cz.11
January
2
- Ach nie ma to jak sprzątanie lampek i innych świątecznych
stroików – pomyślałem, pakując się do auta.
Zaswędziało mnie coś za paskiem, podrapałem się i zamknąłem
bagażnik. Nagle zabrzęczał mój telefon. Dostałem esemesa.
Dyrektor:
Masz zastępstwo za
Green
Ja:
Dobrze, na której lekcji?
Dyrektor:
Na pierwszej.
Ja:
Słucham!? Ale to za dziesięć minut, nie wyrobię się!
Dyrektor:
A tak myślałem nad noworocznymi podwyżkami...
Ja:
To z kim mam to zastępstwo?
Dyrektor:
6F, powodzenia ;)
***
Tak szybko to dawno nie pędziłem, w prawdzie miałem mieć
spotkanie z tymi gnojami z Fatalnej Szóstki, ale w sumie mógł bym się teraz na
nich odegrać za przedświąteczny kawał z siłownią. Tylko czy bardzo się spóźnię
– myślałem, przejeżdżając przez światła na czerwonym.
Lekcja zaczyna się ósma zero zero, o godzinie Ósmej pięć -
dzieciaki się skapną, że jest zastępstwo i potuptają pod tablicę, aby sprawdzić
gdzie mają lekcje. Ósma dziesięć – powinienem być w szkole. Wyślę ich do
przebieralni i sam się jakoś przygotuję. Ósma piętnaście zaczniemy lekcje i
zostanie mi jeszcze pół godziny na ewentualny rewanż.
Tak, tak zrobimy. Tylko jeszcze muszę ze dwa razy nikogo nie
potrącić na przejściu.
To chyba nie będzie aż tak trudne.
- O kurwa, jamnik!
Zahamowałem gwałtownie.
Czy te cholerne psy na mnie polują!?
- Znikaj stąd! - zawołałem do kundla, trąbiąc na cały
regulator.
Pies podrapał się tylną łapką po łysawym łebku ale ani myślał
ruszyć.
- Spadaj! - wrzasnąłem na śerściucha, a ten usiadł na środku
ulicy i wywalił ozór.
- Pieprz się – warknąłem i powoli rozpocząłem manewr
wymijający.
Uwaga, ogłaszam wszem i wobec, że nienawidzę jamników -,-
***
W szkole byłem dwanaście po ósmej. Czyli nie przekroczyłem
kwadransa akademickiego. Heh ^^
- Przebierać się – zawołałem do gnojków, a sam pognałem do
kantorka.
Migiem się przysposobiłem do zajęć, nawet nie zerkając w
lusterko w przebieralni. Wyleciałem po dziennik i galopem wróciłem pod dużą
salę.
- Do dwóch odlicz, gramy w siatę – rzuciłem – przegrani robią
pięćdziesiąt pompek i sto brzuchów, wygrani o połowę mniej.
- A jak będzie remis? - spytał rezolutnie jakiś spryciarz.
- To dwa razy tyle co przegrani – odparłem z wrednym uśmiechem
– gramy dwadzieścia minut – zakręciłem korbką od gwizdka i rzuciłem piłkę.
Nie dalej jak trzy akcje później prawie zostałem uderzony
piłką z serwu.
– A i każde trafienie nauczyciela piłką to kolejne dziesięć
pompek dla całej drużyny– zastrzegłem, chwilę przed tym jak jedna z dziewczyn
oberwała w głowę - bylebym ja nie dostał!
Odgwizdałem aut i czekałem z zadowoleniem na kolejny serw.
Rywalizacja była tak zażarta, że po chwili nie było czym oddychać. Na szczęście
znalazł się jeden rezerwowy.
- Brayan'ku otwórz okno – poprosiłem, obserwując przelatującą
w tę i na zad piłę.
- A muszę? - jęknął znudzonym tonem blondyn.
- Musisz albo dorzucę ci jeszcze parę brzuszków – mruknąłem.
Chłopak westchnął ale już za chwilę zaczął się wspinać na
drabinki, aby sięgnąć zakratowanych okien.
- Brawo Jessica! A teraz dobij! - wołałem chcąc jakoś pomóc –
Tam z tyłu uwaga! Nie śpimy! - dopingowałem ich – Biegnij szybciej Jerremy!
Po pewnym czasie usłyszałem trzask okna, spojrzałem w górę i
w tym momencie oberwałem spadającą klamką w łeb.
- Nic panu nie jest?
- Cholera... jak boli! – zawyłem trzymając się za twarz – Nie
– syknąłem, patrząc z nienawiścią na zebranych.
- A szkoda... – mruknął Brayan.
- Dodatkowe pięćdziesiąt brzuchów dla wszystkich, w tej
chwili.
- Ale powiedział pan, że za piłkę są ćwiczenia, a to klamka
była.
- Sto.
- Ale to niesprawiedliwe!
- Sto pięćdziesiąt. Chcecie się dalej licytować? - warknąłem
ze złością.
- Uwaga, zawias leci!
***
Po tym jak w końcu mnie Ruth docuciła, miałem w głowie tylko
jedną myśl. Za żadne pieniądze nie dam się więcej wrobić w opiekę nad 6F. Niech
dyrektor sam się z nimi męczy.
- Będziesz miał limo – stwierdziła żydówka, podając mi
saszetkę z zamarzniętym na kość szpinakiem.
- A gdzie opatrunki żelowe? - spytałem, przykładając chłodną
bryłę do twarzy.
- Szkoda opatrunków na coś takiego, a tak jeszcze rozmrozisz
kucharkom szpinak. Widzisz jaka oszczędność? ^^
- Wręcz powalająca – westchnąłem – jak tak dalej pójdzie to
nie dożyję następnych urodzin przy tych dzieciakach...
Chociaż w sumie jakby się nad tym głębiej zastanowić to
trzydzieści cztery lata też by dobrze na nagrobku wyglądały. Nie za długo nie
za krótko. Jeszcze mógł pożyć ale właściwie co najważniejsze już przeżył... - z
zamyślenia wyrwało mnie głośne chrząknięcie higienistki.
- Pedro.
- Tak?
- Za pół godziny idź do stołówki
- Po co?
- Niech ci wymienią na groszek.
***
Poszedłem na lekcje. Dziś miałem prowadzić zajęcia z Edukacji
Dla Bezpieczeństwa zamiast Kate. W skrócie EDB czyli co robić jak Rosja zrzuci
brudne bomby albo w wybuchnie coś w fabryce. Standardzik, nie?
Znaczy byłby, gdyby nie ten cholerny ból i jeszcze dresy mnie
uwierały. Westchnąłem.
Dasz radę, to tylko kilka godzin, a potem wrócisz do domu -
pomyślałem, na chwilę zatrzymując się przed pokojem nauczycielskim.
Wszedłem do środka, wymieniłem dziennik i zabrałem kluczyk do
sali.
Ciekawe z kim mam? - zastanowiłem się, zerkając na plan
lekcji - O moja klasa, znaczy klasa Lis, znaczy... Daniel!
Pokrzepiony nieco tą informacją ruszyłem na zajęcia. Przy
stołówce zauważyłem niewielkie stoisko z kartkami walentynkowymi, z których
dochód miał iść na miejscowe schronisko. Przelotnie zerknąłem na brokatowe
serduszka. Nie były przesadnie ładne ale za to kropka w kropkę takie same.
Może kupię jedno? - przemknęło mi przez głowę - tylko niby
dla kogo stary zboczuchu?
Minąłem stołówkę i wszedłem na schody dalej przyciskając do
twarzy torbę szpinaku, z której powoli zaczynał ciec zielonkawy sok.
Super, jeszcze zostanę ufoludkiem... - pomyślałem zaglądając
do najbliższej łazienki chcąc zabrać z niej nieco papieru. Oczywiście jak
zawsze miałem szczęście i zrobiłem to akurat gdy był tam dyrektor.
Ten widok! Moje biedne oczy! Księżyc w pełni to przy tym
pikuś!
Porażony widokiem Olivera przy pisuarze galopem poleciałem
otworzyć salę, byle dalej od tej strasznej scenerii.
Przygotowałem się do pracy, znaczy odpaliłem komputer i
wsadziłem USB z prezentacją, a następnie z zadowoleniem odpaliłem rzutnik.
Ziewnąłem i spuściłem pilotem płachtę do wyświetlania z sufitu.
Chyba dobrze by było się czegoś napić - pomyślałem,
wyglądając na korytarz - O! Automat! - zostawiłem salę i poszedłem po herbatę.
Rany, nie wiedziałem, że go tu ustawili - pomyślałem szukając
w kieszeni monet, przy okazji podrapałem się w okolicach bielizny - Cholera,
muszę po tej lekcji sprawdzić czemu mnie tak swędzi, może to metka czy coś...
Wrzuciłem drobne i wybrałem zieloną. Z szufladki miał zlecieć
cukier ale się nie pojawił, za to wyskoczył kubeczek. Wyjąłem go i obejrzałem.
W tym momencie usłyszałem ciche szuranie. Spojrzałem i zobaczyłem jak gdzieś
zlatuje mój cukier, a zaraz za nim leci wrzątek. Szybko podsunąłem naczynie.
Oczywiście część gorącej wody musiała polecieć mi po palcach bo jakżeby inaczej
-,- po chwili z miejsca gdzie pojawił się kubeczek wyskoczyła saszetka z
herbatą.
Ten automat jest tak ogarnięty jak kupa liści zimą... -
pomyślałem, wracając do sali, przy której kręciły się jakieś dzieciaki od
chemika.
Widząc mnie momentalnie się ulotniły spod drzwi ale mój
szósty zmysł alarmował aby na wszelki wypadek sprawdzić działanie elektroniki.
Zbadałem czy rzutnik świeci oraz czy na którymś ze slajdów nic się dziwnego nie
wyświetla. Zerknąłem na tablicę myśląc nad czymś ale w tym momencie zawył
dzwonek i do sali zaczęli wchodzić uczniowie.
- O Boże wygląda pan jak śmierć co się stało? - spytała
przemądrzała wiewióra, siadając w pierwszej ławce.
- Nic specjalnego, lekcja z waszymi kolegami z 6F -
westchnąłem, otwierając dziennik.
W końcu przy tej okazji dowiedziałem się jak ma Daniel na
nazwisko.
- Daniel Stern - powiedziałem, rozglądając się po sali w
poszukiwaniu tych pięknych orzechowych oczu.
Nie wiem czy inni nauczyciele tak mają ale ja u siebie
zauważyłem, że nie umiem skupić uwagi na pierwszych ławkach, a zasięg mojego
postrzegania osób zaczyna się zwykle od drugiego rzędu.
- Czy Daniel jest dziś obecny? - spytałem, uważniej
rozglądając się po klasie.
- Daniel - ruda trzepnęła go w ramię - Pan coś do ciebie
mówi.
- C-co? Jestem! - zawołał podnosząc się na moment.
- W porządku - wróciłem do listy, ale mentalnie zanotowałem
sobie gdzie dzieciak siedzi.
Po zakończeniu formalności miałem zamiar w końcu usiąść i
odpalić prezentację. Wyciągnąłem krzesło spod ławki i...
- AAAAł! - zawyłem tak głośno, że pół sali podskoczyło - co
za dowcip? - warknąłem, oglądając wbitą w materiał krzesła igłę.
Klasa patrzyła na mnie pełna konsternacji i w tedy dotarło do
mnie, że to musiał być jakiś bydlak z 6F. Pieprzone bachory >< prędzej
prześpię się z Walterem niż któremukolwiek z nich postawię dobre zachowanie.
- Wybaczcie - westchnąłem i odpaliłem przygotowaną
interaktywną prezentację.
W czasie gdy dzieciaki robiły notatki ja zająłem się herbatką
i tak się jakoś złożyło, że mój wzrok zawisł jakoś tak bezwładnie na włosach
Daniela, a potem zupełnie przypadkiem zjechał na zeszyt wiceprzewodniczącej.
Herbata wyleciała mi z ręki gdy to zobaczyłem. Margaret zaś
spłoszona zamknęła notes.
- Poproszę dzienniczek panno Newson - dziewczyna zbladła.
- Ale... - zabrałem jej brulion i otworzyłem, a potem
wytrzeszczyłem oczy.
Połowa kajetu zarysowana była podobiznami całujących się
mężczyzn w tym moich i chemika. W końcu po długim szukaniu znalazłem wolną
stronę i zapisałem uwagę:
Uwaga za nieobyczajne rysowanie nauczyciela.
- Czy ktoś jeszcze był tam mądry i rysował mnie oraz pana
Foster'a w ten sposób?! - potrząsnąłem zeszytem.
3/4 żeńskiej części klasy podniosło ręce.
Chyba znaczę kserować te uwagi.
***
Wreszcie miałem chwile spokoju po trzeciej wymianie zimnego
okładu. Jeszcze trochę i kucharki będą miały rozmrożone wszystkie składniki
surówki - pomyślałem, odkładając do kantorka dziennik.
Schowałem się w naszym kibelku przy sali gimnastycznej i
zajrzałem co mnie tak pieruńsko swędzi. Okazało się, że dostałem na podbrzuszu
jakichś cholernych krostek. Z przerażeniem wykręciłem więc do jedynego znanego
mi lekarza.
- Halo? Walter?
- No słucham cóż to za problem wystąpił u mojego drogiego
WF'isty, znów trzeba gwizdek wyciągnąć, a może tym razem oberwałeś dyskiem.
- Dokładnie to zawiasem, ale mniejsza z tym. Potrzebna mi
fachowa pomoc w pewnej... nazwijmy to delikatnej sprawie.
- O! Czyżby trzeba było amputować narzędzie zbrodni? -
zaśmiał się Hill.
- Nie żartuj sobie! To poważna sprawa. Za ile kończysz?
- Za jakieś trzy godziny o ile operacja się powiedzie.
Siostro znieczulenie!
- W takim razie widzimy się u ciebie?
- Ta... A co tak pika? Pacjent zszedł?
- Nie no jeszcze leży... - usłyszałem w tle pielęgniarkę
Że też on jeszcze ma prawo wykonywania zawodu....
***
Wreszcie wolny od tej chorej placówki pojechałem pod
rezydencję mojego drogiego lekarza. Jak się okazało do jego płotu przybity na
gwoździu był rybi łeb oraz kawałek kartki z napisem: Nie zadzieraj z nami
leszczu.
- Pieprzeni farmaceuci - usłyszałem za sobą głos staruszka.
- To farmaceuci? - zdziwiłem się.
- No pewnie. Te cymbały myślą, że będę wciskał ludziom
niedziałające leki. Takiego wała - Walter jednym ruchem zerwał kartkę i zawinął
w nią rybę - chodź do domu i pochwal się co ci się tam stało.
Ruszyłem za Hill'em do domu. Zrzuciłem torbę w przedpokoju,
potem buty i wraz z gospodarzem poszedłem do salonu.
- No to słucham, co to za niecierpiąca zwłoki sprawa?
- To ciutkę krępujące ale wyskoczyło mi nagle takie o -
opuściłem spodnie.
Walter aż zagwizdał z podziwu.
- Niezłe, ale wiesz, że z tym to raczej nie do mnie. Jestem
chirurgiem, zajmuję się wycinaniem guzów, amputacją kończyn i szyciem, a nie
jakimiś tam wypryskami.
- Znaczy nie wiesz co to jest?
- Jak dla mnie jakiś syf. Czyżby udało ci się zaruchać?
- Ja.... znaczy..... - chyba się ciut zarumieniłem.
- Bardzo krzyczał?
- Co?
- Czy bardzo ten dzieciak krzyczał jak go z przedszkola
porywałeś - zaczął rechotać okularnik.
- Wal się Walter, to poważna sprawa! - naburmuszyłem się.
- No już dobra, dobra - staruszek wytarł oczy - zadzwonimy do
Nicole - zaproponował, wyciągając ze swojej teczki laptopa.
- A będziesz umiał się nim posłużyć? Wiesz to nie być nic do
walenia dzidą.
- Zamknij się - warknął, a potem zaczął w nim grzebać.
Niebawem komputer zaświszczał i poprosił hasło. Walter
poprawił okulary i zaczął powolutku wpisywać kolejne litery. W końcu po jakichś
piętnastu minutach komputer był gotowy do pracy. Staruszek odpalił Skype i
począł szukać wśród adresów córki. Za jakąś chwilę, w czasie której zdążyłem
ubrać się oraz zrobić nam obu herbaty, usłyszałem charakterystyczne pykanie.
- No, hej tata. Co tam? Dostałeś w reszcie parchów od tych
truposzy?
- Chciałabyś - uśmiechnął się siwowłosy - Kochanie była byś w
stanie udzielić mojemu koledze porady medycznej?
- Em... Zależy jakiej.
- Nic wielkiego - powiedział Hill - tylko obejrzysz pewne wypryski
i powiesz co go ugryzło.
- No ok, tylko zamknę drzwi żeby mi nikt nie
przeszkadzał...Dobra, dawaj te krosty! Ooooo... - pokręciła głową kiedy Walter
przystawił kamerkę bliżej.
- Jest bardzo źle? to AIDS!? - spytałem przestraszony.
- No co ty, głupoty gadasz, żadne AIDS.
- Opryszczka?
- Nie, to mi wygląda na.... ojciec, a weś tą książkę co ode
mnie dostałeś na zeszłe urodziny. Chyba na stronie 834 powinno być coś
podobnego.
- Na której? - Walter zabrał się za przeszukiwanie regału.
- Na 834, lewy górny róg, trzecie zdjęcie od dołu -
kontynuowała, dalej bacznie oglądając moje zmiany skórne - wiesz gdyby nie
kamerka to powiedziała bym, że to półpasiec.
- Czy to zaraźliwe? - Spytałem wystraszony.
- Jak cholera! I śmiertelne!
- Nicole, nie rób se z chłopaka jaj - mruknął znad książki
Walter - śmiertelne to zaledwie w kilku procentach przypadków.
- No tak, bo reszta to ciężkie kalectwo - zaśmiała się
ironicznie ruda - Tak czy inaczej zapisz mu jakieś zasypki wysuszające i
przeciwzapalne.
- Zwolnienie na tydzień? - jęknąłem.
- Na dwa minimum - stwierdziła pani Gips.
- Kochanie co ty robisz, i dlaczego pan Pedro jest pół nagi?
- spytał Joe, wchodząc do pokoju z Killer'em
- Dostał jakichś wyprysków na tyłku i musiałam mu udzielić
konsultacji - odparła rezolutnie Nicole.
Super, jeszcze niech rozpowie sąsiadkom - pomyślałem, akurat
gdy za Joe'ym pojawiły się jeszcze dwie inne osoby z psem.
Szybko zacząłem się ubierać.
- Kochana, pospiesz się bo nam najlepsze miejsca zaj... co to
za? - widać było, że blondyna szuka odpowiedniego słowa.
Czyżby za mała baza danych? XD
- To my się żegnamy - powiedział Hill, podnosząc laptopa.
- Ej, powiedz jeszcze od czego to mogę mieć!? - zawołałem,
widząc jak Killer szarpie za kabel od zasilacza.
- To kropelkowo, wies...
Niestety przez tego pieprzonego kundla Nicole się wyłączyła,
a ja zostałem sam na sam z Walterem.
- Czy to weneryczne? - spytałem wreszcie Hill'a
- Bo ja wiem, to nie moja działka... - wzruszył ramionami
staruszek, szukając w teczce jakichś zapasowych recept.
Nigdy więcej imprez u Gid'iego i żadnego przygodnego seksu.
Teraz to tylko półpasiec, a kto wie czy za następnym razem nie będzie co
gorszego...
- Jak to kropelkowe to jeszcze przydało by się zadzwonić
do... - znów usłyszeliśmy pikanie Skype.
Hill odebrał.
- O cześć tato - usłyszałem głos Mike'a - widzisz, jest taka
sprawa, że... małe mają ospę i chcieliśmy cię ostrzec przed półpaśce... o cześć
Pedro.
- Dobry - uśmiechnąłem się niewinnie, czytając książkę od
Nicole.
- Obie? - spytał rzeczowo Walter.
- No...
- O Wuja! - do kamerki dorwała się Tina - Wuja, a ty tes mas
takie klostki jak ja na twazy!? - zapiszczała, pokazując czarne kropki.
- Tak, znaczy nie, znaczy... w innym miejscu.
- A gdzie?
Kurde, bądź tu mądry przy dwóch lekarzach. Jak inaczej
powiedzieć, że prawie na tyłku?
- Na plecach - wybrnąłem jakoś.
- Biedny wuja, mas causki - zawołała brudzac ekran laptopa.
- I nawzajem - pocałowałem dłoń i dmuchnąłem w jej kierunku.
Ta zapiszczała szczęśliwa.
- A wieś, zie telas bede w domu dłuugi ciaś?
- No, ja tak jakby też...
- O, a baldzio długo?
- Dwa tygodnie...
- Może cię małe zaraziły - wysunął hipotezę Mike, po pewnym
czasie paplaniny córki.
- Ale jak? - czy on coś podejrzewa!?
Tylko, że ja w ogóle to ich nie macałem ani nic, byłem
grzeczny. Kobiet nie tykam!
- Drogą kropelkową, któraś mogła na ciebie kaszlnąć, no
wiesz...
Czyli mogłem się zarazić w tej cholernej szkole... Super, jak
nie jamnik, to 6F albo półpasiec.

Komentarze
Prześlij komentarz