cz.13
January 23
Do
szkoły wróciłem już jakiś czas temu ale dostałem tak dużo karnych nadgodzin w
świetlicy, że nie miałem absolutnie na nic siły. Teraz doceniam bycie tylko
wuefistą i bark obowiązku sprawdzania napisanych na kolanie bazgrołów.
Dziś
od rana pilnuję dzieciaków na harcówce póty do nich nie przyjdzie Amber.
Amber
to kierowniczka świetlicy, taka dobrotliwa, ponad dwumetrowa murzynka z długim,
hebanowym warkoczem sięgającym jej do pasa.
Przemiła
osoba, chodź czuję się przy niej ze swoim metrem osiemdziesiąt sześć jak
krasnal.
Ona
jak by chciała to podejrzewam, że mogłaby zrobić sobie z mojej głowy
podłokietnik!
- Pse pana, a on się bije! - za ubranie
pociągnęła mnie jakaś na oko dziesięcioletnia dziewczynka w oczojebnej, różowej
spódniczce.
- Już idę – westchnąłem, podnosząc się z
krzesła i zostawiając miętową herbatę oraz gazetę na biurku – kto się bije? -
spytałem małej.
- Oni! - zapiszczała wskazując na dwóch
chłopców walczących na kciuki przy jednym ze stoliczków.
- Oni się tylko bawią rękami, a nie biją –
wyjaśniłem – nic się nie dzieje, wracaj do zabawy – powiedziałem do
dziewczynki.
- Ale...
Nie
słuchałem jej dalej, tylko wróciłem do biurka i zająłem się rozwiązywaniem
krzyżówki.
Byłem
przy trzecim haśle gdy znów do mnie podbiegła ta sama mała dziewczynka.
- Pse pana, pse pana!
- Co znowu? - spytałem znudzony.
- A one rzucają piłkami o szybę!
- Co? - zdziwiłem się i wstałem, aby
sprawdzić.
- Tam! Tam! W szatni! - zapiszczała,
wybiegając na korytarz.
Powlokłem
się nieco jeszcze zaspany we wskazane miejsce. Jak się okazało dziewczynki w
istocie rzucały o szybę, ale nie piłkami tylko kulkami papieru.
- Dziecko, nic się nie dzieje, daj spokój –
mruknąłem, znów wracając na swoje miejsce.
Nie
minęło dziesięć minut, a ponownie przybiegła do mnie ta sama mała skarżypyta.
- Pse pana, pse pana!
- Czego znów chcesz? - warknąłem, mając jej
serdecznie dość
- Bo oni bawią się zapałkami.
- Nie kłam i daj mi spokój – burknąłem,
wracając do czytania gazety.
- Ale oni się bawią!
- Ja też się bawię – mruknąłem, zastawiając
się nad gatunkiem ptaka z europy o czerwonym brzuszku.
Nagle
usłyszałem alarm przeciwpożarowy. Szybko nakazałem ewakuację przez drzwi.
Dzieci wybiegły w popłochu na podwórko, a ja zacząłem szukać źródła ognia.
Jak
się okazało w istocie jakiś gnojek się zbawiał zapałkami w pobliżu czujnika
dymu.
- Oddawaj to natychmiast! - zawołałem do
dzieciaka.
Na
co tamten pokazał mi język i zaczął uciekać.
- Wracaj tu! - ruszyłem w pościg po pustej
świetlicy.
- Nie złapiesz mnie staruszku! - wołał
dwunastolatek, lecąc w stronę drzwi.
Zgrzytnąłem
zębami i przeskoczyłem stół by szybciej dorwać smarkacza, który niebezpiecznie
zbliżał się do wyjścia, rzucając w moją stronę zapalone zapałki.
- Spłoń ty g... - nie dokończył,bo zderzył się
z nogami Amber.
- Adrianku co ty robisz? - spytała, kucając
przy podpalaczu - Małym dzieciom nie wolno się bawić zapałkami – powiedziała
spokojnie.
- Wiem – odparł, uśmiechając się promiennie –
dlatego rzucałem w pana by się pobawił.
Zaczynam
mieć przeświadczenie, że uczę w szkole dla dzieci specjalnej troski -,-
***
Kiedy
wszedłem do szkoły musiała trwać lekcja gdyż korytarz świecił pustkami. Z
zadowoleniem minąłem kanciapkę woźnej i ruszyłem po dziennik. Idąc do pokoju
nauczycielskiego zauważyłem ten sam kramik z kartkami walentynkowymi.
Może
jednak napiszę do Daniela... - westchnąłem - Raz kozie śmierć.
- Dzień dobry, po ile kartki?
- Te duże, brokatowe sześćdziesiąt centów, te
mniejsze białe pięćdziesiąt, a tamte serduszka to po dwudziestce.
- W takim razie jedno serduszko – uśmiechnąłem
się przyjaźnie i wręczyłem uczennicy banknot – reszty nie trzeba.
Dziewczyna
zachichotała, ale nic nie powiedziała tylko podała mi walentynkę. Zabrałem
serduszko i poszedłem do siebie.
Dobrze,
że mam gazetę. Tylko jeszcze muszę skądś klej i nożyczki skołować – pomyślałem,
przekraczając próg pokoju nauczycielskiego.
Wewnątrz
Pointer sprawdzała testy, oczywiście z piersiówką na podorędziu, a przy jednej
z szafek klęczał facet od techniki.
- Hej – skinąłem im, podchodząc do korkowej
tablicy – Ej, mogę pożyczyć nożyczki i klej? - spytałem żółtoskórego.
- Pewno, weś sobie z torby – powiedział
okularnik, dalej walcząc z meblem.
- Dzięki Yong – uśmiechnąłem się, zabierając
rzeczy.
- Yang – burknął skośnooki – czemu nikt nigdy
nie pamięta!?
- Bo jesteście z Yongiem podobni – mruknęła
Pointer, nie odrywając wzroku od testów.
- Nic podobnego! - oburzył się Zhu – zupełnie
się różnimy! Ja mam oczy koloru obsydianu – tu wskazał na swoje, skryte za
okrągłymi okularami, skośne patrzały – a on grafitowe, ja mam złocisty odcień
skóry – wydął policzki - on bursztynowy!
- Ta, chciał byś – zarechotała biologica -
jedyne czym tak na prawdę się różnicie to okulary.
- Wcale nie! - zawołał rozsierdzony Chińczyk,
splatając ręce na piersi, w tym jednak momencie trzasnęła szafka i poleciały na
niego zgromadzone na półkach książki.
***
Poniewież
miałem jeszcze chwilę wolnego przed kolejnymi zajęciami zająłem się wycinaniem
liter z czasopisma, na życzenia. Nie chciałem by poznał mój charakter pisma.
Jeszcze mogłoby się to wydać i Oliver wywaliłby mnie na zbity pysk, a ja już
prawie spłaciłem ten pieprzony kredyt na mieszkanie.
Literki
były nierówne i kompletnie nie chciały dać się przykleić.
Po
dwudziestu minutach bezcelowych wycinanek stwierdziłem, że absolutnie nie mam
talentu plastycznego, a moja walentynka wyglądała jak psu z gardła wyjęta. Cała
świeciła od kleju.
- Może jak zaschnie to będzie lepiej –
szepnąłem, wyjmując rzeczy.
W
czasie gdy ja poszedłem się przebrać do kantorka weszła Kate i jak zwykle
rozwaliła wszystko co jej na całej powierzchni biurka
- Hej, Pedro – rzuciła, otwierając jakiś
gazowany napój.
- Hej – odparłem, zawiązując sznurek w dresach
– co tam? - spytałem przez kotarkę.
- Spoko, wiesz, że nasza drużyna piłki nożnej
awansowała i w przyszłym miesiącu odbędą się pierwsze rozgrywki.
- Super – ucieszyłem się, wychodząc – a kogo
zgłosiłaś do opieki?
- No jak to kogo, ciebie.
Ja
sam, samiuteńki i dwunastu ładnych chłopców... to złe połączenie.
- Nie wiem czy będę mógł... - spróbowałem się
jakoś wykręcić.
- Będziesz musiał, dyro już się zgodził.
Cholera
– pomyślałem, sprawdzając w dzienniku czy dziś są jakieś zaliczenia.
- Nie martw się, będę wam kibicowała.
- Super – mruknąłem – a kiedy to to będzie?
- Napiszę ci mejlem jak mi przyślą info.
- Dobrze – w tym momencie zadzwonił dzwonek,
więc ruszyłem do wyjścia
- To do zobaczenia później Pedro! – zawołała,
zabierając swoje ciuchy do przebieralni.
***
Po
męczących czterdziestu pięciu minutach wyjaśniania na czym polega gra w
baiseballa miałem serdecznie dość.
Jak
można być tak głupim by wsadzać sobie kask w majtki i twierdzić, że to ochraniacz
na ptaszka. Jak? Ja się pytam, jak?
W
każdym razie, nareszcie mogłem wrócić do kantorka i coś przekąsić oraz
sprawdzić jak tam moja walentynka.
Szedłem
spokojnie korytarzem kiedy nagle usłyszałem czyjeś krzyki.
- Jak śmiesz mnie rzucać!? - zawyła jakaś
blondyna, szarpiąc z tego co się orientowałem kapitana drużyny football'owej.
- Jesteś nie do zniesienia! - zawołał blondyn
odpychając ją.
- Ale Noah... Panie Delashit proszę mu coś
powiedzieć – zawołała, podbiegając do mnie i szarpiąc mnie za rękaw.
Zrobiłem
wielkie oczy. Czego Ona chce? - O.o
- Nie. Żegnaj Jessica! - powiedział stanowczo,
zostawiając szóstoklasistkę samą sobie.
Nastolatka
wybuchnęła płaczem, mocząc mi ortalion.
- Może chcesz... - zawahałem się widząc jak
spod makijażu wyłaniają się pola trądziku – chusteczki...
- Wredny, dwulicowy bydlak. J-jak on mógł... -
zaczęła płakać – a ja go tak kochałam, a on... on...
- Tacy chłopcy czasami są, może poszukaj kogoś
innego – zaproponowałem nieśmiało.
- Kogoś innego? - spytała ocierając łzy - Tak!
To świetna myśl! - zawołała nagle - będzie mnie jeszcze błagał o powrót –
powiedziała z szatańskim uśmiechem na ustach – Dziękuję panie Delashit –
pocałowała mnie w policzek, po czym wyrwawszy z moich rąk pudełko z chustkami
poleciała.
Wiem,
że jestem ułomem w sprawach damsko-męskich ale czy ktoś mi wyjaśni co się tu
właśnie stało?
***
Od
dobrych pięciu minut szukałem swojej walentynkowej kartki. Niestety w żadnym
miejscu nie było po niej ani śladu. Znaczy były po kleju ale nigdzie konkretnie
nie prowadziły. Nagle przyszła mi do głowy okropna myśl.
- A co jeśli moja kartka przykleiła się do
ciuchów Kate? - szepnąłem, rozglądając się za rudowłosą.
Zadzwonił
dzwonek. Lekcja minęła, musiałem lecieć na dyżur ale wychodząc dostrzegałem w
pokoju nauczycielskim Karter.
Dobra,
dzieciaki zaczekają – pomyślałem, zbiegając do niej.
Gdy
wpadłem do środka po zwalczeniu schodów okazało się, że ruda wyszła tylnymi
drzwiami.
Co
ona kurna teraz ma?
- Kate! - złapałem ją w końcu po chwili biegu.
- Co jest Pedro?
- Bo widzisz... - no nie powiem jej przecież,
że pisze walentynkę, bo natychmiast będzie się chciał dowiedzieć dla kogo ona
jest – wydawało mi się, że masz dziurę w dresie ^^;
- Gdzie!? - zaczęła momentalnie wypinać się na
wszystkie strony.
W
pewnej chwili zauważyłem ślady kleju więc złapałem ją za pośladki, aby się
zatrzymała.
- Jest!? - pisnęła przestraszona.
- Nie – odparłem, myśląc gdzie kartka mogła
się jeszcze przykleić.
- Uff, dobra, to ja lecę – rzuciła, szybko
znikając na schodach.
Boże,
więc gdzie jest to cholerne serduszko– pomyślałem wracając na swój korytarz.
Wtem
zauważyłem niewielką, czerwoną karteczkę przyklejoną do dziennika niesionego
przez Green.
- Lis poczekaj! - zawołałem do blondynki.
Jednak
niestety nauczycielka mnie nie usłyszała i znikła gdzieś w tłumie dzieciaków.
Próbowałem się do niej jakoś przedrzeć ale to niewiele dało.
Prąd
uczniów był zbyt silny i za chwilę wyniósł mnie gdzieś w okolice klasy chemika.
Byłem
święcie przekonany, że już swojej walentynki nie odzyskam ale wtedy dostrzegłem
ratunek, woźna dobyła wózka.
Za
zaporą z jej mopowozu jakimś cudem wróciłem na właściwy korytarz. Lis jednak
przepadła jak kamień w wodę.
Może
poszła do swojej sali – pomyślałem, rozglądając się po holu.
Ruszyłem
do jednej z pracowni angielskiego sprawdzając ukradkiem czy nikt mnie nie
podgląda.
- A ty gdzie się wybierasz? - usłyszałem za
sobą nieprzyjemny głos.
- Em – zobaczyłem dyrektora – D-do toalety...
sprawdzić czy tam nikt nie pali?...
- Doprawdy? - Oliver zmierzył mnie wzrokiem od
stóp do głowy.
- Uhum – pokiwałem głową z przepraszającym
uśmiechem.
McMillan
westchnął ale chyba przyjął moją wymówkę i zniknął w pokoju nauczycielskim. Ja
tymczasem udałem, że na prawdę zmierzałem do wucetu. Zajrzałem tam oczywiście w
razie gdyby dyro mnie podglądał, po czym ruszyłem na poszukiwania Green.
W
tym dziwnym dniu nie miałem za wiele szczęścia kobiety tam ni cholery nie było,
siedział za to Daniel i przepisywał jakieś zadanie z tablicy.
Westchnąłem,
był tak skupiony na nauce, że mnie w ogóle nie zauważył.
Miałem
taką okropną ochotę zrobić mu zdjęcia albo podejść do niego i niby to
przypadkiem pogładzić go po włosach pytając „co tam malutki”, jednak się
powstrzymałem i z głupkowatym uśmiechem opuściłem salę.
Jestem
dobrym pedofilem, nie napastuję dzieci – zgrzytnąłem zębami, rozglądając się po
pozostałych salach – kurcze, czuję się tu jak wilk w owczarni, tuż pod nosem
gospodarzy. Jeden fałszywy ruch i... - z zamyślenia wyrwała mnie podstawiona
noga, o którą się oczywiście potknąłem.
- Och, czyżby kupa mięśni nie umiała chodzić?
– zakpił Chemik.
- Och, nie wiedziałem ze dziś Halloween, a
nie, to tylko twoja twarz.
Terry'ego
wyraźnie podrażniła moja wypowiedź.
- Pacan – prychnął, po czym pokazał mi język.
- Pedał – burknąłem.
- Oskarżę cie o zniesławienie! Zobaczysz, że
Oliver cię wywali! - zapiszczał tym swoim irytującym głosikiem
- Gadaj zdrów – zaśmiałem się sucho.
- Oż ty... - wyciągnął zza pazuchy jakąś
fiolkę z dziwną, żółtą substancją.
- Zapraszam – uśmiechnąłem się, palcem
wskazując zawieszone w połowie korytarza wiecznie patrzące oko kamery.
- Głupia, kupa mięcha – rzucił chowając kolbę
z powrotem do kieszeni i znikając.
- I kto tutaj jest dziecinny – westchnąłem
zmierzając w pobliże sklepiku szkolnego gdzie mignęły mi znajomo blond włosy i
zielone spodnie dzwony.
Miałem
rację Lis poszła na stołówkę coś sobie kupić. Znając ją pewnie znów wykupi
wszystkie banany, a potem będzie marudziła, że tak mało owoców sprzedają.
W
ręku anglistki znajdował się dziennik, a do jego okładki przyklejona świeciła
moja walentynka.
Chciałem
podejść po cichutku i ją odkleić jednak, jak się potem okazało nie tylko brak
mi zdolności plastycznych ale również złodziejskich.
- Co tam chcesz Pedro? - spytała nagle Green.
- Wiesz... potrzebuje jedną rzecz sprawdzić
^^;
- Jaką?
- Noż dalej nie mogłaś zajść – usłyszałem
nagle Pointer – dawaj ten dziennik, zaraz się przerwa skończy – warknęła
zabierając blondynce brulion.
- Ir...
- A ty co tu robisz? - znów namoknąłem się na
dyrektora.
- J-ja?
Szybko,
wymyśl coś głupku!
- Chciałem sobie sprawdzić cenę wody, bo
poczułem się spragniony od tego pilnowania
- To szybko sprawdzaj i wracaj na dyżur –
warknął Oliver.
- Tak jest – zasalutowałem i zwiałem ile sił w
nogach.
Wracając
na patrol cały czas szukałem Irene. Pewnie była u siebie w sali, ale to za
daleko od mojego korytarza, jeszcze by mnie Oliver przyłapał.
- Kurde, słabo... - westchnąłem, obserwując
przesuwające się po korytarzu grupki uczniów.
Nuda,
marazm, nic się nie dzieje, siedzę se i nic się nie dzieje. Przebiegł jakiś
uczeń z papierem toaletowym przyklejonym do buta, mignął mi woźny z pudłem
żarówek, woźna wynosiła kubeł obklejony jakimiś czerwonymi wycinakami, dwie
dziewczynki pokłóciły się o kolor pomad...
Czekaj!
Wycinanki!
Na
brzegu kubła świeciła brokatem moja walentynka!
Momentalnie
zerwałem się z miejsca i pognałem za Muriel. Na szczęście starowinka się za
bardzo nie spieszyła. Podeszła do jednego ze śmietników korytarzowych i poczęła
wywalać wszystko co w nim było do swojego kubła. Nagle gdzieś na bok odskoczyła
jej butelka. Kobieta schyliła się by ją podnieść, a ja tym czasem zabrałem
serduszko.
Już
byłem taki szczęśliwy i w ogóle, że je odzyskałem ale moja radość nie trwała
długo, bo w tym momencie oberwałem drzwiami otwartymi przez silny przeciąg.
Kartka zaś pofrunęła Bóg wie gdzie.
Biednemu
to zawsze wiatr w oczy -,-
***
Do
domu wróciłem koło siedemnaste przez potworne korki spowodowane remontem
jednego z pasów. Wszedłem na klatkę i już od progu usłyszałem wycie Pucusia
- Za jakie grzechy – jęknąłem, wchodząc na
klatkę.
- Och Pedro, słuchaj mógł byś przez moment
popilnować Wilhelma i Pucusia? Muszę odebrać paczkę.
- Em dobrze... ale czemu skoro Wilhelm....
- Śpi, zajmiesz się moim liskiem? - spytała
błagalnym tonem.
Nie
miałem serca jej odmówić mimo potwornego zmęczenia.
- Dobrze ciociu... - westchnąłem odbierając od
niej ten mały rudy klakson.
Lis
polizał mnie w policzek i poleciał szukać Teo.
Westchnąłem
i ruszyłem za rudzielcem do domu. W pierwszej kolejności po wejściu i umyciu
rąk postanowiłem rzucić rzeczy do prania, a potem zrobić zwierzakom kolację,
aby mi zanadto nie marudziły.
W
tym celu wstawiłem wodę do gotowania i wyjąłem puszkę z lodówki. Nie chciałem
by zwierzaki jadły zimne dlatego miałem zamiar zalać zimną karmę wrzątkiem.
Podczas
gdy czajnik się grzeje ja może sobie odpalę jakiś program przyrodniczy czy coś
– pomyślałem, przegrzebując kanapę.
W
telewizji leciały najzabawniejsze zwierzęta świata. Usiadłem i zacząłem
oglądać. Po niedługiej chwili dołączył do mnie Teodor i chodzący za nim krok w
krok Puc.
Rozgonili
się u mnie na fotelu i zadowoleni jak rzadko w ciszy oglądali ze mną telewizję.
Wszystko
było pięknie do momentu zawycia czajnika, wówczas oba zwierzaki jak na komendę rzuciły
się galopem do kuchni, a ja podążyłem za nimi.
Zgasiłem
czajnik wyjąłem miski i chciałem położyć je na blacie ale...
- Puc, złaś ze stołu – burknąłem zdecydowanym
ruchem zganiając lisa z lady.
Ledwie
to uczyniłem na blat wskoczył Teo.
- Pogłupieliście? I gdzie ja mam wam
postawić te miski?
Pucuś
szczeknął coś i zakręcił się w kółeczko.
Zgoniłem
kocura i zająłem się nakładaniem im obu jedzenia.
Czując
piękny zapach oba zwierzaki momentalnie zaczęły się o mnie ocierać utrudniając
krzątanie się po kuchni.
- Ja pierniczę, opanujcie się - warknąłem na
nich oboje delikatnie odsuwając rudzielca nogą.
Lecz
w tym momencie pod kapcie wlazł mi Teo skutkiem czego stanąłem mu na ogonie a
on zawył jak dziki co mnie wytaszczyło na tyle bym się potknął o Pucusia i
wylądował twarzą w misce.
Super,
ten dzień nie mógł być lepszy, czyż nie?
***
W
reszcie po nakarmieniu futrzaków, które poszły gdzieś na sjestę, mogłem zająć
się i swoim posiłkiem.
Nagrzałem
piekarnik i wstawiłem do niego kupiona po drodze mrożoną pizzę.
Znów
nastawiłem wodę jednak tym razem na herbatę i postanowiłem dokończyć kwestę
prania. Znaczy zamknąłem drzwiczki pralki, wsypałem proszku nastawiłem program
i wyszedłem.
Wszystko
super, jedzonko się robi, pranie się pierze, może jeszcze coś ciekawego będzie
w telewizji. Sięgnąłem po pilota i zdałem sobie sprawę, że w domu od karmienia
jakoś tak cicho się zrobiło.
Mech,
w sumie to nawet lepiej. Nie będę musiał wysłuchiwać koncertów tego cholernego
rudzielca albo serenad Teofila.
Włączyłem
wiadomości. Gdzieś gwałt, w innym stanie podwójne morderstwo, u nas odkryta
jakaś afera meilowa czy inne tałatajstwo.
Nie
wiem czy to pycha ale czułem się z siebie dumny. Żyję tyle lat ze swoim
schorzeniem, a jeszcze nigdy nikomu nie zrobiłem krzywdy.
No
właśnie, Jeszcze... to słowo cały czas wierciło mi dziurę w brzuchu, jak by to
był jakiś wyrok, że i tak to kiedyś zrobię. Nie dziś to za tydzień, miesiąc,
rok... - wzdrygnąłem się.
Czy
jestem skazany mimo, że dany czyn jeszcze się nie wydarzył?
No,
niby to nie „Raport mniejszości”gdzie ludzi zamykali za wykroczenia, których
nie zdążyli popełnić. Ale czy gdybym żył w tamtym świecie to mnie też by
zgarnęli?
Wiem,
że stanowię czynnik podwyższonego ryzyka, ale skoro tamci jasnowidztwie
potrafili zobaczyć to co miało się zdarzyć to czy uzyskał bym od nich odpowiedź
na swój temat?
Czy
będę kolejnym gwałcicielem? Osobą złą do szpiku kości, żądną jedynie
zaspokojenia swoich chorych potrzeb...
Zgasiłem
telewizor. Nie miałem na niego siły.
Nie
dzisiaj – pomyślałem, nagle słysząc miauczenie w korytarzu.
- Teuś co ci? - spytałem, podnosząc się ospale
z kanapy.
Kot
przetruchtał przedpokój i wbiegł do pokoju by za chwilę zniknąć w kuchni
miaucząc wniebogłosy.
- O co ci chodzi? - spytałem idąc powoli za
nim.
Wtem
usłyszałem żałosny jęk z okolic kibla. Szybko wpadłem do łazienki pralka
wirowała, a kot stał opierając się o drzwiczki i próbował drapać.
- O cholera! - zakląłem momentalnie gasząc
maszynę.
Kucnąłem
i szybko otworzyłem drzwiczki.
Z
wnętrza wyszedł, a właściwie wytoczył się pachnący Perwoll'em Pucuś.
Spojrzał
na mnie swymi ślicznymi, bursztynowymi oczkami, po czym rzygnął.
Jak
widać biednemu w oczy nie tylko wiatr...
– pomyślałem widząc jak kartka szybuje w dół
po schodach.
Wychyliłem
się i w tym momencie zobaczyłem jak wpada wprost do pudełka z napisem „Kartki
walentynkowe” niesionego przez jedną z organizatorek serduszkowej akcji.
A
więc jednak czasami szczęście się nawet do pedofila uśmiecha – pomyślałem po
raz pierwszy tego dnia z radością przyjmując dzwonek na lekcje.

Komentarze
Prześlij komentarz