cz.16
February 19
Nie
spieszyło mi się dziś jakoś szczególnie na zajęcia za to postanowiłem nieco
ogarnąć moje kudły.
- Są zdecydowanie za długie – westchnąłem,
zerkając w lustro – ciekawe czy Cher znajdzie chwilę by mnie obsłużyć? -
wziąłem telefon i wykręciłem do jej salonu.
- Witamy w salonie Cher, your hair is our hoard.
- Cześć
kochana.
- Pedro? To na serio ty? No w końcu odważyłeś
się zadzwonić! Ile to już? Pół roku? Ostatnio się widzieliśmy chyba na moim
ślubie.
- Wybacz, miałem trochę spraw na głowie...
- To co umawiamy się na kawę i ci te sprawy z
łba zdejmuję?
- A co byś powiedziała na strzyżenie tego
mojego łba?
- Gdzie i kiedy?
- Za pół godziny u ciebie myszko?
- Spoks, czekam kocie.
Ach
ta Cher, nigdy się nie zmieni – pomyślałem, chowając telefon.
Z
Seachough znamy się od przedszkola. Kiedy byliśmy młodsi razem zakopywaliśmy
lalki i szukaliśmy dżdżownic, ba nawet na tę samą uczelnię poszliśmy. Z tym, że
Cher zrezygnowała po dwóch latach i poszła na fryzjerstwo.
Teraz
ma własny salon.
Ciekawe
jak teraz wygląda? - pomyślałem, drapiąc się po tygodniowym zaroście.
- Pa Teo, wrócę późno! Bądź grzeczny! -
zawołałem do kocura, zamykając za sobą drzwi.
Nie
dalej jak dwadzieścia minut później szukałem miejsca do parkowania. Na
szczęście takowe udało się znaleźć bez większego problemu.
Szybko
wysiadłem i w podskokach poleciałem na spotkanie z Cher.
- Pan był umówiony? - na progu zatrzymała mnie
jakaś stara brukiew w wielkim, fioletowym, czterokondygnacyjnym koku.
- Tak, przed chwilą z Cher.
- Dla ciebie panną Cher, kloszardzie jeden! -
zdzieliła mnie parasolką.
- Ej! To tak traktujecie klientów?
- Tak taktujemy pijaków – i walnęła mnie
jeszcze raz tą sama parasolką.
- A to za co było!?
- Za kłamstwo, nie figuruje pan w rejestrze.
- Nawet pani nie sprawdziła! Ała!
- Nie drzyj się! Mam dobry słuch.
- Mel, co tu się dzieje? I czemu pierzesz
klienta? - w końcu pojawiła się jakaś rozsądna osoba, szkoda tylko, że z
niebieskimi włosami.
- Szefowo to nie żaden klient, tylko jakiś
zafajdany bezdomny.
Szefowo?
To niebieskie czupiradło to...
- Cher najmilsza! - uściskałem ją serdecznie.
- No już starczy! Postaw mnie! - grzecznie
wykonałem jej polecenie.
- Wybacz, po prostu tak dawno cię nie
widziałem.
- Spoko ale nie rób tak więcej, a teraz chodź –
wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do wolnego stanowiska. Przepraszam cię za
Mel. Chyba za bardzo wzięła sobie do serca funkcję ochroniarza.
- Coś się dzieje Cher? Ktoś ci zagraża? -
spytałem, zerkając na nią.
- Co? Nie. Poprosiłam ją tylko, aby chroniła
zakład przed podejrzanymi typkami.
- Czyli wyglądam aż tak źle z tym zarostem, że
trzeba się przede mną bronić? - zachichotałem.
- Ależ skąd, chodź nie przeczę, iż przydało by
ci się małe strzyżenie tu i tam – zarzuciła swymi błękitnymi kudłami, po czym
oblizała turkusowe usta– No, a teraz co tam słychać u mojego kochanego masażysty?
- WF'isty moja droga – poprawiłem ją
delikatnie – obecnie WF'isty.
- Zmieniłeś branżę?
- Raczej miałem mały wypadek jadąc do tego
centrum. Pamiętasz jak ci płakałem przez telefon o tym co zrobił Sid. Jak go
nakryłem z tym blond gnojem...
- Mówiłam abyś nie pił, a ty i tak jak zwykle
zrobiłeś po swojemu to i się nie dziw, że tak wyszło – przewróciła oczami,
delikatnie pochylając moją głowę do tyłu, na umywalkę – A co za problemy cię
ostatnio dopadły, że nie dzwoniłeś? - spytała, zakasując rękawy.
- Powiedzmy, że natury matrymonialnej... -
zaczęła namaczać moje włosy.
- Nawróciłeś się na baby? - zgasiła na moment
wodę.
Po
chwili oboje wybuchnęliśmy zgodnym śmiechem.
- Dobra, a teraz poważnie, mów co się stało? -
wróciła do mycia.
- Spodobał mi się pewien uczeń – westchnąłem,
obserwując namalowane na suficie błękitne kruki.
- Uuuu grubo. No i? Podrywasz go?
- Słucham!? Przecież sama wiesz jaki jestem w
te klocki.
- No tak, moja droga ciura boi się odrzucenia.
- Cher, on jest ode mnie prawie dwa razy
młodszy i tak nie mam szans, a poza tym... od niedawna ma dziewczynę –
westchnąłem ze smutkiem.
- Sidowi jakoś to, że ze mną chodziłeś nie
przeszkadzało – zachichotała, nakładając mi szampon.
- Ale to był Sid, a poza tym nasz związek był
tylko po to, aby się mnie ojciec nie czepiał. Sama przecież wiesz jak to się
skończyło, gdy się w końcu dowiedział.
- Ryczałeś gorzej niż moja młodsza siost....
- Ał!
- Wybacz, zapominałam o tej bliźnie.
- Nic się nie stało – pomasowałem ślad po
ojcowskiej interwencji tulipanem.
- W ogóle, on nadal pije?
- Stary? Ta, od śmierci mamy chyba ani jednego
dnia nie przeżył całkowicie na trzeźwo.
- Szkoda, fajny był z niego wujek. Żal mi trochę
Janet. Ej, a co u niej? Odzywała się od waszej kłótni?
- Wiesz co? Niedawno w wigilię przypadkiem
wysłała esemesa pod mój nowy numer.
- O! Brawo!
- Też się poniekąd ucieszyłem. Może za jakiś
czas spróbuje się z nią nawet spotkać.
- Super, może weź ją do mnie na małe ploty? -
Seachough wyjęła suszarkę.
- Kto wie... - uśmiechnąłem się błogo – a co
tam u ciebie? Widzę, że znów zmieniłaś kolor włosów. Ostatnio jak cię widziałem
były zielone z czerwonymi końcami.
- Och, dawne dzieje. Od ponad miesiąca jestem
w błękicie.
- Ty w błękicie, a dziecko w drodze. Który
miesiąc?
- Uh, zauważyłeś? - zarumieniła się lekko,
poprawiając błękitny fartuszek – piąty.
- Będziesz świetną mamą – spojrzałem na jej
odbicie w wielkim lustrze.
- Dzięki Pedro – uśmiechnęła się z
wdzięcznością.
- A masz już wybrane imię?
- Myślimy z Lukasem nad dwoma, Zack lub Oscar.
- Ja bym wybrał Zack.
- Czemu?
- Bo krótsze.
- Głupi jesteś – zaśmiała się dźwięcznie.
W czasie gdy Cher zajmowała się moimi kudłami do salonu
weszła jakaś cizia oraz jej wielki, napakowany testosteronem gach.
- Nazwisko? - burknęła Mellany zerkając na
mężczyznę.
- Daffodil – odparł facet, oddając swojej
niuni wściekle różową torebkę.
- Byliyśmy umówione na ósmą, gdzie Cher?
- Zaraz do pani podejdzie, zapraszam na
stanowisko trzecie – uśmiechnęła się uprzejmie kasjerka – póty pani Seachough
jest niedostępna pozwoli pani, że umyję pani głowę.
- Chwilowo pozwolę. Ale nie mnie, tylko
mojemu misiowi. Pysiu, chodź! - zawołała do kulturysty, który jak rasowy
pantoflarz natychmiast wykonał polecenie ukochanej.
- Dobrze wytresowany – pochwaliła Mellany.
- To jeszcze nic, na gwizdnięcie potrafi karty
podawać – zachichotała lalunia.
- Niesamowite – pokręciła głową fryzjerka,
biorąc się do roboty.
- Pedro, zadałam ci pytanie – Cher przypomniała
mi o swoim istnieniu.
- Wybacz, co mówiłaś?
- Pytałam, jak się miewa Teo?
- Na razie dobrze, a co u Lucasa?
- Niedawno zmienił pracę.
- Znowu? Co tym razem robi, bo ostatnio z tego
co pamiętam to miał coś wspólnego z reklamą
- Ta świetnie wyglądał w tamtych stringach –
niebieskowłosa zachichotała na samo
wspomnienie – ale nie, chodź fakt, że z branży odzieżowej nie wyszedł. Obecnie
zajmuje się projektowaniem ciuchów.
- No to nieźle, przynajmniej już wiadomo kto
ci załatwi ubranka dla małego.
- Ta załatwi mi ciężarówkę koszulek na
ramiączka...
- A powiedz mi Ugryź jeszcze żyje?
- Oczywiście, że żyje – oburzyła się Cher –
tylko nie wiem gdzie obecnie przebywa.
- Jak to nie wiesz?
- No przepraszam cię bardzo ale pracuję i nie
mam czasu aby nad nim stać i go pilnować.
- No tak, bo tak ciężko go upilnować –
przewróciłem oczami.
Tymczasem
Mellany wzięła się za golenie gościa od landryny. W tym celu odpaliła maszynkę
do golenia i zabrała się do dzieła.
- Ej! Wbrew pozorom bardzo ciężko jest
upilnować...
- Aaaaa! Co to jest!? Zdejmijcie to ze mnie! -
zawyła blondyna nagle zaczynając skakać na jednej nodze z niewielkim żółwiem
błotnym przyczepionym do obcasa.
- Ugryź! Ugryź! - przerażona Cher polecała
ratować żonę klienta – Ugryź, zostaw panią!
- Boże niech nie gryzie! - Zapiszczała
landryna, posyłając silnym wymachem przerażonego gada w stronę biegnącej
Seachough.
Na
szczęście niebieskowłosa w ostatniej chwili schyliła głowę skutkiem czego
żółwim pociskiem oberwała trzymająca golarkę Mellany.
Kobieta
straciła przytomność, a wypuszczona z jej ręki maszynka rozpoczęła własne
podboje w bujnej czuprynie kulturysty
- Zabierzcie to! - zawołał facet, usiłując
jakoś schwycić niebezpieczne narzędzie.
Niestety
nadmiernie rozrośnięta na jego ramionach tkanka mięśniowa skutecznie utrudniała
mu zadanie. Zwyczajnie nie był w stanie dosięgnąć golarki.
Rozejrzałem
się więc za kontaktem, po zlokalizowaniu
którego szybko zgasiłem mordercze ustrojstwo.
Niestety
włosów mięśniaka nie udało się uratować. Facet miał trzy łyse placki układające
się w kształt przypominający... no cóż, co tu dużo mówić - męskie narządy
rozrodcze.
Tymczasem
na telefonie przy recepcji odezwała się automatyczna sekretarka: your hair is
our hoard. O ile je jeszcze masz XD
***
Wszedłem
na teren placówki minąłem niby szklarnię naszej drogiej Pointer i skierowałem
się w stronę budynku. Ewidentnie nadchodziła wiosna co wnioskowałem po
pojawianiu się na drzewach pierwszych, nieśmiałych pączków. Gdzieś zakrakały wrony.
Przyroda
budzi się do życia – pomyślałem, zauważając na pniu starej sosny drobną, szarą
wiewiórę.
Uśmiechnąłem
się mimowolnie, po czym wszedłem na schody by następnie przekroczyć próg
szkoły.
Minąłem
pokoik Miuriel i ruszyłem do siebie. Podczas przemierzania korytarza
przypadkiem zauważyłem jak Daniel z Jessicą wychodzili z biblioteki.
Szatyn
tachał jakąś masę książek, z tego co się orientowałem po tytułach były to
głównie słowniki. Dziewczyna zaś uczepiona jego rękawa co i rusz coś do niego
szczebiotała, robiąc sobie z nim fotki.
Przewróciłem
oczami i czym prędzej podążyłem do siebie.
Dzięki
Bogu nie miałem dzisiaj lekcji ani z szóstą F ani z siódmą A. Na prawdę nie
chciałem ich dzisiaj widzieć częściej niż to konieczne.
Wspiąłem
się na schody i odetchnąłem dopiero w kantorku. Akurat trafiłem na Kate
wcinającą jakieś polane czekoladową mazią ciastka.
- Co tam chrupiesz? - spytałem kurtuazyjnie.
- Ciotka z Anglii przysłała, chcesz?
- Uhum – wyciągnąłem rękę po jedno.
Faktycznie,
było nawet całkiem smaczne. Może trochę za słodkie ale tak to już jest z
ciocinymi wyrobami.
- Niezłe, nie?
- Ano – dojadłem i poszedłem się przebrać –
jakieś radosne zastępstwa mamy?
- Nie, Dzięki Sophy nie – odparła ruda, dalej
opychając się słodyczami.
Ja
się zastanawiam gdzie ona mieści te wszystkie słodycze, że jej tyłek nie rośnie
– pomyślałem kończąc przebierać i zmierzając do biurka.
- Ej, wiesz, że masz ze mną dyżur na balu
karnawałowym?
- Nie...
- No to już wiesz – uśmiechnęła się z ustami
pełnymi ciastek – tylko ubierz się jakoś – przełknęła - obowiązuje strój karnawałowy.
- Aha - zabrałem dziennik, po czym ruszyłem do
siłowni gdzie czekały dziewczyny z ósmej klasy.
Pod
drzwiami sprawdziłem listę, zapisałem kto jest niedysponowany i zaprosiłem
uczennice do sali. Jak zwykle osoby niećwiczące usiadły sobie na ławeczce, ja
odłożyłem tam dziennik i zająłem się rozgrzewką. Standard, pajacyki, brzuszki,
przysiady i tym podobne bzdety.
Nudy
na pudy ale przynajmniej nie muszę się martwić, że trafię do Ruth albo co gorsza
do Waltera.
- Zapraszam do sprzętu – powiedziałem
odsłaniając rolety za którymi siedziało stado wron - po pięć minut na każdym –
nastawiłem sobie zegarek i usiadłem koło niećwiczacych.
Zobaczmy
co tam nowego na Facebook'u - odpaliłem sobie internet w telefonie.
Oczywiście
pierwszym co mnie uderzyło było chyba z tysiąc zdjęć z porannego joggingu
Karter.
- Nuda – przejrzałem najnowsze posty – nuda...
A
może by tak przejrzeć konto Daniela? - przeszło mi przez myśl – Przestań o nim
myśleć, zajmij się czymś innym – jęknąłem zrezygnowany ale mimo to wszedłem na
jego profil.
Znalazłem
tam kilka ładnych zdjęć krajobrazu, jedno z nim i Jessicą, no i oczywiście...
- To pan? - spytała nagle jedna z
niećwiczacych rozsypując na dywan, wcinane od jakiegoś czasu ziarna
słonecznika.
- Nieważne – szybko zgasiłem telefon i
zarządziłem zmianę.
Po
niedługim czasie w siłowni zrobiło się dość duszno, postanowiłem więc otworzyć
okno.
Szkoda,
że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę jak głupi był to pomysł.
Scena
niczym z filmu Hickok'a.
Stado
wygłodniałych po zimie wron momentalnie rzuciło się do okna. Zamknąłem oczy i
osłoniłem twarz rękoma. Za mną zaś rozległy się piski przerywane niesamowicie
głośnym krakaniem.
Coś
dziś nie mamy szczęścia do zwierząt...
***
Po
wygonieniu tych opierzonych szczurów miałem mieć zajęcia z edukacji dla
bezpieczeństwa z jakimiś piątoklasistami.
Idąc
do sali znów minąłem naszą zakochaną parę. Zgrzytnąłem zębami i odwróciłem
wzrok.
Zapomnij
o nim w końcu.
Dla
ciebie jest martwy.
Wszedłem
do klasy i odpaliłem komputer. Spuściłem rolety oraz ekran i zająłem się
szukaniem odpowiedniego pliku z prezentacją o truciznach.
Tymczasem
zadzwonił dzwonek i do sali zaczęli powoli wchodzić uczniowie. Włączyłem
odpowiedni program i rozpocząłem wykład. Plotłem głównie o tym, że nie wolno
podnosić i jeść znalezionych słodyczy ani przyjmować ich od obcych oraz tym
podobne mądrości.
- A teraz proszę otworzyć ćwiczenia i zrobić
temat trzeci – zakończyłem, siadając za biurkiem i sprawdzając czy u kogoś mi
nie brakuje ocen.
Skupiałem
się właśnie aby nie pomylić kratek gdy do góry wystrzeliła jedna pojedyncza
dłoń z pierwszej ławki.
Oczywiście
jak każdy rasowy nauczyciel cierpię na ślepotę pierwszorzedową skutkiem czego
nie nie zwróciłem na to zdarzenie najmniejszej uwagi.
- Ekhm – po jakimś czasie ktoś z końca sali
kaszlnął.
- Na zdrowie – mruknąłem nawet nie podnosząc
wzroku.
Nie
minęła minuta gdy ta sama osoba kichnęła potężnie.
- Jak jesteś chory to trzeba było zostać w
domu – mruknąłem.
- Ale panie profesorze...
- Chusteczki są w toalecie.
Jeszcze
tylko osiem nazwisk, dajcie mi skończyć – pomyślałem.
- Ale kolega ma pytanie.
- To niech trzyma je mocno.
Jeszcze
tylko pięć.
- Kiedy od od dziesięciu minut rękę trzyma.
- Co? - rozejrzałem się.
No
i po moich kratkach...
- A, słucham co to za pytanie?
- Co to znaczy „rarytas”?
- Gdzie to macie?
- Zadanie szóste strona czterdzieści dziewięć.
Zabrałem
nastolatkowi ćwiczenia i przeczytałem treść.
Czym
dla ciebie jest rarytas? – brzmiało polecenie.
Super
zadanie – pomyślałem - lepszego nie mogli dać....
- Więc? Co to jest ten „Rarytas”?
No,
dalej powiedz im co dla ciebie jest rarytasem zboczeńcu. Pochwal się!
- Cóż... więc rarytas to... to taka rzecz
którą bardzo lubicie, a którą rzadko możecie mieć. Albo chcecie jej, a mieć
nigdy nie mieliście i chcecie spróbować.
- Na przykład jak pierogi na święta? - spytała
jakaś szatynka spod ściany.
- Tak.
- Jak wołowina dla psa? - zaraz dodał grubasek
z końca lewego rzędu.
- No... tak.
- Jak kostka lodu na pustyni? - dopytała
okularnica z pierwszej ławki.
- Też...
- Jak tyłek szesnastolat...? - zagaił jakiś
przemądrzalec w koszulce mets'ów, na co klasa wybuchnęła śmiechem.
Czy
on powiedział szesnastolatka?
- Przepraszam? - wytrzeszczyłem oczy – chyba
się przesłyszałem.
Nie,
nie, nie. Spokojnie Pedro, nikt nic nie wie.
Rżnij
głup... znaczy, udawaj głupiego.
- No tyłek szesnastolatki to przecież rarytas!
- John, dzienniczek – warknąłem zimnym tonem -
John czemu się pakujesz? John!
- Jak dla pana tyłek szesnastolatki nie jest
rarytasem, to pan jest pedał i ja wolę siedzieć w ostatniej ławce.
Ludzie,
skąd się biorą takie dzieci -_-
***
Ze
względu na to, że się ociepliło dyro zarządził przerwę na dworze, a mnie z
Green i Irene posłał jako dyżurnych. W sumie mi to nie przeszkadzało - pogoda
wyjątkowo dopisała, słonko przygrzewało. Dzieciaki tłumnie wyległy na
dziedziniec.
- Ale pogoda – mruknęła Irene zapalając
papierosa.
- Uwielbiam wiosnę - uśmiechnęła się Lis - W
ogóle muszę zacząć sadzić moje ekologiczne cebulki.
- Z czym? - zdziwiłem się.
- No jak to? Z tulipanami oczywiście.
- Aha, a ja chyba powinienem Toemu znów trawy
zahodować...
- Panie psorze! – podbiegło do nas dwóch
piątoklasistów - Możemy piłki?
- Em... - Lis zerknęła na mnie pytająco.
- Pewno, jakich potrzebujecie?
- No ze dwie do kosza i trzy do nożnej.
- Ok, nie ma sprawy, zaraz wam przyniosę –
kiwnąłem głową, po czym ruszyłem z powrotem do budynku.
Wszedłem
do składzika z piłkami i zacząłem szukać odpowiednio nadmuchanych jednak jak na
złość nie było wystarczającej ilości.
- Co ta Kate z nimi zrobiła, w cycki se
wsadziła czy jak? – westchnąłem odpalając pompkę.
- Może jednak znajdę coś ciekawego –
pomyślałem znów odpalając internet.
Sprawdziłem
pocztę, przeczytałem dwa nudne artykuły i już miałem zabierać piłki gdy nagle
przyszło powiadomienie.
Jessica
Peppersalt opublikowała post na grupie Szkoła : MÓJ CHŁOPAK ZARAZ SKOCZY Z
DACHU BO JEGO OJCIEC CHCE GO PRZENIEŚC DO INNEJ PLACÓWKI – ALE MNIE KOCHA! ^^
Wait,
what!?
Momentalnie
zgasiłem maszynę i wybiegłem z kantorka, po czym galopem wyleciałem na
korytarz. Przez okno już widziałem innych uczniów pokazujących na coś w górze.
Wyleciałem
na dziedziniec gdzie już zdążył się zebrać niezły tłumek.
- Pani zobaczy! - zawołał jakiś chłopak,
ciągnąc Lis za rękę.
- Co on wyrabia? - pisnęła przerażona Green.
Boże
nie o to mi chodziło z tym umieraniem! - pomyślałem, z przerażeniem obserwując
wędrówkę nastolatka po gzymsie.
- Co się dzieje? - do mnie i Lis dołączyła
Pointer z papierosem w gębie – na co się tak gapicie?
- D-daniel on najwyraźniej chce.... -
anglistce najwyraźniej zabrakło słów.
- O? - dopiero teraz Irene zauważyłam
stojącego na dachu chłopca - Kretynie złaś w tej chwili!!! - wrzasnęła, biorąc
na moment skręta w dwa palce.
- Nie!
- Złaś bo po ciebie wlezę!
- Jak ktoś spróbuje to skoczę!
- No cóż próbowałam – wzruszyła ramionami
brunetka – resztę zrobi ewolucja.
- Trzeba wezwać Olivera! - rzuciłem – ty –
złapałem jakąś dziewczynkę za ubranie – poleć po pana dyrektora. W tej chwili!
Przestraszona
uczennica pokiwała energicznie głową, po czym znikła w tłumie.
- Boże, trzeba coś zrobić, trzeba coś zrobić –
powtarzała przerażona Green, kręcąc się w kółko.
- To może zadzwoń po karetkę? Albo spróbuj z
nim pogadać? - zaproponowała Irene, dopalając peta.
- Macie zadzwonić do mojego ojca albo skoczę!
- zagroził Daniel stając na skraju budynku.
- Gdzie jest telefon, gdzie jest telefon –
panikowała blondynka, gmerając w swej ekologicznej zielonej torebce.
- Masz mój – podałem jej własny, a Irene momentalnie
zaczęła szukać w dzienniku odpowiedniego numeru.
Tymczasem
z budynku wyszedł w reszcie rozzłoszczony dyrektor.
- Gdzie ten dzieciak? I dlaczego jeszcze nikt
nie zadzwonił po służby!? - zaczął nas opieprzać Oliver.
- Dzwonicie? Bo jak nie to skaczę! -
pospieszał nas Stern, znów spacerując po gzymsie.
- Dzwonimy! Już dzwonimy! - odkrzyknęła Green
cały czas obserwując chłopaka – Halo? Pan Michael Stern ja... - w tym momencie
Daniel się poślizgnął.
Wszyscy
zamarliśmy w przerażeniu, a Green zemdlała.
Na
szczęście chłopakowi nic się nie stało, za to telefon przejął Oliver.
- Zajmij się nią – rzucił do Irene, a sam
kontynuował rozmowę z ojcem siódmoklasisty.
Kurna
nie mogę tak stać i czekać – pomyślałem, widząc jak tłum gapiów gęstnieje – co
zrobić, co zrobić... chwila, przecież ja już raz właziłem na dach po moje
trampki! Szósta F! – pomyślałem w oddali słysząc wycie syren – Czekaj skoro on
będzie zajęty tym co się tu dzieje to czy mnie spostrzeże jeśli zajdę go od
tyłu? - pomyślałem mijając w tłumie opartą na miotle woźną.
Ruszyłem
z powrotem do szkoły.
Wiem,
że to co myślałem wtedy było skrajnie głupie ale musiałem spróbować. Co jeśli
następnym razem gdy się potknie nie złapie równowagi?
Nawet
nie chciałem o tym myśleć.
Tymczasem
z karetki wytarabaniła się ekipa sanitariuszy z Walterem na czele.
- Stawiam stówę, że zleci – zarechotał jakiś
młody pielęgniarz z kolczykiem w języku.
- Przyjmuję wyzwanie – uśmiechnął się kpiąco
staruszek, usadawiając się na masce karetki.
- Jak myśli doktor, jak spadnie, to będzie co
szyć czy od razu kaplica? - spytał chłopak, siadając koło Hill'a.
- Jak spadnie to na pewno kaplica – oblizał
się Walter, zapalając papierosa – a tymczasem, cieszmy się chwilą – wypuścił
trzy drobne kółeczka nosem.
Boże
ratuj! - pomyślałem w końcu dopadając drzwi placówki.
Puściłem
się galopem po opustoszałym korytarzu.
Skoro
woźna jest na dworze to mogę zabrać klucz od wyjścia awaryjnego – pomyślałem
skręcając do składzika.
Miałem
rację, pokoik był pusty. Zajrzałem do sporej, przeźroczystej kasetki z
zapasowymi kluczami.
Który
jest właściwy – zacząłem przeglądać etykietki.
Rany
koguta, to był taki stary, zardzewiały, dawno nie uży... jest! Mam! -
zadowolony pobiegłem dalej na górę, tam gdzie sale przyrodnicze, a konkretniej
klasa tego blondwłosego dupka.
Wpadłem
do sali chemika jak huragan na Florydę. Niestety zastałem tam jej właściciela.
- Co tu robisz góro mięcha? - warknął –
wynocha z mojej pracowni!
Zignorowałem
jego zaczepki i od razu poleciałem do małych drzwiczek na końcu sali.
- Co ty kretynie wyprawiasz!? Powiem wszystko
Oliverowi! - zagroził, kiedy ja walczyłem z zamkiem.
- Mów co chcesz – prychnąłem i ruszyłem
kręconymi schodkami na dach.
Nie
wiem co zrobił Terry ale sądząc po dźwiękach poleciał na dół.
Dobra,
niech skarży. Nim zdąży dopchnąć się do Mcmillan'a minie dobre dziesięć minut –
pomyślałem zerkając przez niewielkie okienko na rozkładających materac pod
budynkiem strażaków. Gdzieś tam mignął mi bardzo drogi Rolls-Royce.
Zgrzytnąłem
zębami i zająłem się szukaniem kłódki. Dobrze, że świeciło słońce bo w tym
korytarzyku było na prawdę cholernie ciemno.
W
reszcie po długich dwóch minutach udało mi się ją sforsować.
Odetchnąłem
głęboko, po czym najciszej jak się dało otworzyłem klapę.
Byłem
na dachu. Daniel też tam był.
Cały
czas stał w tym samym miejscu gdzie się poślizgnął. Trochę jak by się obawiał,
że jeśli ponownie zacznie spacerować to jego przechadzka może się zakończyć w
niebie.
- Nie pojadę z tobą do Anglii! Ja nie chcę
wyjeżdżać!
- Ale synu! - dało się słyszeć głos poprawiony
przez jakiś mikrofon albo głośnik.
- Żadnych ale! Podrzyj bilety i odwołaj
rezerwację albo skoczę!
Słyszałem
szmer rozmów z dołu oraz kwilenie policyjnych kogutów.
Najciszej
jak tylko umiałem zacząłem się do niego skradać.
- Dziecko, kiedy to nie zależy ode mnie, a w
nowej szkole będzie ci równie dobrze co tu!
- Kłamiesz! Z resztą jak zwykle!
Do
gzymsu, na którym chłopak stał brakowało mi już raptem trzech metrów, gdy
zauważyłem coś co mnie zmroziło.
Przez
całą elewację biegło wielkie głębokie pękniecie w betonie, które chicho
chrupało ilekroć chłopak wykonał jakiś bardziej gwałtowny ruch.
Boże,
błagam nie zabieraj mi go! Nie tak! - pomyślałem, pokonując ze zdwojoną
ostrożnością dzielące nas centymetry.
- Daniel błagam! Zejdź i porozmawiajmy! -
ozwał się po raz kolejny Michael.
- Nie! - chłopak podskoczył, zaciskając ręce w
pięści – nie zejdę dopóty tego nie odwołasz! - z gzymsu posypała się spora
ilość tynku - Słyszysz!? - wrzasnął, wychylając
się przy tym niebezpiecznie – Zabiję się! Rozumiesz!? - po policzkach dzieciaka
zaczęły płynąć łzy – Zabiję! - podskoczył.
- Daniel!
- Zabiję! - nieco gruzu obsypało białym kurzem
szkolny dziedziniec oraz kręcącą się tuż pod budynkiem Jessicę, która filmowała
całe zajście.
- Odsunąć się! - nakazali funkcjonariusze,
rozganiając tłum.
- Daniel odsuń się! - zawołał Stern.
- Zabiję się! Zabij...
Dzieciak
nie dokończył. Beton puścił.
- Nie rób tak więcej – powiedziałem,
przyciskając go z całych sił do swojej klatki piersiowej – nigdy więcej, nigdy
– szeptałem w euforii, nie pozwalając mu wstać z moich kolan.
Nastolatek
z ciężkim oddechem wpatrywał się w dziurę w elewacji oraz sterczące z resztek
betonu metalowe pręty.
- Ale... - zaczął chłopak i momentalnie złapał
mnie za ręce chcąc się wyrwać.
O
nie, jak już cię raz złapałem to cię nie puszczę – pomyślałem, gdy ten
gwałtownie szarpnął w górę, usiłując mi zwiać.
- Żadnych ale, starczy tego – przerzuciłem go
sobie przez ramię – wracamy do szkoły.
- Shiiiit! - czekoladowooki walnął mnie
oburącz w plecy - Panie Delashit! Proszę mnie w tej chwili puścić! - zaszlochał
– Puść mnie i to już!
Rany,
jaki on leciutki =^^=
- Nie słyszę – zacmokałem, poprawiając uchwyt
na jego tali.
- Panie Delashit! Może mnie pan...
- Jedyne co cię w tej chwili mogę, to sprać gówniarzu.
Wiesz ile strachu się żeśmy z panią Green najedli? - zapytałem, schodząc do
sali chemicznej - Co by powiedziała twoja matka gdyby to zobaczyła? Pomyślałeś
o niej?
- Nic bo ona...
- Co tam mamroczesz? - zakpiłem.
- Nic, bo ona nie żyje! - szatyn rozbeczał się
na dobre – Nie żyje, dlatego muszę jeździć z tatą tam gdzie ma akurat sprawy
dyplomatyczne – pociągnął nosem – dlatego co chwila zmieniam szkoły. A ja już
nie chcę – posadziłem go delikatnie na fotelu chemika i podałem chustki.
- Ale to trzeba było powiedzieć o tym komuś
dorosłemu, pani Green, psycholożce...
- P-psycholożka jest psychiczna, a pani Green
ostatnio chorowała – chłopak odebrał ode mnie chustki i wytarł oczy – poza tym one
by nic na to nie zaradziły. Pojojczyły by mu w telefon, a on i tak jak zwykle
zrobiłby po swojemu – znów pociągnął nosem – on w ogóle o mnie nie myśli..
- A próbowałeś wyjaśnić to ojcu na spokojnie
ze swojego punktu widzenia?
- Po co?
- Bo gdyby on zrozumiał, że cię to boli to
może by jednak zmienił decyzję. Chodź, pogadamy z nim.
- Ale ja...
- Spokojnie, razem – wziąłem go za rękę i
powoli ruszyliśmy na dół.
Rany,
jaki on delikatny – pomyślałem, prowadząc go na główny korytarz gdzie już
czekał na niego ojciec, dyrektor, kordon sanitarny oraz tłum gapiów.
Stojący
gdzieś pod jednym z filarów Walter szturchnął lekko młodego pielęgniarza, który
oniemiały obserwował całą scenę.
- Wisisz mi stówę – stwierdził Hill,
uśmiechając się niczym sam diabeł.
- Ale... - staruszek spiorunował go wzrokiem
ucinając rozmowę.
Ja
bym z nim nie dyskutował – pomyślałem, zbliżając się razem z Danielem do jego
ojca.
Co
ciekawe pośród tej ludzkiej tłuszczy nigdzie nie widziałem Jessici.
Cóż,
może się nie dopchnęła – pomyślałem z mściwą satysfakcją.
- Daniel, synku! - do szatyna podbiegł niezbyt
wysoki mężczyzna o granatowych tęczówkach i bujnych, zadbanych wąsach – nawet
nie wiesz jak się bałem – Michael westchnął, przytulając mocno nastolatka do
siebie.
- T-tato – chłopak odwzajemnił uścisk – proszę
nie każ mi jechać. J-ja lubię tą szkołę. I-i na prawdę nie chce innej. J-ja mam
tu znajomych – zerknął na przewodniczącego i rudą ze swojej klasy – i
dziewczynę – nie wiem skąd ale jakoś dopchnęła się do nas Jessica, po czym
zrobiwszy dwa zdjęcia znów zniknęła – i wspaniałych nauczycieli – widziałem jak
kieruje wzrok najpierw na mnie, a potem na Green. Wiec proszę...
- Daniel... – mężczyzna odsunął delikatnie
dzieciaka od siebie i spojrzał mu głęboko w oczy – ale ja tak nie mogę nagle
tego wszystkiego odwołać...
- Cóż panie Starn – głos na chwilę zabrał
Oliver – wydaje mi się, że ze względu na pewne specjalne okoliczności – tu
spojrzał wymownie na wąsacza – lepiej by chłopak został z nami. Tak dla jego
bezpieczeństwa. Nie ma pan przecież pewności, że w tej innej placówce nie
dojdzie do podobnego incydentu albo czegoś równie złego.
Widziałem
jak stary Stern mierzy się wzrokiem z McMillan'em.
- Spokojnie, młody – szepnąłem cicho, kładąc
mu rękę na ramieniu.
- Niech będzie - skapitulował wąsacz – Coś się wymyśli. Ale i tak masz szlaban. Prawie zawału dostałem! - zawołał Michael, na nowo biorąc Daniela w objęcia.

Komentarze
Prześlij komentarz