zdziwiony.

 - Ma rozmowy konsultacyjne i jest niedostępny dla pacjentów.

 - Rozmowy z kim? - wytrzeszczyłem oczy.

 - Z farmaceutami oczywiście.

 - Gdzie?

 - Nie mogę panu udzielać takich informacji – odparła wyuczonym tonem, oddając mi wszystkie dokumenty – następny proszę!

 - Ale, ja byłem umówiony!

 - Następny! - wrzasnęła.

Zgrzytnąłem zębami i odszedłem, po czym zaesemesowałem do staruszka.

 

Ja:

Już jestem. Gdzie masz gabinet?

Dr. Hill

66

Ja:

Ok

 

Schowałem telefon w kieszeń i poleciałem go szukać. W prawdzie recepcjonistka się na mnie dziwnie patrzyła ale nic nie zrobiła.

Wbiegłem na szklane schody i ruszyłem na górę, mijając krzątające się na korytarzu pielęgniarki i lekarzy w białych kitlach.

Tak przynajmniej było na pierwszych dwóch piętrach, na trzecim gdzie gabinet miał mój drogi doktor panowała grobowa cisza.

Przeszedłem obok trzech gabinetów zabiegowych i skręciłem w lewo gdzie z godnie z numeracją Walter powinien mieć swój pokój

Z wnętrza dobiegły mnie podniesione głosy.

 - Pożałuje pan tej decyzji doktorze! – usłyszałem ostry głos, a potem prawie oberwałem otwartymi znienacka drzwiami.

 - Radzę ważyć słowa, na korytarzu jest monitoring – ostrzegł staruszek – a teraz żegnam państwa albo wezwę ochronę.

Nieznajomy jeszcze coś warknął, po czym poprawiwszy marynarkę opuścił gabinet, wraz z jeszcze dwoma łysymi łebkami.

 - Kto to był? - spytałem gdy już byliśmy z doktorkiem sami.

 - Wysłannicy diabła – westchnął Hill, biorąc kilka łyków wystygłej kawy.

Spojrzałem jeszcze za blondynem oraz jego pomagierami.

 - Oni zawsze tak?

Walter kiwnął głową, odstawiając kartonowy kubeczek z powrotem na okno.

 - Następnym razem zaproszę ich do domu. Tam przynajmniej będę mógł ich potraktować dubeltówką - odetchnął – No, to co cię do mnie sprowadza? - spytał już znacznie swobodniej.

 - Ta sama recepta co zwykle – stwierdziłem.

 - Tylko z tym nie przesadzaj, bo jeszcze się od tych chemikaliów wykastrujesz – przestrzegł mnie siwowłosy.

 - Spokojna głowa, trzymam się zaleceń – zapewniłem, wyciągając rękę po papier.

 - Mam nadzieję, bo coś czuję, że możesz mi się jeszcze przydać – zaśmiał się sucho doktor, podając odpowiednio podpisany świstek.

 

***

 

Jadąc do pracy przypomniało mi się, że w sumie to nie wziąłem drugiego śniadania, a w sklepiku szkolnym jest o połowę drożej niż w byle jakim kiosku ruchu. Postanowiłem więc zrobić drobny postój i kupić sobie małe co nieco.

Stanąłem gdzieś na uboczu i ruszyłem do marketu.

Małego marketu żeby nie było! Tak abym cały czas wyjście widział!

Wszedłem więc do środka. Już od progu przywitała mnie oczywiście urocza melodyjka oraz pani przebrana za wielkie czerwone serducho.

 - Może chce pan bombonierkę dla żony? - zaszczebiotała, zastępując mi drogę.

 - Nie mam żony – odparłem, próbując ją wyminąć.

 - To może dla narzeczonej? - wyciągnęła w moją stronę pudełko czekoladek.

 - Nie mam narzeczonej - stwierdziłem, próbując skręcić w inną alejkę.

 - No to może chociaż dla dziewczyny? - poszła za mną.

 - Nie posiadam – mruknąłem.

 - A ukochanej?

 - Nie.

 - To może chociaż koleżanki z pracy? - zakwiliła.

Wyobraziłem sobie co by się stało gdybym to wręczył Kate i aż mnie przeszły dreszcze.

 - Koleżanka się odchudza.

 - Kolejny gej – westchnęła kobieta, zostawiając mnie w końcu w spokoju.

Czy ja mam to wypisane na twarzy, czy jak?

Czy to, że nie mam narzeczonej, żony ani nawet dziewczyny musi od razu świadczyć o byciu Homo!?

A co jak jestem po prostu aseksualny?

No dobra nie jestem. Ale gdyby? Czy to się liczy jako obrażenie klienta? - pomyślałem, wybierając jakiś tani sok oraz kanapkę z szynką i serem.

Po dobraniu sobie do drugiego śniadania jeszcze małego, czekoladowego batonika ruszyłem do kasy.

 - Dziś mamy promocję walentynkową. Dwie bombonierki w cenie jednej – powiedziała sprzedawczyni podliczając mnie.

 - Nie, dziękuję – zapłaciłem kartą i czym prędzej opuściłem sklep.

Szedłem spokojnie chodnikiem gdy wyskoczyły na mnie dwie ubrane w różowe ciuszki dziewczynki.

 - Interesuje pana jedyna w swoim rodzaju wyprzedaż bielizny damskiej w sklepach Triumph?

 - A wyglądam na dziewczynę?

Albo na zainteresowanego dziewczynami, skoro już macie takie wprawne oko -,-

 - N-no nie... - zaczęła blondynka.

 - Ale jeśli sobie pan życzy możemy pana nazywać panią – przerwała jej druga z landrynek.

Ludziom już całkiem łby wyprała ta poprawność – pomyślałem.

 - Nie, nie życzę sobie i dziękuję za bony. Do widzenia – ruszyłem w kierunku przejścia dla pieszych, ale co gorsza one za mną.

 - Ale proszę pana mamy też na bieliznę męską!

 - Ale ja nie muszę jej mieć! - ruszyłem biegiem gdy tylko zapaliło się zielone.

Kobiety zaś rozpoczęły pogoń.

Uciekałem tak szybko, że oczywiście nie zauważyłem sporego różowego busa z gigantycznym serduchem i mało brakowało, a wpadłbym pod koła tej pieprzonej miłości.

Byłem taki szczęśliwy, że uciekłem tym dwóm, iż kompletnie nie zwróciłem uwagi na zgromadzone po drugiej stronie ulicy kolejne stado hostess.

 - Prze pana!

FUCK

 

***

 

W końcu po wielu bólach udało mi się dojechać do szkoły. Zaparkowałem swojego opelka gdzieś w rogu aby nie przeszkadzał, zabrałem reklamówkę z drugim śniadaniem oraz torbę z dresami i zamknąłem auto.

Minąłem plakat informujący o dacie walentynkowej dyskoteki, a także balu karnawałowym i ruszyłem w stronę budynku.

Myślałem nad próbą nauki dzieciaków jak stawać na rękach, gdy zobaczyłem coś co nieźle mną wstrząsnęło.

Ta dziwaczka z szóstej F, ta pryszczata blondyna z odnowionym makijażem, radośnie szczebiotała sobie na schodach z moim Danielem!

Głupku! On nie jest twój i ma prawo gadać z kim chce – próbowałem się otrząsnąć.

Skryłem się za ścianą, aby nikt mnie nie zauważył i zacząłem podsłuchiwać o czym tak sobie gadają. W końcu jako pedagog powinienem wiedzieć czym się uczniowie interesują.

 - Wiesz, jesteś inny niż pozostali chłopcy – mruknęła dziewczyna, lekko się do niego przesuwając.

 - Nie sądziłem że interesuje cię fotografia - widziałem jak odwraca wzrok i się rumieni.

O nie! On jest... jest hetero! (czarna rozpacz)

 - Masz piękne oczy, takie niebieskie – stwierdził, zerkając na nią – lubię tę barwę. Mogę ci zrobić zdjęcie?

Poczułem jak coś mnie zakuło w sercu.

Z roztargnieniem zerknąłem na zegarek, a potem ruszyłem do tylnego wejścia.

Musiałem się otrząsnąć.

To był wyraźny sygnał od Tego Z Góry – pomyślałem wchodząc na piętro - muszę się ogarnąć. Przecież to normalne, że jako chłopak interesuje się dziewczynami.

Ma prawo, jest wolny i... normalny – pomyślałem mijając znak „Uwaga, mokro”.

 - Przydał by mi się kubeł zimnej wody – westchnałem.

Przeszedłem obok sekretariatu i miałem zamiar iść na górę ale nagle usłyszałem dziwny szum z okolic łazienki. Niewiele myśląc ruszyłem w tamtą stronę.

Złapałem za klamkę i...

SHIT!

Mówiłem o kuble, nie całej łazience!

Fala wody wyniosła mnie oraz woźną z jej mopowozem aż pod wejściowe drzwi akurat w momencie gdy Daniel oraz jego nowa kupela wchodzili do budynku.

Gdy w reszcie otworzyłem oczy oślepił mnie blask flesza.

 - Dobra, mam, możemy iść! - zawołał radośnie Stern, znikając na schodach do szatni.

Ciekawe co jeszcze mnie dziś spotka -,-

 

***

 

Szósta Fuj weszła, a właściwie wtarabaniła się na dużą salę i czekała na dalsze wytyczne, głównie dłubiąc w nosach lub zębach.

Miałem kiepski humor przez to co widziałem przed zajęciami toteż gdy zobaczyłem pannę „jesteś inny niż pozostali chłopcy” zawrzało we mnie.

 - Gramy w ręczną!

Uczniowie momentalnie pobledli.

Skoro ja ciepię to i wy przez chwilę możecie.

 - Do dwóch odlicz! - zawołałem, kręcąc korbą od gwizdka.

Przejrzałem składy.

 - Jessica i Klara na bramkę – zadecydowałem.

 - Ale... - jęknęła blondyna, zerkając na dwóch ciemnoskórych bysiorków z przeciwnej drużyny.

 - Za każde „ale” dziesięć przysiadów – zadecydowałem – Jessica do roboty – rzuciłem idąc po piłkę oraz składane bramki do składzika.

Szybko zabrałem co potrzeba. Nawet podopompowałem piłkę, albowiem jak powszechnie wiadomo twardą piłką bardziej boli, czyż nie? ^______^

Wziąłem tablice do liczenia punktów i wraz z piłką chwilowo postawiłem na ławce, po czym zabrałem się za rozstawianie bramek.

 - Skończyłam – obwieściła po chwili Jessica, przypominając mi o swojej obecności.

 - Poproszę kapitanów do siebie – powiedziałem zupełnie ignorując jej wypowiedź.

Za chwilę gra się rozpoczęła.

Miałem rację. Mocno napompowana piła zbierała swoje żniwo co mogłem spokojnie obserwować z bezpiecznej odległości.

Tylu złamanych nosów to dawno nie było – pomyślałem z satysfakcją, odprawiając kolejnego delikwenta do toalety.

Nagle posłana w moją stronę piłka z impetem uderzyła w ścianę raptem kilka centymetrów od mojej głowy.

Nie minęło pięć minut, a sytuacja się powtórzyła.

 - Przypomnę, że wygrani robią po pięćdziesiąt pompek, a przegrani dwa razy tyle.

Prawie dostałem piłką w brzuch przez co spadł mi długopis.

 - Radze wam lepiej celować! – warknąłem, odrzucając piłkę grającym, będąc święcie przekonanym, iż to był jedynie przypadek.

Podniosłem długopis i w tym momencie znów tuż pod moim nosem przefrunęła piłka.

 - Ej! Mówiłem coś! - wrzasnąłem i za chwilę zdałem sobie sprawę, że w moim kierunku mknie kolejny pocisk.

Uniknąłem go, a potem musiałem uważać na kolejny.

 - W bramkę, nie w nauczyciela, kretyni! - zawołałem, zwiewając przed gradem piłek.

Kto tylko złapał ten przeklęty, skórzany balon zaraz ciskał nim w moją stronę usiłując trafić w głowę lub brzuch.

Na szczęście w tym dziwnym tańcu piłek unikańcu byłem co raz bliżej zbawiennych drzwi składzika, gdzie czekała na mnie tarcza, a właściwie stary materac, dzięki któremu udało by mi się osłonić przed ciosami tych małych potworów.

W moim kierunku nagle pomknęła wyjątkowo silnie ciśnięta piłka. Byłem świecie przekonany, że zaraz oberwę od Brajanka w głowę ale na szczęście znajdowałem się na linii bramki, skutkiem czego pocisk zatrzymał się na siatce, wyciągając ją jedynie w moją stronę.

 - Ha ha nie trafiłeś – powiedziałem ucieszony.

 - Jak mogłeś spudłować, debilu – naskoczyła na niego Jessica.

 - Poczekaj – uśmiechnął się diabolicznie chłopak.

Za chwilę usłyszałem nad swoja głową rumor i oberwałem metalową poprzeczką od bramki w łeb.

 

***

 

Po standardowym odbębnieniu swoich piętnastu minut bycia nieprzytomnym w gabinecie Ruth, nabrałem ochoty na tego batonika co go sobie rano kupiłem.

Guz na głowie bolał niemiłosiernie, kiedy wchodziłem na górę, przykładając sobie porcję mrożonych paluszków rybnych.

 - Och Pedro, a ja cię wszędzie szukam! - zawołała radośnie Kate, stając w progu kantorka.

 - A co się stało? - spytałem, mijając ją ze znużeniem.

 - Jeden z chłopaków z reprezentacji zaniemógł. Pamiętasz tego rudego, takiego?

 - No mniej więcej - udałem, że coś mi świata - a co mu się stało?

 - Złamał debil nogę na huśtawce – westchnęła płomiennowłosa, siadając naprzeciwko mnie.

 - Jak by nie miał kiedy...

 - W związku z tym zorganizowałam wśród uczniów kasting by czym prędzej, no wiesz...

 - Tak wiem, reprezentacja była znów w komplecie – przewróciłem oczami.

 - Czyli pomożesz mi w wyborze?

 - Słucham? - wytrzeszczyłem oczy.

 - To super, na obiadowej w dużej sali gimnastycznej. Radzę się nie spóźnić bo i dyro będzie – posłała mojej zdziwionej twarzy całuska, po czym znikła w toalecie.

Ona chce mnie wkopać T^T – zajadłem rozpacz batonikiem.

 

***

 

Wyruszyłem na dyżur chcąc przy okazji dostać od kucharek świeże pudełko mrożonek na mój obolały łeb.

Właśnie mijałem tolary gdy dobiegł mnie taki oto dialog:

 - No masz pal!

 - Ale ja nie mam ochoty!

 - Pal!

 - Nie chcę!

 - A chcesz żeby od ciebie Dyro wyczuł faje czy wódkę?

Zajrzałem, a tam przy oknie stały Kate z Irene.

 - Przecież to były tylko cukierki alkoholowe.

 - Myślisz, że go to interesuje? - warknęła czarnowłosa, podtykając jej zapalonego peta pod nos.

Pohamowałem śmiech i rakiem się wycofałem na korytarz.

 

***

 

Zasiadłem przy jednym stole wraz z Kate i Oliverem. Przygotowałem sobie kartkę na notatki oraz ze dwa długopisy i czekałem. Niebawem do sali zaczęli wchodzić chłopcy.

Taka trochę rewia mody – pomyślałem, oglądając u niektórych z nich opinające się na tyłku rurki.

 - Pedro ślinka ci leci – szturchnęła mnie Karter.

 - Co? Oh – szybko wytarłem się rękawem – wybacz prawie nic od rana nie jadłem – skłamałem, gładko prześlizgując się po kolejnych twarzach.

 - Jak chcesz to cię potem poczesuję moim jogurtem odchudzającym – zaproponowała.

 - Nie! Znaczy... wiesz co, dziękuję. Nie będę cię objadał, mam jeszcze kanapkę w kantorku.

 - Jak wolisz. Tylko więcej się nie śliń jak pedofil w przedszkolu – zachichotała.

 - Zacznijmy może – poprosił dyrektor.

 - W takim razie poprosimy o wasze imiona nazwiska i klasy – powiedziała Kate wstając na chwilę.

 - Fred Targed – powiedział wysoki blondyn o nadmiernie długich włosach spiętych chwilowo w zgrabny warkocz.

Wyglądał wybitnie jak dziewczyna. Ba, nawet chyba pudru używał!

 - Klasa? - spytałem

 - Czwarta A.

Spojrzałem pytająco na rudą. Zwykle przecież nie braliśmy takich młokosów do reprezentacji.

 - Zaprezentuj nam co umiesz – rzuciła mu piłkę.

Chłopak podbił ją dwa razy. Raz nawet odpił warkoczem ale jakoś szczególnie nie powalił nas tym na kolana.

 - Dziękujemy – stwierdził po chwili Oliver – następny.

Po blondynie przyszedł czas na jakiegoś fircyka w wielkich okrągłych bryłach i za dużej koszuli.

 - Ernest Talat, klasa siódma E.

Okularnik dostał piłkę. Podbił zgrabnie nogą, odbił dwa razy łokciem, zakołysał na szyi, po czym odkopnął ją w moja stronę.

 - Może być? - uśmiechnął się zawadiacko

 - Na tę chwilę tak. Następny proszę – udałem, że coś zapisuję.

 - Krystian Firenight, szósta D – chłopak podciągnął krótkie, czerwone spodenki i zajął się piłką.

Mam wrażenie, że ten chłopak w poprzednim życiu był jakąś cholerną gimnastyczką, bo potrafił zginać się w miejscach, o których byłem święcie przekonany, że się nie zginają.

Ciekawe jak byś się wyginał w łóżku – pomyślałem, pogryzając końcówkę od długopisu.

 - Taaa Daaa! - zakończył

 - To już wszyscy? - spytał lekko zawiedziony Oliver, zerkając na siedzący na sąsiedniej ławce tłumek.

 - To tylko kibice panie dyrektorze.

 - W takim razie chyba wybór jest oczywisty – mruknął brzuchacz, zerkając na kartkę gdzie dwukrotnie podkreślone było nazwisko okularnika.

 - Przepraszam za spóźnienie! - do sali wbiegł jeszcze jeden uczeń.

Nasze spojrzenia spotkały się na parę sekund.

Boże, jakie on ma piękne oczy *^*, a te pełne usta – zgrzytnąłem zębami.

 - Ale myśmy już skończyli – powiedział ostro McMillan.

 - Ależ dyrektorze, dajmy mu spróbować, co nam szkodzi – poprosiłem.

 - A...

 - Niech spróbuje jak już przybiegł – zgodziła się ze mną Kate.

 - Imię i nazwisko? - zażądał dyro.

 - Daniel Stern, siódma A.

Oliver nie wyglądał na zadowolonego ale gestem zachęcił dzieciaka, aby pokazał na co go stać.

Chłopak standardowo podbił piłkę nogą potem zatrzymał na głowie po chwili pozwolił by się stoczyła na szyję, a następnie przerzucił ją zgrabnie na kolano gdzie chwilę poodbijał by moment później odbić ją biodrem, dogonić i pokazać zwinną dryblerkę. Całość zakończył strzałem w ścianę tak by piłka odbiwszy się nam od biurka potoczyła z powrotem pod jego nogi.

Sądząc po minach pozostałych chłopak zdecydowanie wygrał. Nie było co do tego wątpliwości.

 - Witamy w drużynie Danielu – powiedziałem, wyciągając rękę w jego stronę.

Chłopak energicznie ją uściskał, mimo posiadania wyjątkowo delikatnych rączek.

Chyba nigdy nie pracowałeś – pomyślałem, puszczając go po chwili – a szkoda... już ja bym cię pewnych rzeczy nauczył. Szybko zapomniał byś wtedy to tamtej laluni.

 - Oj bardzo szybko... - mruknąłem, widząc jak biegnie do niej by się pochwalić.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.16

cz.12

Cz. 31