cz.6
December
22 th
Z
rana około godziny siódmej obudziło mnie przeciągłe miauczenie Teo.
- Kiciu jeszcze dwadzieścia minut – mruknąłem,
przewracając się na drugi bok i nakrywając głowę poduszką.
Kociak
był jednak nieustępliwy.
- Teo, odczep się. Daj mi pięć minut... -
ziewnąłem.
Kot
na moment umilkł i zniknął. Zadowolony ponownie wtuliłem się w kołdrę. Nie wiem
ile minęło minuta może dwie... nagle poczułem, że coś wskoczyło na łóżko a
potem cztery ciężkie punkciki przeszły po moim brzuchu i zatrzymały się na
torsie.
Pewnie
zaraz się położy – pomyślałem.
Myliłem
się.
- Fe! Co to jest! - poderwałem się do pionu i spojrzałem
na mokrą, kocią zabawkę, którą Toe rzucił mi na twarz – TOE!
Kociak
skrył się pod łóżkiem i udawał, że go nie ma.
Pokręciłem
z dezaprobatą głową, po czym zerknąłem na zegarek. Było dwadzieścia po siódmej
więc nie miałem już czasu na dalsze leniuchowanie.
- Chodź łobuzie, śniadanie ci zrobię –
westchnąłem, ścieląc łóżko.
Kocur
momentalnie znalazł się w progu kuchni.
***
Wychodząc,
zabrałem śmieci sąsiadów i ruszyłem na dół.
Dziś
dzień Wigilii klasowych więc nawet mimo mało przyjemnej pobudki humor mi
dopisywał.
Do
szkoły dotarłem za pięć ósma akurat na zajęcia. Kate walczyła ze sztucznymi
rzęsami, a ja sprawdzałem czy dziś dzieciaki nie powinny mieć jakiegoś
zaliczenia.
Niestety
nie, ale to nic. Zarządziłem grę w siatkę oczywiście najpierw z rozgrzewką.
Po
jakichś dwudziestu minutach rozpoczęliśmy mecz. Były dwie drużyny i w ogóle
spoko. Znaczy póty co tylko dwie osoby oberwały w głowę.
Właśnie
zaczynaliśmy trzeciego seta. Gwizdnąłem dając znać serwującej dziewczynie do
rozpoczęcia akcji. Piłka poleciała nagle drzwi się otworzyły.
- Ped... - rozpędzona piłka walnęła dyrektora
prosto w głowę.
- Dyrektorze! - podbiegłem do Olivera –
wszystko w porządku? Nina dwadzieścia pompek ale już!
- Przepraszam! - zawołała reprezentantka
szkoły w rzucie kulą.
- Żyje pan?
- Nienawidzę tej szkoły...
***
Jak
się potem okazało Mcmillan chciał mi tylko przekazać informację o tym, że
spotkanie wigilijne będzie na dużej przerwie oraz, iż sekretarka się
pochorowała.
No
cóż nieszczęścia chodzą po ludziach.
- A i jeszcze jedno, Pedro coś ty zrobił
Terry'emu?
- Ja? - udałem zdziwienie.
- Och nie kręć, o co wam znów poszło?
- Nie przypominam sobie bym ostatnio coś mu
robił.
- Pedro, chodzi z zabandażowanym nosem od
trzech dni i klnie na ciebie. Nie możliwe by to robił bez powodu.
- No dobra mogłem go przypadkiem rąbnąć
choinką.
- C-co? Ale jak?
- Zwyczajnie nazwał mnie „górą mięsa”, więc
się do niego odwróciłem i no cóż... oberwał.
- Jezu, jak dzieci. Masz go koniecznie
przeprosić.
- Nie mam najmniejszego zamiaru, póty on nie
przeprosi mnie pierwszy – splotłem ręce na piersi.
- Masz go przeprosić to polecenie służbowe.
To
zakończyło naszą dyskusję.
***
Szedłem
właśnie na lekcje z Fatalną Szóstką. Tak nazywamy pewną klasę, której wychowawcą
jest nie kto inny jak ta cholera chemik. Te dzieciaki to potwory nie do
opanowania. Co roku ogarniają na moja lekcje jakiś głupi kawał.
Dwa
lata temu było to wrzucenie moich adidasów na dach szkoły, trzy, nawpychali mi
zdechłych much do torby, a w zeszłym wysmarowali nauczycielki kibel gównem.
Do
dziś z Kate wolimy korzystać z tego dla uczniów .-.
Swoją
drogą ciekawe co w tym roku gnojki wymyślą? Muszę być bardzo ostrożny –
pomyślałem rozglądając się po korytarzu.
Było
jakoś dziwnie cicho... zdecydowanie za cicho.
Wtem
do moich nozdrzy dotarł subtelny zapach spalenizny.
Przed
oczami momentalnie przebiegła mi setka strasznych scenariuszy. Poleciałem więc
tropem smrodu, który zaprowadził mnie wprost do siłowni.
Zza
białych drzwi buchały tumany szarego dymu. Pędem porwałem gaśnicę i wszedłem do
płonącego pomieszczenia. Wewnątrz palił się stosik makulatury z dala od
urządzeń. Migiem wyrwałem zawleczkę i odpaliłem gaśnice, ale z tej nie chciało
nic lecieć.
Kurna
czyżby była przeterminowana? - pomyślałem, w panice zaglądając do wnętrza
czarnej rury.
Nagle
buchnął na mnie strumień białej piany. Szybko otrząsnąłem się z pieszego
zdziwienia i zabrałem za gaszenie, totalnie zapominając przy tym o drzwiach.
Gdy
skończyłem usłyszałem tylko głuchy huk drewna uderzającego o metalową framugę,
a potem pod moje stopy potoczyła się wykręcona klamka.
Te
bydlęta mnie tu zamknęły!
- Otwierać! Wracać! Bo postawie wam wszystkim
uwagi! - zawołałem waląc w drzwi - Obniżę wam zachowanie! Dostaniecie jedynki i
wezwę waszych rodziców! - zagroziłem.
- Gadaj zdrów! - usłyszałem śmiechy zza drzwi.
***
Po
godzinie wzywania pomocy, moje wołania zostały w końcu przypadkowo usłyszane
przez Pointer. Kurcze, po raz pierwszy się tak bardzo cieszyłem widząc jej
poprzecinaną zmarszczkami czasu twarz. Nie umiałem się opanować i z tej radości
aż ja podniosłem.
- Pedro, wiem, że się cieszysz ale jeśli nie
puścisz mnie w ciągu pięciu sekund będę zmuszona użyć noża.
- Wybacz! - puściłem ją momentalnie.
- A teraz słucham, czemu siedziałeś zamknięty
w siłowni?
- Powiedzmy, że miałem spotykanie trzeciego
stopnia z Fatalna Szóstką.
- Ok, to wszystko wyjaśnia. Chodź na Wigilię,
opowiesz wszystko Oliverowi.
- Może Terry też w końcu dostanie burę... -
westchnąłem – tylko pozwolisz, że się najpierw nieco no wiesz... – wskazałem na
swoje brudne od gaśnicy ubranie.
- Ta, tylko się pośpiesz.
Migiem
wróciłem na górę, gdzie już od dawna nie było śladu piekielnej klasy. Wziąłem
zapasowy dres i udałem się do łazienki.
Nie
dalej jak po dziesięciu minutach znalazłem się w pokoju nauczycielskim.
Wszystko było przyozdobione świątecznymi ozdobami wykonanymi przez faceta od
plastyki i techniki. W oknach świeciły się wycięte z papieru śnieżynki, na
żyrandolu rozgościły się aniołki z masy solnej, w rogach zawisła jemioła, a na
głównym stole stanął piernik.
Wow,
ale się dyrektor wykosztował – pokręciłem głową z politowańczym uśmiechem.
Zerknąłem
na korytarz przez przeszkoloną szybę. Na razie był pusty więc pewnie za moment
zadzwoni dzwonek.
- Pamiętasz Pedro o naszej rozmowie? - spytał
dyro, patrząc na mnie znacząco.
- Oczywiście panie McMillan – odarłem z
wymuszonym uśmiechem.
W
chwili gdy to zrobiłem zawył dzwonek rozpoczynając tym samym przerwę. Na
korytarz wyległ tłum uczniów, a do pokoju powoli zaczęli schodzić pozostali
pedagodzy.
Oliver
po raz piąty powtórzył sobie naskrobane na ręce życzenia, po czym poprawiwszy
marynarkę zajął centralne miejsce przy stole.
- Moi kochani – zaczął Mcmillan zwracając na
siebie uwagę – życzę wam wspaniałych świąt Bożego Narodzenia spędzonych w ciepłej,
rodzinnej atmosferze – zerknął na ściągę - samych szczęśliwych dni w
nadchodzącym roku oraz szampańskiej zabawy w sylwestrową noc.
Zaczęliśmy
klaskać, a po chwili odebrawszy od Lis opłatek, zaczęliśmy się nim dzielić. Ze
wszystkimi poszło mi dość sprawnie nawet z dyrektorem ale nie miałem
najmniejszego zamiaru składać żadnych życzeń Fosterowi. Z resztą wyglądało, że
jego również nie bardzo do tego ciągnęło. Niestety Oliver był nieustępliwy i
siłą rzeczy zostałem zmuszony do stanięcia z nim oko w oko.
- To ten, sorry za nos – zacząłem niepewnie.
Chemik
prychnął.
- Sorry za nazywanie cię górą mięsa –
przewrócił oczami.
Podzieliliśmy
się opłatkiem i dopiero wtedy się skapnąłem, iż stoimy pod jemiołą. Miałem
zamiar zwiać ale niestety już przyłapała nas na tym Kate.
- O jemioła! Całusek! No, Dajecie!
- Ale my... - chciałem się bronić.
- Ja z nim? Nigdy! - zapiszczał chemik.
- To tradycja. Nie marudzić tylko całus i do
stołu – warknęła groźnie Pointer – głodna jestem.
- Nienawidzę cię – szepnąłem do Terry'ego.
- Z wzajemnością – fuknął, szybko muskając
swymi ohydnymi wargami moje usta.
W
momencie pocałunku dostrzegłem katem oka migający flesz, jakaś uczennica
zrobiła nam zdjęcie.
- Wracaj tu! - rzuciłem się do szyby tratując
Fostera.
Niestety
młoda zdążyła uciec.
No
to już jestem martwy, Fujoshi nie dadzą mi żyć.
***
Po
przerwie udałem się wraz z Green aby zająć się klasą w czasie ozdabiania sali.
Znaczy ona zmierzała ozdabiać ją wraz z przewodniczącym, a ja miałem się zająć
resztą uczniów, tak aby zanadto nie narozrabiali.
- Ale co ja mam z nimi robić?
- Zagraj w berka?, ciepło zimno pogadaj o
sporcie. Na pewno sobie poradzisz – klepnęła mnie Green, znikając w trzydzieści
trzy i zostawiając zresztą dzieciarni zgromadzonej przed drzwiami.
- No hej, pani Green kazała mi was
przypilnować.
- Super, umie pan grać?
- Zależy na czym – powiedziałem siadając obok
nich na ławce.
- To na czym pan w ogóle umie? - spytała ruda.
- Na flecie, gitarze, trochę na cymbałkach i
kiedyś się uczyłem na pienianie...
Znaczy
Tom mnie uczył ale teraz już pewnie nic nie pamiętam.
- A na elektrycznej czy zwykłej?
- Zwykłej.
- Cool – pokiwała głową ruda.
- W ogóle co was tak mało? Widzę raptem
piętnaście osób.
- Reszta ubiera salę – podpowiedziała mi
kumpela wiewióry.
- uhum...
Rozmowa
niezbyt się kleiła no bo o czym ma rozmawiać pedofil z dziećmi?
Wpatrzyłem
się więc w brudne od kurzu okno. Po chwili jednak mój wzrok zaczął ślizgac się
po zebranacych przed salą dzieciakach w poszukiwaniu tego konkretnego.
Niestety
Daniela nie było z nimi, a raczej był tylko nie do końca ogarniał
rzeczywistość. Znaczy... powiem w prost słuchał muzyki i nie było z nim żadnego
kontaktu.
Czas
mi się niesamowicie dłużył więc zająłem się przeglądaniem internetu.
Chyba
powinienem coś Walterowi na święta kupić, tylko co?
Wszedłem
na eBay i począłem wpisywać wszystkie hasła jakie skojarzyły mi się z moim
drogim doktorem. Ciekawszymi gadżetami jakie znalazłem były: Długopis w kształcie
strzykawki, Trofeum z łosia, Grzebień z kości i....
Uwaga,
gwóźdź programu!
Dmuchana
lala zombie
Chyba
mu się spodoba – pomyślałem dodając ją oraz komplet długopisów do koszyka, w
tym jednak momencie otworzyły się drzwi i mogliśmy wejść do sali.
Pierwsze
oczywiście wparowały dziewczyny zabierając najlepsze miejsca przy wazie z
barszczem oraz moimi ulubionymi ciasteczkami Milka. Potem do sali wpadli
chłopcy i tym już właściwie wisiało gdzie usiądą.
Na
prawdę jak rzadko prosiłem opatrzność aby zabrakło miejsca przy dziewczynach.
Udało się! Chłopak usiadł przy wolnym miejscu, które przypadkiem udało mi się
zająć.
Czysty
zbieg okoliczności.
Zerknąłem
na niego zadowolony ale chłopak wolał patrzeć w telefon.
Trochę
mnie to zakuło ale w sumie co ma patrzeć na nudnego nauczyciela WF'u jak może
obejrzeć najnowszy teledysk Katy Perry.
Opanuj
się Pedro on nie jest twój i nigdy nie będzie!
Rozejrzałem
się po zebranych. Lis wstała i zaczęła składać uroczyste życzenia. Uśmiechnąłem
się smutno gdy prócz zdrowia i pomyślności życzyła nam także szczęścia w
miłości.
Ta,
jasne...
Wznieśliśmy
toast z soku jabłkowego co na moment wyrwało szatyna z transu, do którego
niestety za chwilę wrócił.
Zaczęliśmy
jeść. Nałożyłem sobie kilka pierogów i poprosiłem dziewczyny o nalanie
barszczu. Byłem głodny jak wilk po tym pierniku więc zaraz po pierogach zająłem
się sałatką warzywną, po której przyszedł czas na słodycze i kolejne dolewki
barszczu.
Gdy
połowa jedzenia znikła Green zaproponowała zaśpiewanie jakiejś kolędy. Przewodniczący
wyciągnął gitarę i zaczął grać. Szło to mu jednak jak krew z nosa.
- Mogę ja? - spytałem – bo zdaję się, ze coś
ci nie stroi.
- A proszę – blondyn oddał mi instrument.
Sprawdziłem
struny, poprawiłem co trzeba i za chwilę zacząłem grać. Powiem nieskromnie, że
szło mi chyba całkiem dobrze bo za moment cała klasa śpiewała razem ze mną „Hark
The Herald Angels Sing” w tak miłej atmosferze
niektórym dziewczynom aż się zachciało tańczyć poprosiły więc tylko o coś
bardziej skocznego. Zagrałem więc „jingle bells”, a potem „All I Want For
Christmas is You” - co jakiś czas ukradkiem
zerkałem też i na Daniela ale jakoś... jakoś nie bardzo go interesowało granie.
Lis
chyba dostrzegła moje zmartwienie.
- Spokojnie, po prostu jest nowy, jeszcze nie przywykł
– puściła mi oczko.
Uśmiechnąłem
się nieco dając jej tym samym do zrozumienia, iż już się nie martwię.
Po
tańcach i śpiewach ponownie wszyscy wrócili do stołu na którego końcu
dostrzegłem kosz pełen mandarynek. Nie umiałem się powstrzymać aby nie złapać
paru. Zacząłem więc się delikatnie przeciskać w ich kierunku. Tymczasem Daniel
znów wybudził się ze słuchawkowego letargu i chyba postanowił coś zjeść.
Tak
się na niego zapatrzyłem, że przez przypadek trąciłem rudą, która oblała
barszczem Martina, skutkiem czego ten nagle wstał, uderzając oparciem szatyna w
plecy co z kolei spowodowało, że chłopak stracił równowagę i na mnie wpadł. Ale
to jeszcze nie był koniec tragedii. Na parapecie, którego chłopak próbował się
złapać, by nie upaść leżała jemioła, którą oczywiście zwalił na nas obu.
Super,
teraz to on już się mnie będzie absolutnie bał.
- Jemioła! - zapiszczała ruda – Uuuu całus
będzie!
Wstaliśmy
oboje z podłogi i popatrzyliśmy na siebie.
Znów
utonąłem w tych jego pięknych orzechowych oczach.
Chyba
mam deja vu...
- No dajesz Daniel! Pan Delashit się obniży!
- Ta, niech klęknie od razu – zarechotał
przewodniczący.
Młody
spuścił oczy i zaczerwienił jak burak.
- P-przepraszam – wydukał po chwili.
- Nic się nie stało – pogłaskałem go po
głowie, a gdy ponownie na mnie spojrzał delikatnie cmoknąłem go w czółko –
wesołych świąt młody – puściłem mu oczko i szybkim krokiem wyszedłem z sali.

Komentarze
Prześlij komentarz